Ciąża

Chcę doprowadzić syna do rozwodu. Po co mu taka bezmózga żona?
Odmówił ślubu z ciężarną dziewczyną. Jego matka go wsparła, ale ojciec stanął w obronie przyszłego dziecka.
NA WSZELKI WYPADEK Vera obojętnie spojrzała na płaczącą koleżankę, odwróciła się do komputera i zaczęła gwałtownie pisać. — Bezduszna jesteś, Weroniko — usłyszała głos Olgi, szefowej działu. — Ja? Skąd takie wnioski? — Bo jak masz w życiu dobrze, to myślisz, iż inni też tak mają. Widzisz, dziewczyna się załamuje, a ty choćby nie pożałujesz, nie doradzisz, nie podzielisz się doświadczeniem. Skoro u ciebie wszystko super… — Ja? Mam się dzielić doświadczeniem? Z nią? Oj, Nadusi się to nie spodoba, już próbowałam, z pięć lat temu jak przychodziła z sińcami na twarzy — żeby drogę widzieć, chyba… Was wtedy jeszcze nie było. I to nie facet ją bił, tylko sama się obijała — niefortunnie upadała, a jak facet odszedł w siną dal, siniaki zniknęły, to był trzeci, który uciekł. Wtedy postanowiłam wesprzeć koleżankę, podzielić się tym, co wiem. I co? Jeszcze mnie wina obarczyli. Potem mi wytłumaczyli, też koleżanki, iż to ślepa uliczka — Nadusia wszystko najlepiej wie. Zazdrosna jędza przeszkodziła Nadusi w szczęściu… Biegała wtedy do wróżek, robiła uroki, teraz się zmodernizowała, chodzi do psychologa, “przepracowuje traumy”. Ale nie rozumie, iż żyje według jednego scenariusza, tylko imiona się zmieniają. Więc wybacz — nie będę się litować i przynosić chusteczek. — Mimo wszystko, Weronika, nie można tak… Podczas obiadu przy wspólnym stole wszyscy rozprawiali tylko o byłym Nadusi — draniu i podleczu. Weronika spokojnie jadła, nalała sobie kawy i odeszła, by przejrzeć media społecznościowe i trochę się odciąć. — Wera, no powiedz, nie żal ci Nadusi choć troszkę? — przysiadła się roześmiana zwykle Terenia, dziś ze smutną miną. — Co Wy ode mnie chcecie? — Daj spokój, — rzuciła przechodząc Iwona, — ona tak ma, ma tego swojego ukochanego Wasyla, żyje jak pączek w maśle i nie zrozumie, co to znaczy zostać z dzieckiem sama, bez żadnej pomocy, jeszcze o alimenty trzeba się wykłócać. — Nie trzeba było rodzić — dorzuciła pani Basia, najstarsza wśród wszystkich kobiet, którą dziewczyny po cichu nazywały Babą Basią. — Weronika ma rację, ile już ona płakała, facet jej robił piekło jak była w ciąży, a wcześniej to już… Otoczyły płaczącą cały czas Nadusię i udzielały rad. Co się stało? Mocna i niezależna Nadusia postanowiła się odrodzić — z wołania na pomoc przyjechała mama z wioski, by zająć się synkiem Nadusi i tym… no niewdzięcznym, a Nadzia zaczęła dochodzić do siebie. Dorobiła sobie grzywkę, wytatuowała brwi, dokleiła rzęsy, kolczyk w nos chciała wsadzić, ale odradziły jej wszystkie dziewczyny. I ruszyła z kopyta. — Nic się nie martw, Nadka, on jeszcze pożałuje! — pocieszały ją. — A gdzie tam, nie pożałuje, nie popłacze — mówiła cicho Weronika, ale już ją słyszały lekko wstawione koleżanki. — I Naduszka znajdzie podobnego zaraz… — Tobie łatwo mówić, masz swojego Wasyla, pewnie nie taki jak inni… — Najlepszy na świecie! Nie bije, nie pije, nie lata za babami, kocha mnie do szaleństwa! — Tak, wszyscy są tacy, zobaczysz, Weronika, odbiją ci Wasyla! — Nie odbiją, choćby nie próbujcie, on nie pójdzie. — Nie byłabym taka pewna… — No to próbujcie! I w końcu dziewczyny zaproponowały, iż pojadą do Weroniki przekonać się, jaki ten Wasyl naprawdę jest. — Jedziemy do Weroniki, dobijemy się do Wasyla! Wesoła gromada zawitała do mieszkania Weroniki, rozgadane, krzątają się w kuchni. — Przygotujmy coś na przyjazd Wasyla, rozumiem, iż jeszcze nie ma go w domu? — Będzie lada chwila, ale nic wielkiego nie zje, wybredny jest jeżeli chodzi o jedzenie… Gdy Wasyl wszedł w końcu do domu, Weronika powitała go czułościami. Jednak zamiast przystojnego męża, w korytarzu pojawił się przystojny, młody chłopak. — Poznajcie, to mój Denis. — Jak to Denis?! — wymiana zdumionych spojrzeń. — Syn mój, a Wasyl? A, kot po operacji, Deniska z żoną zawoził! Mam tylko Wasyla — kota! — A mąż? — Oj, nie mam męża, to wyście sobie dopowiedziały. Raz powiedziałam, iż mam najlepszego “faceta” Wasyla i nie daliście mi skończyć, wymyśliłyście i uwierzyłyście. Wyjaśniła wszystkie swoje życiowe historie. Po prostu żyje sama — syn dorosły, drugi mąż nie chciał jej dziecka, trzeci był zazdrosny i podniósł rękę, więc go pogoniła. Teraz Weronika jest szczęśliwa z kotem Wasylem — kino mają razem, na wakacje też mogą jechać, nikt nikomu nie robi wyrzutów. Nadusia też nie wytrzymała długo w pojedynkę, już po miesiącu świergotała o nowym adoratorze, dostawała bukiety do pracy. Weronika uśmiechała się z Babą Basią: — Jedni mają zwierzęta, inni mężów… Może tym razem jej się uda? — A ty, Nadka, poradź się Weroniki, jak się z kotami żyje! — A właśnie, Werka, jak coś, to daj znać… Pytam tak… na wszelki wypadek…
Zdesperowana ciężarna dziewczyna poprosiła mężczyznę o jałmużnę, a on ją zignorował. ale to, co zrobił chwilę później, zmieniło jej życie na pewne
Nie rozdrapuj starych ran Często zastanawia się nad swoim życiem Taśka, która niedawno przekroczyła pięćdziesiątkę. Nie może nazwać swojego małżeństwa szczęśliwym, a wszystkiemu winien jest jej mąż Jurek. W młodości pobrali się z miłości, oboje zakochani. Kiedy jednak Jurek zaczął się zmieniać, przeoczyła ten moment. Mieszkali we wsi, w domu teściowej Anny. Taśka dbała o spokój, szanowała teściową, a ta odpłacała się serdecznością. Matka Taśki mieszkała w sąsiedniej wiosce z młodszym synem, często chorowała. – Anka, jak ci się żyje z twoją synową Tasią? – dopytywały plotkarki przy studni, w sklepie, czy po prostu na drodze. – O Tasi tylko dobrze mogę powiedzieć, szanuje mnie, wszystko potrafi zrobić w domu, gospodarstwo prowadzi wzorowo, pomaga mi we wszystkim – odpowiadała zawsze teściowa. – No, nie wierzymy, żeby między teściową a synową panował pokój, nikt ci nie uwierzy – odpowiadały sąsiadki. – Wasza sprawa – odcinała Anna. Taśka urodziła córeczkę Warię, wszyscy się cieszyli. – Taśka, a Waria to cała ja – doszukiwała się Anna podobieństw we wnuczce, a synowa śmiała się, dla niej to było obojętne. Kiedy Waria miała trzy lata, Taśka urodziła syna. Znowu radość. Jurek pracował, Taśka została z dziećmi w domu, teściowa bardzo pomagała. Żyli na swój sposób spokojnie, mąż nie pił, nie jak inni we wsi. Niektóre kobiety szukały swoich mężów po klubach, bo tam popijali i wracali do domu ledwo żywi, a żony wlókły ich, kląc i narzekając. Gdy Taśka była w trzeciej ciąży, usłyszała, iż Jurek ją zdradza. We wsi nic się nie ukryje – gwałtownie rozeszła się wieść o romansie Jurka z wdową Tosią. Sąsiadka Walentyna nie omieszkała przyjść z „nowiną”. – Taśka, nosisz pod sercem trzecie dziecko, a twój Jurek… – rzuciła brutalnie – niewdzięcznik, gania za innymi babami. – Nie żartujesz? Przecież nic nie zauważyłam – zdziwiła się Taśka. – Nic dziwnego, kiedy masz dwa dzieci, trzecie zaraz się urodzi, dom i gospodarstwo na głowie. On korzysta z wygód! We wsi już wszyscy wiedzą, iż z Tosią się prowadzi, a ona choćby nie ukrywa. Taśka była załamana, teściowa wiedziała, ale milczała, bo żal jej było synowej. Nie raz beształa Jurka, a on gwałtownie zbywał: – Mama, a co, trzymałaś im świece? Baba zawsze gadają! Któregoś dnia Walentyna znów przyszła z sensacją. – Taśka, twój Jurek właśnie wpadł do Tosi, widziałam na własne oczy! Nie chcesz zostać sama z trójką dzieci? Idź i załatw ją! Taśka wiedziała, iż nie wystarczy jej odwagi, żeby szarpać się z Tosią, zwłaszcza iż ją zna. Tośka była zadziorna, jej mąż utopił się po pijanemu, w domu skandale i awantury – Tosia nauczyła się stawiać na swoim. Taśka jednak poszła. – Pójdę i spojrzę Jurkowi w oczy, wyciągnę prawdę. I tak się nie przyzna – powiedziała teściowej, która odradzała jej wyjście. – Taśka, z takim brzuchem się nigdzie nie wybieraj. Pomyśl o sobie. Była późna jesień, już ciemno. Zapukała w okno Tosi i czekała, aż ta wyjdzie, ale Tosia odezwała się zza drzwi. – Czego chcesz, czemu pukasz? – Otwórz, wiem, iż mój Jurek jest u ciebie – krzyknęła Taśka. – No pewnie! Już ci otwieram! Idź do domu, nie rób cyrku – rozległ się śmiech Tosi. Po krótkim postoju wróciła do siebie. Mąż wrócił pijany po północy, nieczęsto pił, ale zdarzało się. – Gdzie byłeś? Wiem, iż jesteś u Tosi, razem pijecie, przyszłam, ale nie otworzyła – wszystko przecież wiesz. – Co ci do głowy przyszło? – oburzył się Jurek. – Nie byłem tam! Z Genkiem wypiliśmy, czas zleciał niepostrzeżenie. Taśka nie uwierzyła, ale nie wszczynała awantury. I co mogła zrobić? „Coś się mówi, a dowodu nie ma”. Całą noc myślała: – Gdzie pójdę z dziećmi i trzecim w drodze? Mama chora, brat z rodziną, ciasno, nie ma gdzie się wcisnąć. Mama zawsze jej powtarzała przy żalach na niewierność Jurka: – Cierp, córko. Wyszłaś za mąż, masz dzieci – cierp. Myślisz, iż mi lekko było z twoim ojcem? Pił i ganiał nas, pamiętasz, jak się u sąsiadów ukrywałaś? Ale wytrzymałam, twój Jurek to przynajmniej nie bije i nie pije często. Kobieta w życiu zawsze cierpieć musi. Nie zgadzała się z matką, ale wiedziała, zostawić Jurka nie może. Teściowa też próbowała ją pocieszyć: – Córko, zostań z dziećmi, za chwilę trzecie przyjdzie na świat. Wytrzymamy razem z Jurkiem. Urodziła się trzecia córeczka – Ariszka, słaba i chorowita, pewnie przez nerwy Taśki w ciąży. Na szczęście z czasem uspokoiła się, teściowa poświęcała jej wiele uwagi. – Taśka, słyszałaś? – znów przybiegła Walentyna z plotką – Tosia wzięła do siebie Mietka, jego żona go wyrzuciła. – Trudno, jej sprawa – skwitowała Taśka, ciesząc się, iż jej mąż nie będzie tam chodził. Ale miesiąc później już nowina: – Mietek wrócił do żony, Tosia znów wolna, będzie „łowić”. Pilnuj Jurka, bo znowu się skusi – przestrzegała sąsiadka. Zaczął się spokój, Jurek wrócił do domu, teściowa cieszyła się. Ale mężczyzna z diabłem za pazuchą zawsze znajdzie sobie „rozrywkę”. W drodze ze sklepu Anna spotkała dawną koleżankę Anielę. – Anna, skąd się wziął taki Jurek? Taśka świetna żona i matka, sama ją chwalisz! Czego mu brakuje? – Aniela, Jurek znów na boki chodzi? – Oj chodzi, chodzi… Ma wszystko jak u Pana Boga za piecem, a biega do Werki – rozwódki z naszej stołówki… Anna nie mówiła nic Taśce, w tajemnicy krzyczała na syna, ale dorosły człowiek matki nie słucha. Wyzywał ją, żeby nie wtrącała się w jego sprawy. – Mama, pracuję na rodzinę, pieniądze przynoszę, a wy tylko mi zarzucacie, w babskie plotki wierzycie! Z czasem rzucił picie, choćby okazjonalnie już nie pił. Lata mijały, dzieci dorosły. Waria wyszła za mąż w powiecie, syn ukończył studia w mieście, tam założył rodzinę. Ariszka kończy szkołę, też szykuje się do powiatu. Jurek złagodniał, przestał „biegać” – praca, dom, coraz gorzej ze zdrowiem. Nie pije choćby grama, chociaż wcześniej nie przesadzał, dziś zupełnie zerwał z alkoholem. – Taśka, serce mnie boli, coś mi promieniuje – narzeka – nogi mnie bolą, może do lekarza w powiecie się wybiorę? Taśce wcale go nie żal. Jej serce już dawno skamieniało, tyle łez i zawodu przeszła, zanim Jurek się uspokoił. – Teraz siedzi w domu, zdrowie podupadło – myśli – niech idzie do tych, z którymi pił i biegał, niech one się nim martwią! Anna już odeszła, pochowana obok męża. W domu Jurka i Taśki cisza. Czasem wpadają dzieci i wnuki. Dwoje się cieszą. Ojciec żali się dzieciom na zdrowie, czyni matkę winną, iż go nie leczy. Starsza córka przywozi lekarstwa, dba o ojca, choćby zwraca matce uwagę: – Mamo, nie kłóć się z tatą, on jest chory – a Taśce przykro, iż córka trzyma stronę ojca. – Córko, on sam sobie winien, hulaszcza młodość, a teraz chce, żeby mu współczuć. Ja też swoje zdrowie straciłam przez stresy z jego powodu – tłumaczyła matka. Syn też stara się pocieszać ojca, kiedy przyjeżdża. Więcej rozmawia z ojcem, wiadomo, mężczyźni… Dzieci nie rozumieją matki. Taśka mówiła, iż ojciec ich zdradzał, a ona znosiła wszystko dla nich. Jak mogła zostawić dzieci bez ojca? Jak jej ciężko i przykro. Co słyszała? – Mamo, nie rozdrapuj starych ran, nie dokuczaj tacie – mówiła starsza córka, a syn ją popierał. – Mama, co było, minęło – uspokajał syn, głaszcząc ją po ramieniu. Taśka trochę żal, iż dzieci trzymają stronę ojca, ale rozumie, nie ma urazy. Takie życie… Dziękuję za przeczytanie, subskrypcję i wsparcie. Powodzenia w życiu!
Syn odmówił małżeństwa z ciężarną dziewczyną. Matka go wspierała, ale ojciec stanął w obronie nienarodzonego dziecka.
Wybieraj: albo twój pies, albo ja! Mam dość tej psiej woni! — oznajmił mąż. Wybrała męża, wywiozła psa do lasu… Wieczorem on oświadczył, iż odchodzi do innej
W ciąży dziewczyna poprosiła mężczyznę o jałmużnę, ale on ją zignorował. To, co zrobił chwilę później, zmieniło jej życie na zawsze
Pierwsza część 4. sezonu „Bridgertonów” już na Netflixie. Zaskakujący finał?
Urodził się z wodogłowiem, miał nie przeżyć porodu. Tak wygląda 18 lat później
O relacji z teściową mówią, iż to pole minowe. "Niby milutka, a tylko wbija szpile"
Zrobiłem test DNA z niepokoju o ojcostwo – teraz żałuję, bo straciłem rodzinę przez własną ciekawość
Ciężarna żona mojego brata zażądała, byśmy oddali im nasze mieszkanie: Rodzinna kłótnia o dwupokojowe lokum, długi, dzieci na potęgę i absurdalne żądania, które doprowadziły do zerwania więzi rodzinnych
Odkąd byłam małą dziewczynką, słyszałam od rodziców, iż jestem nikomu niepotrzebna i do niczego się nie nadaję – Historia kobiety, która przezwyciężyła toksyczną relację z matką, uciekła z rodzinnego miasta do Warszawy i odniosła sukces, budując szczęśliwe życie oraz udowadniając, iż wiara w siebie jest kluczem do szczęścia
Najbliżsi na świecie: Opowieść o Annie Janowniej, Pawle Iljiczu i ich dużej polskiej rodzinie, wnukach Władku, Mileniece i Świetce, cieple domowych rozmów, wspólnych wypiekach, lekcjach matematyki z dziadkiem, marzeniach o lekarce, rodzinnych rysunkach i sile, która pomaga przetrwać choćby największą stratę
Nie rozdrapuj starych ran: Historia Tańsi, która po pięćdziesiątce zastanawia się nad swoim małżeństwem z Jurkiem, rodzinnymi trudnościami i zdradą, życiem na wsi pod jednym dachem ze szwagierką Anną, wsparciem matki, sąsiedzkimi plotkami, dorastaniem dzieci – Wari, Piotrka i Ariszki – oraz próbą pogodzenia się z przeszłością, gdy dzieci dorosły, a mąż się zmienił, ale żal i rozczarowanie wciąż jej towarzyszy, mimo prośby dzieci: “Mamo, nie rozdrapuj przeszłości”.
Cicha decyzja Lilki: młoda studentka urodziła zdrową córeczkę, chciała oddać maleństwo, ale dzięki wsparciu położnej i niespodziewanej pomocy ojca dziecka spróbowała walczyć o siebie i dziecko w polskiej rzeczywistości
Nigdy Cię Nie Oddam. Opowieść Ojczym ich nie krzywdził. Przynajmniej kromki chleba nie wypominał, za naukę nie ganił, tylko gdy Ania wracała później niż powinna, potrafił nakrzyczeć. – Obiecałem Twojej matce, iż będę nad Tobą czuwał! – krzyczał w odpowiedzi na niepewne protesty Ani, iż przecież jest już pełnoletnia. – I ja lepiej wiem, co możesz, a czego nie! O, pełnoletnia, myśli, iż jak dostała maturę, to wszystko wolno? Najpierw znajdź sobie normalną pracę, a potem się za dorosłą uważaj! Później, gdy trochę ochłonął, mówił już spokojniej. – On Cię zostawi, ja wiem, jaki to chłopak, co Cię podwozi. Samochód drogi, gładka buzia – po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak Ty, Aniu? Będziesz potem płakać, zapamiętaj moje słowa. Ania ojczymowi nie wierzyła. Olek był przystojny, studiował na trzecim roku, wprawdzie zaocznie, ale ona też by się na zaocznych nie obraziła. Po maturze nie dostała się na studia dzienne, w technikum jej się nie podobało, więc raz rozdawała ulotki, raz roznosiła gazety, a głównie uczyła się do egzaminów na kolejny rok. Tak też poznała Olka – podała mu ulotkę, a on wziął jedną, potem drugą, trzecią i zaproponował: – Dziewczyno, zróbmy tak – ja wezmę od Ciebie wszystkie ulotki, a Ty pójdziesz z nami do kawiarni? Nie wiadomo, co wtedy na Anię przyszło, ale się zgodziła. Nauczyła się już, iż ulotek nie wolno w tej okolicy wyrzucać, więc wsadziła je do plecaka i wyrzuciła po drodze, gdy wracała z kawiarni. W kawiarni Olek przedstawił ją swoim znajomym, częstował pizzą i lodami. Z siostrą taki luksus jadły tylko na urodziny – na więcej nie było ich stać, a ojczym nie pozwalał ruszać emerytury po matce, mówił: „Niech leży na czarną godzinę”. Ojczym miał przyzwoitą pensję, ale połowę wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a drugą połowę przegrywał. Ania nie narzekała – dobrze, iż ich z Alą nie wyrzucił z mieszkania, przecież należała do niego, matczyną musieli sprzedać, gdy zachorowała. Oczywiście, miały ochotę na czekoladki, pizzę, słodkie napoje, ale jak się coś trafiło, Ania oddawała wszystko siostrze. choćby w kawiarni u Olka spytała, czy może zabrać kawałek pizzy dla Ali. Olek spojrzał wtedy na nią zaskoczony, a potem kupił jej całą pizzę na wynos i dużą czekoladę z orzechami dla siostry. Ojczym niesłusznie myślał, iż Olek ją skrzywdzi. Był dobry. Przy nim Ania czuła się niedostateczna, zaczęła jeszcze gorliwiej uczyć się do egzaminów, znalazła lepszą pracę – w sklepie jako kasjerka. Płacili dobrze, więc mogła sobie kupić porządne dżinsy i uczesać się u fryzjera, żeby Olek był z niej dumny. Gdy zaprosił ją na działkę, Ania wiedziała, co się wydarzy, ale nie bała się – była już dorosła. Tym bardziej iż on ją kocha, ona jego też. Martwiła się, iż ojczym nie pozwoli jej wyjść, ale sam zaczął wracać później, czasem wcale nie wracał. Wiedziała, gdzie nocuje – u cioci Luby, pielęgniarki z ich osiedla, już od dawna się do niej uśmiechał, ale ona nie chciała się wiązać z mężczyzną z dwójką dziewczyn z pierwszego małżeństwa, sama była po rozwodzie, ale tym razem nie oparła się niezdarnym zalotom. To wszystko było Ani na rękę, tylko Ala płakała, gdy dowiedziała się, iż będzie spać sama, ale Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i napój, więc Ala pogodziła się z losem. Że jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Zawsze miała nieregularny okres, nie pilnowała tego, nikt jej nie uczył. Kasjerka Weronika Matwiejewna zażartowała: – Ty się tak promieniejesz, jakoś się zaokrągliłaś – nie jesteś czasem w ciąży? Pośmiały się, ale wieczorem Ania kupiła test. Gdy zobaczyła dwie kreski, nie mogła uwierzyć – przecież to niemożliwe! Olek nie był zadowolony. Powiedział, iż to nie czas i wsunął jej pieniądze dla lekarza. Ania przepłakała noc, ale poszła. Za późno – szesnaście tygodni. To właśnie na działce wszystko się wydarzyło, a ona myślała, iż za pierwszym razem nie da się zajść w ciążę. Przez jakiś czas udawało się ukrywać to przed ojczymem, ale brzuch rósł. Musiała się przyznać. Jak on wrzeszczał! – A gdzie ten Twój chłopak? Myśli o ślubie z Tobą? Ania spuściła wzrok. Olka nie widziała już od miesiąca – jak się dowiedział, iż dziecka nie można oddać, zniknął. – No jasne – westchnął ojczym. – Przecież Cię uprzedzałem… Nie od razu się odezwał, pewnie radził się cioci Luby. – Skoro już tak wyszło – urodź. Ale będziesz musiała zostawić w szpitalu, nie potrzebuję kolejnej buzi do wykarmienia. Zresztą… Żenię się, Aniu. Luba też w ciąży. Będziemy mieć bliźniaki. Rozumiesz, troje niemowlaków w jednym domu – przesada. – Ale ona tu będzie mieszkać? – zdziwiła się Ania. – No gdzie indziej? Przecież będzie moją żoną. Myślała, iż żartuje. Ale ojczym nie żartował. Powtarzał to codziennie, obiecał wyrzucić je z Alią z mieszkania, jeżeli przyjdzie z dzieckiem. Wiedziała, iż to nie są jego własne słowa, iż powtarza to, co ciocia Luba mu wmawia. Ale nie mogła oddać dziecka. – Nie martw się – powiedziała ciocia Luba. – Takie niemowlęta gwałtownie znajdują rodziców, kochają je jak swoje. Ania płakała, dzwoniła do Olka, próbowała wymyślić, gdzie mogłyby zamieszkać z siostrą i dzieckiem, ale nie znalazła rozwiązania. Wtedy Weronika Matwiejewna powiedziała, wskazując na pewne małżeństwo: – No popatrz, tyle lat minęło, a oni wciąż w czerni chodzą. Całe życie poświęcone żałobie… Mogliby jeszcze jedno dziecko urodzić. Albo adoptować. Tę parę Ania często widywała – razem i osobno. Oboje mili, uprzejmi, tylko trochę smutni. Nie wiedziała, co im się stało. – Córka im zginęła, pamiętasz, była głośna sprawa – autobus z dziećmi się rozbił. Jechali na wycieczkę do innego miasta, kierowca zasnął chyba. On zginał i ta dziewczyna, szkoda bardzo. Ludzie dobrzy – lekarz i nauczycielka angielskiego. Mieszkałam kiedyś obok nich, gdy byłam mężatką. Wszyscy do nich chodzili, przynosili aniołki. Wyobraź sobie, ich córka kupiła figurkę aniołka na wycieczce, trzymała w ręce, potem ją wydobyli. Nie wiem, kto pierwszy przyniósł aniołka, potem inni też – bałam się, iż to jej zaszkodzi, ale chyba pomagało. Ania widziała w jakimś filmie, jak dziewczyna oddawała swoje dziecko bezdzietnej parze. Wiadomo, ci mogliby, ale raczej nie chcieli dziecka, ale cały czas o nich myślała. Była w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowała, nie chciała stracić pracy, a właśnie ci ludzie stali przy jej kasie, i mężczyzna zapytał: – Droga pani, nie czas iść na urlop? Bo jeszcze pani tu urodzi. Nie narzekała, ale naprawdę było jej ciężko pracować – kręgosłup bolał, zgaga męczyła, nogi puchły pod koniec dnia. Ale nikt nie pytał, jak się czuje, z wyjątkiem lekarza z przychodni. Ta troska tak ją wzruszyła, iż od razu łzy pojawiły się w oczach – miała to często ostatnio. Dwa dni później, gdy szła po pracy do domu z siatką zakupów, mężczyzna ją dogonił i zaoferował pomoc. Było jej niezręcznie, ale w głębi duszy miło. Pomyślała, iż to dobra osoba. Figurkę aniołka zobaczyła w sklepie na wyprzedaży – lato w pełni, więc chyba nie było na nie popytu. Kupiła ją, zdobyła adres od Weroniki Matwiejewnej i poszła. Już wciskając dzwonek, przestraszyła się – może to niestosowne po tylu latach? Pewnie nikt już im nie przynosi aniołków. Drzwi otworzyła kobieta. Chyba ją rozpoznała, bo zdziwiła się. Ania pośpiesznie podała figurkę, chowając głowę w ramionach – była pewna, iż dostanie drzwiami w twarz albo zostanie zbesztana. Ale się nie stało. Kobieta wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała: – Wejdź. Napiłabyś się herbaty? Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ani swoją historię, którą ta już znała od Weroniki Matwiejewnej, ale z ust tej kobiety wszystko brzmiało boleśniej. – Czemu nie urodziła pani jeszcze raz? – spytała Ania niemal szeptem. – Ciężkie porody miałam. Musieli usunąć macicę. Nie mogłam już urodzić. Strasznie niezręcznie – co ona ma prawo wtrącać się w cudze życie? Bardzo chciała zapytać o adopcję, ale język jakby się zaplątał. – Myśleliśmy o adopcji – powiedziała kobieta, jakby czytała jej w myślach. – choćby przeszliśmy szkolenie. Ale w ostatniej chwili nie potrafiłam. Prosiłam córkę – daj mi znak. Ale nie było nic. Zupełnie nic. Właśnie wtedy z pokoju dobiegł odgłos tłuczonego szkła, jakby szklanka upadła na podłogę i się rozbiła. Kobieta drgnęła, Ania spojrzała przerażona w stronę dźwięku – myślała, iż nikogo nie ma w mieszkaniu. Obie podeszły do pokoju. Ania bała się, iż zobaczy coś na wzór mauzoleum – ciemno, wszędzie świece i zdjęcia. Ale nie, było jasne, tylko jedno zdjęcie, żadnych świateł. Tylko figurki aniołków. Jedna leżała rozbita na podłodze. Kobieta podniosła kawałki porcelany, długo je oglądała, potem powiedziała dziwnym głosem: – To ta statuetka. Jej. Ani zrobiło się gorąco. Co to, jeżeli nie znak? Córka urodziła się w terminie. W tym czasie ciocia Luba dawno mieszkała u nich i też urodziła, za wcześnie. Dzieci jeszcze leżały w szpitalu, mieli je właśnie wypisać, kupili już dwa białe łóżeczka z kokosowym materacem. Ani dziecku nikt nie planował nic kupić, miała je zostawić w szpitalu. Tylko Ala wieczorami szeptem pytała: – Nie dałoby się jej gdzieś ukryć? Żeby nie wiedzieli, iż to Twoja dziewczynka. Ja będę Ci pomagać. Od tych słów Ani chciało się płakać, ale przy siostrze się powstrzymywała. Treść liściku przemyślała z wyprzedzeniem. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, iż jest zdrowe, nie muszą się martwić. Przypomniała o znaku – rozbitej statuetce. Wsadziła do koperty pieniądze – całą swoją uzbieraną rentę po matce. Powinno wystarczyć, oni byli dobrzy ludzie. Ze szpitala wypisywali rano, ale podkładać dziecko w biały dzień – strach. Cały dzień przesiedziała w centrum handlowym, choć siedzieć było ciężko, kręciło jej się w głowie. Ale najważniejsze było, by córeczka znalazła kochających rodziców. Gdy centrum się zamknęło, jeszcze godzinę siedziała na ławce – na szczęście było ciepło. Tylko gdy zapadł zmierzch, weszła do klatki schodowej, gdy akurat mężczyzna z psem wychodził na wieczorny spacer. Córeczkę miała w nosidełku, kupionym za własne pieniądze, Weronika Matwiejewna przyniosła jeszcze na wypis ze szpitala. Ta nie zadawała zbędnych pytań. Teraz, ustawiając nosidełko, żeby drzwi nie uderzyły w nie, wsunęła kopertę z liścikiem i pieniędzmi pod kocyk i już miała zadzwonić do drzwi i uciekać, gdy te się otworzyły. Stał w nich ojciec zmarłej dziewczynki. – Co tu robisz? Ania aż podskoczyła ze strachu. Wtedy zauważył nosidełko. – Co to? Łzy popłynęły same. I Ania opowiedziała wszystko – o Olku, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał ją i siostrę przez siedem lat, a teraz się żeni i rodzą się bliźniaki, o cioci Lubie, która wymyśliła, iż Ania napisze zrzeczenie w szpitalu. On wszystko wysłuchał, potem powiedział: – Galia już śpi, nie będę jej budził. Porozmawiamy rano. Chodź, pościelę Ci w salonie. Spanie w pokoju pełnym aniołków było dziwne. Ale Ania zasnęła od razu, mocno przytulając córeczkę. Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tym momencie zrozumiała, iż nie potrafi jej oddać. Nigdy nie potrafi. Chciała pobiec, odnaleźć, zabrać… Tak czy siak, nie zdążyła wstać, bo do pokoju weszła Galia z dzieckiem na rękach. – Bierz – uśmiechnęła się – nakarm ją, tylko ją uśpiłam, chciałam byś się przespała, ale to nie potrwa długo. Gdy Ania karmiła córeczkę, nie śmiała spojrzeć Galinie w oczy. Co powiedział jej mąż? Może już podjęli decyzję, iż adoptują dziewczynkę? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie? – Twoja siostra, ile ma lat? – zapytała nagle Galia. – Dwanaście – odpowiedziała z zaskoczeniem Ania. – Myślisz, iż zgodzi się z nami zamieszkać? Tak dziwne pytanie, iż Ania spojrzała na Galinę. – Co? – nie rozumiała. – Sacha wszystko mi opowiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, ojczym Cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli Twoja siostra zostanie tam, zrobią z niej służącą. Lepiej, żeby została z nami. – Co znaczy „z nami”? – wydukała Ania. Galia wskazała na figurkę przy zdjęciu – sklejona, wyglądała dziwnie, ale rozpoznawalnie. – Myślę, iż to był znak. Musimy Ci pomóc – powiedziała po prostu. – Dużo miejsca tu mamy, przeprowadzajcie się do nas. Pomogę Ci z córeczką. Nie wygłupiaj się. Nie wolno rozdzielać matki i dziecka. Ani zrobiło się tak radośnie, a zarazem tak wstyd, iż policzki zapiekły. – Więc, zgadzasz się? Ania przytaknęła, chowając twarz w kocyku córeczki, żeby Galia nie widziała jej łez…
Cichutki poród w szpitalu, trudna decyzja młodej studentki, znany biznesmen jako ojciec i walka o przyszłość córeczki – niezwykła historia Lilki, która chciała oddać dziecko, ale mimo przeciwności postanowiła zatrzymać je przy sobie
Obietnica – historia dwóch przyjaciół wracających z udanej delegacji, wygrany kontrakt, oczekiwanie na powrót do domu, marzenia i troski o dzieci, nagły wypadek, który zmienia wszystko, ostatnie słowa Denisa: „Pomóż Ariśnie”, walka Kirilla z własnymi uczuciami, małżeńskie rozterki, wsparcie w trudnej ciąży, narodziny syna, szczerość wobec żony, rozwód, nowy początek u boku wdowy i przyjaźni, której wierność prowadzi do nowej rodziny i szczęścia po ciężkich próbach losu.
Moja teściowa postanowiła świętować swoje urodziny w naszym mieszkaniu – relacja synowej z trudnych rodzinnych relacji, napięć po porodzie i niezręczności wspólnego świętowania
Zielona herbata? Zapomnij. Ten napar bije ją na głowę smakiem i może mieć więcej antyoksydantów
Cicha decyzja młodej mamy – historia Lilki, która chciała oddać córeczkę do adopcji, ale wsparcie położnej i pomoc miasta odmieniły jej życie
„Gdybyśmy przygotowali się wcześniej na narodziny dziecka, uniknęłabym wstydu i chaosu po powrocie ze szpitala! Mąż nie dotrzymał obietnic, w domu bałagan, brak ubranek i wózka – cała rodzina ocenia mnie, iż powinnam wszystko zorganizować sama. Czy to była moja wina? Co Ty byś zrobiła na moim miejscu?”
Obietnica Denis spokojnie prowadził samochód, a obok siedział jego przyjaciel i kolega z pracy, Kamil. Właśnie wracali z delegacji z pobliskiego miasta, na którą wysłał ich szef. – Kamil, ale super, wszystko się udało, kontrakt podpisaliśmy na ogromną sumę, szef będzie zachwycony – śmiał się Denis. – Pewnie, mieliśmy szczęście – potwierdził Kamil. – Fajnie wracać do domu, gdy wiesz, iż ktoś na ciebie czeka – mówił Denis. – Moja Arisia jest w ciąży, narzeka na mdłości, ale bardzo chcieliśmy dziecko, wytrzyma wszystko dla naszego maluszka. – Dziecko to szczęście. My z Marysią niestety dalej walczymy… Drugie podejście do in vitro, pierwsze się nie udało – zwierzył się Kamil, który z żoną marzył o dziecku. Denis ożenił się późno, po trzydziestce, miał w życiu różne kobiety, ale dopiero gdy spotkał Arinę, zakochał się bez pamięci. Poznał ją również z Kamilem, który był świadkiem na ich ślubie. Kamil trochę mu zazdrościł, bo Arina była piękna, delikatna, łatwo było się w niej zakochać. Jesienny deszcz padał na szybę auta, czasem włączali wycieraczki. Rozmawiali i śmiali się. Nagle zadzwoniła Arina. – Cześć kochanie, jedziemy, będziemy za dwie godziny. Uważaj na siebie, nie dźwigaj, ja wszystko zrobię, całuję, do zobaczenia. Kamil słuchał i myślał o Marysi – nigdy nie dzwoniła, nie martwiła się, była inna niż Arina. U niej wszystko było poukładane: praca, dom. Nagle Denis gwałtownie skręcił – na nich leciała ciężarówka, zdążył zareagować, ale uderzyli w słup po stronie Denisa i wypadli z trasy. Kamil ocknął się z głową pulsującą bólem, krew na rękach, drzwi otwarte. Spojrzał na Denis – nie ruszał się. Na miejsce zbiegli się ludzie, wołali karetkę. Kamila wyniesiono na mokrą trawę, Denis był na noszach. Kamil nachylił się nad nim, a Denis wyszeptał: – Pomóż Arinie… Zabrano ich do szpitala: Kamil miał złamaną rękę, silne wstrząśnienie, pytał wciąż o Denisa. W końcu dowiedział się od pielęgniarki: – Denis nie żyje… Kamil był kompletnie rozbity. Nie był w stanie pójść na pogrzeb. Marysia opowiadała, iż żona Denisa niesamowicie płakała, nie mogła w to uwierzyć, ledwo stała przy trumnie. Gdy wyszedł ze szpitala, pojechał z Marysią na grób przyjaciela, długo stał przy mogile i obiecał: – Nie martw się, pomogę Twojej żonie, jak prosiłeś… Po kilku dniach pojechał do Ariny. Kiedy go zobaczyła, rozpłakała się: – Jak mam żyć bez niego? Nie mogę uwierzyć, iż go nie ma. – Arino, obiecałem Denisowi, iż Ci pomogę. Zadzwoń, jeżeli czegoś potrzebujesz, będę Cię odwiedzał. Czas leciał. Arina trochę dochodziła do siebie, bała się o ciążę, lekarz ostrzegał. Kamil dwa razy w tygodniu ją odwiedzał, przywoził zakupy, witaminy, odwoził do lekarza, pomagał w drobiazgach. Arina nie wykorzystywała jego pomocy. – Kamilek, głupio mi, iż zabieram Ci czas… – Nic nie szkodzi, obiecałem Denisowi – odpowiadał. Kamil czuł się dziwnie: to była kobieta jego marzeń, ale okoliczności… Swoją żonę nie informował, w telefonie Arina figurowała jako „Fundacja”, bo znał zazdrość Marysi. Druga nieudana próba in vitro pogłębiła kryzys. Marysia zaczęła podejrzewać, iż mąż coś ukrywa. Ale zdrady się nie bała – w tej sprawie było między nimi dobrze. Kamil wiedział, iż w domu źle, ale w pracy szło mu wyśmienicie – podpisał znakomity kontrakt. Arina była coraz bardziej bezradna, rodzice daleko, bliskich w Warszawie brak. Często źle się czuła, ale Kamil był pod telefonem. Pewnego dnia zastał ją na drabinie, próbującą wieszać nowe zasłony. – Schodź natychmiast! – nakrzyczał, widząc ciążowy brzuch. Pomógł jej zejść, poczuł drżenie. – Dziękuję, Kamilku… – powiedziała, ale zaraz pobiegła do łazienki – mdłości. Następnym razem Arina poprosiła go o pomoc przy urządzaniu pokoju dziecięcego. Zabrał się do remontu. Stał między żoną w depresji a Ariną tuż przed porodem. Marysia, by ratować małżeństwo, rzuciła się w wir pracy; znany magazyn zaproponował jej własną rubrykę. Była szczęśliwa, przyszła z zakupami, winem, urządziła z Kamilem domową imprezę przy ulubionym filmie. Wtedy zadzwonił do Kamila telefon. Marysia zerknęła: „Fundacja”. Kamil wybiegł do kuchni. – Co się dzieje? – spytał cicho. – Kamilku, chyba zaczynam rodzić… Wezwałam już karetkę. – To jeszcze za wcześnie… – Siódmy miesiąc, to możliwe… – była wyraźnie coraz bardziej słaba. – Dobrze, przyjadę do szpitala. Marysia patrzyła z lękiem, gdy gwałtownie się ubierał. – Wyjeżdżasz? – Tak. Szef dzwonił, pilna sprawa dotycząca fundacji… Potem wyjaśnię… Ale Marysia nie wierzyła. – Co za fundacja, co za szef. Kamil zmyśla… Kamil pojechał do szpitala, odetchnął z ulgą, gdy pielęgniarka powiedziała, iż Arina urodziła syna. Wrócił do domu wykończony. Marysia czekała. – Fundacja Cię tak zmęczyła… – ironizowała. Kamil ciężko opadł na kanapę. – Tak, Marysiu… Arina urodziła syna, obiecałem Denisowi pomagać jej. Jest zupełnie sama… – Wszystko jasne… Teraz będziesz opiekował się jej dzieckiem, bo swojego nie mamy i chyba nie będziemy mieć. Składam papiery o rozwód, Ty rób, co chcesz. Może uda mi się jeszcze poznać kogoś i zostać matką. Kamil popatrzył na nią, zrozumiał, iż obwinia go o niepłodność. – Twoja decyzja, Marysiu. Ale muszę pomóc Arinie z dzieckiem. Rozwiedli się. Kamil zamieszkał z Ariną, pomagał jej z małym Danielem. Po niedługim czasie wzięli ślub. Dwa lata później urodziła im się córka. Dziękujemy za przeczytanie, subskrypcję i wsparcie. Powodzenia w życiu!
Godzina w kolejce u ginekologa z przyszłymi rodzicami prosto z liceum: chichoty, wybieranie imienia z tabliczki na drzwiach i tęsknota za pierogami
Obietnica Denis spokojnie prowadził samochód trasą wracając wraz z przyjacielem Kirkiem z delegacji do Warszawy, którą szef im zlecił na dwa dni. – Kirk, aż miło patrzeć, jak świetnie wszystko załatwiliśmy – kontrakt podpisany na ogromną sumę, szef będzie zachwycony – uśmiechał się radośnie Denis. – To fakt, udało nam się znakomicie – potwierdził przyjaciel i kolega z biura. – Fajnie wracać do domu, kiedy ktoś na ciebie czeka – mówił Denis – moja Arina jest w ciąży i narzeka na nudności. Bardzo mi jej żal, ale oboje bardzo chcieliśmy dziecka, więc mówi, iż wszystko zniosłaby dla naszego maleństwa. – Dziecko to wielka sprawa, a u mnie i Marinki wciąż się nie udaje – podzielił się Kirk – już szykujemy się do drugiej próby in vitro, pierwsza się nie powiodła. Jesteśmy razem siedem lat, bardzo chcemy dziecka, ale… Denis ożenił się późno, w wieku trzydziestu dwóch lat. Miał oczywiście wcześniej dziewczyny, ale żadna nie „zawróciła mu w głowie”. Dopiero spotykając Arinę, zakochał się na zabój – nie dostrzegał już innych kobiet. Gdy Denis przedstawił jej Kirkowi, a potem był jego świadkiem na ślubie, Kirk poczuł lekką zazdrość. Arina była piękna i delikatna, rozumiał przyjaciela – w takiej można zakochać się od razu. Drobny jesienny deszczyk chlapał po szybie auta – od czasu do czasu pracowały wycieraczki. Rozmawiali wesoło, aż zadzwonił telefon Denisa. – Cześć, Arysiu, hej – tak, wracamy, będziemy za jakieś dwie godziny. Jak się czujesz? Nic się nie zmienia? Pamiętaj, nie podnoś nic ciężkiego, po powrocie wszystko załatwię, całuję, do zobaczenia, kochanie. Kirk podsłuchiwał i wyobrażał sobie Arinę, jak czeka na Denisa, przeżywa. Myślał: – Moja Marinka nie dzwoni, za mnie nigdy się nie martwi – uważa, iż jestem jej wierny. Nie jest taka jak Arina, u niej wszystko jasne: praca, dom. Wtem Denis gwałtownie skręcił kierownicą – prosto na nich wjechał dostawczy bus. Zderzenie było nieuniknione, ale w ostatniej chwili Denis wjechał w słup po swojej stronie i auto wyleciało z drogi. Kirk odzyskał przytomność – bolała go głowa, z ręki leciała krew. Drzwi po jego stronie były otwarte. Spojrzał na Denisa – ten się nie ruszał. Ludzie podbiegali, samochody zatrzymywały się na poboczu. Kirk leżał przy samochodzie na mokrej trawie. Czekali na karetkę. Denisa wyciągnęli i położyli na noszach. Kirk pochylił się nad nim – Denis szepnął cicho: – Pomóż Arysi… Obu zabrano do szpitala. U Kirka złamanie ręki i mocne wstrząśnienie mózgu. Cały czas pytał lekarzy: – A Denis, jak mój przyjaciel? W końcu pielęgniarka powiedziała: – Denis nie żyje… Kirk popadł w przygnębienie. Na pogrzebie nie był w stanie być obecny. Marinka przyjechała, opowiadała, iż żona Denisa na pogrzebie bardzo płakała, nie potrafiła uwierzyć, iż już go nie ma. Po wyjściu ze szpitala Kirk z Marinką odwiedzili grób Denisa. Długo stali w ciszy, Kirk obiecał w myślach: – Nie martw się, przyjacielu, nie zostawię twojej żony, pomogę jej, jak prosiłeś… Kilka dni później pojechał do Arysi, zapukał. Na widok Kirka rozpłakała się. – Jak mam żyć bez niego? Nie mogę się pogodzić, iż go już nie ma… – Arysiu, obiecałem twojemu mężowi, iż będę ci pomagał. Razem damy radę. Dzwoń do mnie, mów co potrzeba, będę cię odwiedzał. Czas mijał. Arysi trochę się poprawiło, ale bardzo bała się, by ciąża nie została przerwana przez stres. Lekarz również ostrzegał. Kirk odwiedzał ją dwa razy w tygodniu, przywoził zakupy, witaminy, czasem wiózł do przychodni. Arysi nie wykorzystywała jego dobroci – zgłaszała się tylko w razie potrzeby. – Kirk, nie chcę cię absorbować, masz swoje życie… – Nie jest mi trudno, obiecałem Denisowi. Kirk czuł do Arysi mieszane uczucia. Była kobietą ze snów, ale okoliczności były trudne. Tymczasem Marinka i Kirk znów jeździli po lekarzach – kolejne testy, nadzieje i rozczarowania. Bezpłodność była ich wspólnym bólem. Marinka nie wiedziała, iż Kirk pomaga Arysi – nie mówił jej o tym. W telefonie Arysi zapisana była jako „Fundacja”, bo Kirk wiedział – żona mogła się domyślić. Po kolejnej nieudanej próbie in vitro w ich związku zaczęło pojawiać się napięcie. Marinka pomyślała, iż to wina Kirka, ten już przestał cokolwiek analizować. Marinka widziała, iż mąż stał się roztargniony, często wyjeżdżał, denerwował się. Jednak romans wydawał jej się mało prawdopodobny – w tym aspekcie wciąż było dobrze. Kirk wiedział, iż w życiu osobistym ma pod górkę, ale w pracy szło mu świetnie. Wrócił do projektu, który zaczynał z Denisem – zakończył sukcesem i dostał duży kontrakt. Tymczasem Arysi, im dłuższa ciąża, tym bardziej była bezradna. Rodzice daleko na Śląsku, w Warszawie nie miała bliskich. Męczyły ją bóle głowy, obrzęki nóg, ale nie narzekała Kirkowi. Pewnego dnia przyjechał z zakupami, a Arysi stała na drabince – próbowała powiesić nowe zasłony. – Umyłam okno – przywitała się – teraz wieszam zasłony. – Zejdź natychmiast! – rozkazał Kirk, patrząc na jej duży brzuch – jakbyś spadła, to tragedia. To nie żarty. Pomógł jej zejść – byli teraz bardzo blisko siebie, Kirk poczuł dreszcze. – Dziękuję, Kirk – pobiegła jednak do łazienki, bo toksykoza znów się odezwała. Kirk odetchnął i otarł pot z czoła, myśląc: – Czy Denis widzi to stamtąd, gdzie teraz jest? Sam sobie winien – sam prosił o pomoc. Następnym razem Arysi poprosiła: – Kirk, pomożesz urządzić pokój dziecięcy? Niedługo będzie za późno. Widziałam ładne tapety. Kirk zajął się remontem, nie pozwolił, by ciężarna Arysi sama się przemęczała. Remont robili razem – Arysi wspierała go duchowo. Kirk był rozrywany między depresyjną żoną a Arysi, u której termin porodu zbliżał się nieubłaganie. Intuicja podpowiadała Marince, żeby ratować związek – rzuciła się w wir pracy. Pisała artykuły do pism. Jedno z prestiżowych miesięczników zaproponowało jej prowadzenie felietonu. Przyjęła z euforią – potrzebowała czegoś nowego. Zarobiła sporo i wróciła szczęśliwa z zakupami, dobrym winem. – O, coś świętujemy? – zdziwił się Kirk, wracając z pracy. – Tak, mam wreszcie duży przelew! Muszę uczcić! Przy stole rozłożyła smakołyki, wino, w telewizji ich ulubiony film. Atmosfera była domowa, ciepła. Sączyli wino. Nagle zabrzęczał telefon Kirka. Marinka zerknęła, widząc „Fundacja” na ekranie. Kirk czym prędzej wyszedł do kuchni. – Co się dzieje? – spytał cicho. – Kirk, chyba zaczynam rodzić… Wezwałam już karetkę. – Ale to za wcześnie! – Siódmy miesiąc, tak bywa – czuł, jak mocno boli ją brzuch. – W porządku, jadę do szpitala. gwałtownie się ubrał, żona patrzyła z niepokojem. – Dokąd jedziesz? – Szef nagle dzwoni – chce rozmawiać o fundacji i darowiznach. Wyjaśnię ci wszystko potem, uwierz mi… Ale Marinka nie wierzyła. – Co za fundacja, jaki szef? Kirk, myślisz, iż dam się nabrać? Kirk wybiegł, pojechał do szpitala – nie było blisko. Arysi już tam była. Po dwóch godzinach pielęgniarka oznajmiła – Arysi urodziła synka. Kirk odetchnął z ulgą – bardzo się denerwował. Marinka nie spała, od razu przeszyła go wzrokiem. – Twoja fundacja nieźle cię wymęczyła? – spytała z przekąsem. Kirk ciężko opadł na kanapę, bez rozbierania się. – Tak, Marinka – Arysi właśnie urodziła synka. Obiecałem Denisowi ją wspierać. Jest całkiem sama – przyznał uczciwie. – Wszystko jasne… Teraz będziesz musiał pomagać jej przy dziecku, prawda? – Tak – przyznał szczerze Kirk. – W porządku… Ale ja tego nie zniosę, iż poświęcasz czas obcemu dziecku, skoro my swojego nie mamy i wygląda na to, iż nie będziemy mieć. Wnioskuję o rozwód. A może spotkam kogoś innego i zostanę matką. Kirk spojrzał na nią zaskoczony, wiedział, iż żona i tak obwinia go o bezdzietność. – Twoja sprawa, Marinka, nie będę się tłumaczył. Muszę pomagać Arysi z dzieckiem. Czas mijał. Marinka złożyła rozwód. Kirk zamieszkał z Arysią, pomagał z małym Dankiem. Po pewnym czasie wzięli ślub. A dwa lata później urodziła się im córeczka. Dziękuję za przeczytanie, obserwację i wsparcie. Powodzenia w życiu!
Straciłam zaufanie do teściowej po odkryciu, co zrobiła za moimi plecami. Choć nie potrafię jej zostawić bez wsparcia, już nigdy nie będziemy miały takiej relacji jak dawniej…
„– Nie chcę być mamą! Chcę mieć wolność! – usłyszałam od córki, gdy w wieku 15 lat zaszła w ciążę i ukrywała to przed nami aż do piątego miesiąca. Po porodzie całkiem odrzuciła synka, a ja wraz z mężem przejęliśmy opiekę nad wnukiem. Lata minęły w trudnych relacjach, aż nagle serce mojej córki stopniało i stała się kochającą matką — teraz nie wyobraża sobie życia bez swojego dziecka, a w naszej rodzinie znów jest szczęście.
Cicha decyzja Lilki: Poród w samotności, walka o przyszłość córki i niezwykłe wsparcie w polskim szpitalu
„Halo… Kasiu– To nie Kasia. Tu Lena… – Lena? Kim pani jest?…– Proszę pani, a kim pani jest? Ja jestem dziewczyną Kacpra. Czegoś pani chciała?… Męża nie ma, przedłuża mu się praca… . Zakręciło mi się w głowie, zobaczyłam czerwone krople na podłodze. Brzuch bolał mnie mocno, aż się zwijałam… Czułam, iż dziecko lada chwila się urodzi. Mój mąż Kacper już od 5 lat regularnie wyjeżdża za granicę do pracy. Najpierw jeździł ciężarówką w Niemczech, potem remontował mieszkania w Polsce. Wyjechał za pieniędzmi. Mamy dwóch synów, chcieliśmy dać im najlepszą przyszłość. Doskonale rozumieliśmy, iż w Polsce kilka osiągniemy. Wiecie, tam mężowi się poszczęściło. Raz w miesiącu wysyłał nam paczki z jedzeniem: konserwy, kasze, olej, słodycze. I przelewał mi pieniądze, żebym odkładała na konto oszczędnościowe w banku. Udało nam się uzbierać niezłą sumę, by kupić starszemu synowi mieszkanie. Wydawało się, iż wszystko jest dobrze. Ale kilka miesięcy temu zaczęłam czuć, iż coś jest nie tak. Pierwsza myśl – menopauza, ale to nie to. Dużo przybrałam na wadze, ciągle chciałam spać, jadłam więcej, nastrój zmieniał mi się szybko. Według internetu – objawy ciąży. Jaka ciąża w wieku 45 lat? Nie wierzyłam, ale zrobiłam test. Na pasku zobaczyłam dwie wyraźne czerwone kreski. Synom i synowym nie powiedziałam o dziecku. Po co? Żeby własne dzieci mnie wyśmiały? Żeby mówili, iż ich matka na stare lata zwariowała? Postanowiłam ukryć ciążę. Akurat przyszła zima, zakładałam wszystko ciepłe i obszerne. Pod kurtką nikt nie widział brzucha. Nie chciałam rodzić tego dziecka. Może ktoś powie, iż w sercu nie mam Boga. Ale mam 45 lat, nie jestem już młoda. Mam synów i wnuki, którym chcę poświęcić czas, a nie kłopotać się z kolejnym maluchem i pieluchami. Poza tym nie mamy pieniędzy na trzecie dziecko. Kacper musiałby znów wyjechać za granicę do pracy, a ja bez niego nie dam rady. Powiedzieli, iż termin za późny i operacja zbyt ryzykowna. Nie wiadomo, czy mi nie zaszkodzi. Próbowałam sobie wmówić, iż wszystko będzie dobrze. Może Kacper się ucieszy, iż jeszcze będziemy mieć dziecko? Postanowiłam zadzwonić do niego na Skype i powiedzieć mu nowinę. Wyłączyłam kamerę, zostawiłam tylko mikrofon. – Halo, Kacprze… – To nie Kacper. Tu Lena. – Lena? Kim pani jest? – Proszę pani, a kim pani jest? Ja jestem dziewczyną Kacpra. Czegoś pani chciała? Męża nie ma, pracuje. Od razu się rozłączyłam i zaczęłam gorzko płakać. I tak to bywa w życiu, mąż zdradzi gdziekolwiek i z kimkolwiek. Chciałam natychmiast złożyć wniosek o rozwód, wyrzucić rzeczy Kacpra i więcej go nie widzieć, nie słyszeć. Ale przez cały czas miałam nadzieję, iż wróci do rodziny, gdy dowie się o dziecku. Wiedziałam, iż w lutym przyjedzie, bo nasi synowie mają wtedy urodziny i dostał urlop. choćby mi się śniło, iż spacerujemy razem w parku, Kacper trzyma za jedną rękę naszą córeczkę, a ja za drugą. W Walentynki, 14 lutego Kacper przyjechał. Przygotowałam romantyczną kolację, rozstawiłam świeczki, włączyłam muzykę. Chciałam stworzyć miłą atmosferę. – Kacprze, mam dla ciebie niespodziankę. Jestem w ciąży. Mówią, iż będzie córeczka. – Ty wstrętna! – krzyknął mąż. Aż poczerwieniał ze złości, zrzucił talerze na podłogę, walił pięścią w stół: – Gdy ja tam haruję jak koń, ty się puszczasz po obcych facetach? Teraz chcesz mi tę znajdę wcisnąć? – Kacprze, wszystko wyjaśnię… – Odejdź, nie chcę cię widzieć! – mąż odepchnął mnie, uderzyłam brzuchem o kant stołu i upadłam. Kacper wyszedł, zabrał torbę, trzasnął drzwiami. A mnie się tak zakręciło w głowie, zobaczyłam czerwone krople na podłodze, brzuch mnie bolał, skręcałam się z bólu. Ledwo sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam po pogotowie. Ale czułam, iż dziecko zaraz się urodzi. Gdy lekarze przyjechali, już trzymałam w ramionach naszą córeczkę. Dziewczynka spokojnie leżała, nie płakała, mocno spała. – No dobrze, mamo, jedziemy razem? – Nie. Zabierzcie dziecko, nie chcę jej. – Jak to? – Po prostu zabierzcie, mówię! To dziecko rozwaliło mi rodzinę! Może ktoś ją pokocha, ale na pewno nie ja. Zabierzcie ją, nie chcę jej widzieć! Bez wyrzutów sumienia oddałam dziecko lekarzowi. Zbadali mnie w domu, wszystko było w porządku, poród przebiegł spokojnie. Gdy pogotowie odjechało, posprzątałam, wzięłam prysznic i poszłam spać. Dzieci nie wiedzą, iż oddałam córeczkę. Codziennie chodzę do kościoła i modlę się, by była zdrowa, by znalazła rodzinę. Wiem, iż nie podołam. Nie chcę ponownie przechodzić przez trudności macierzyństwa. Chcę tylko, by Kacper wrócił do domu. Ale on znów wyjechał do Niemiec, rozmawia tylko z synami. Możecie mówić, iż jestem nienormalną kobietą. Ale ja wybieram męża, nie dziecko. Bóg mi świadkiem.
Obietnica Denis spokojnie prowadził samochód z rękami na kierownicy, a obok siedział jego przyjaciel Kamil. Wracali właśnie z delegacji z pobliskiego miasta, gdzie szef wysłał ich na dwa dni służbowych spraw. – Kam, ale świetnie się spisaliśmy – wszystkie sprawy domknięte, a do tego kontrakt podpisany na ogromną sumę, szef będzie zachwycony – mówił z uśmiechem Denis. – No, mieliśmy szczęście – przytaknął przyjaciel i współpracownik z tego samego biura. – Najlepiej jest wracać do domu, kiedy ktoś na ciebie czeka. Arisia jest w ciąży, strasznie męczy ją mdłości, żal mi jej, ale bardzo chcieliśmy dziecka – tłumaczył Denis. – Powiedziała, iż dla naszego malucha wszystko zniesie. – Dziecko to super sprawa, a u mnie z Marynką wciąż nie wychodzi, ona nie może donosić ciąży… Teraz szykujemy się już do drugiego podejścia do in vitro, bo pierwsze nie wyszło – żalił się Kamil, który z Marynką był już siedem lat po ślubie. Bardzo pragnęli potomstwa, ale… Denis żenił się późno, dopiero po trzydziestce. Miał wcześniej kilka kobiet, ale żadna nie zwaliła go z nóg. Gdy spotkał Arinę, zakochał się na zabój, nie widział już innych. Gdy Denis przedstawił Arię Kamila, a potem wziął z nią ślub – Kamil był świadkiem. Trochę mu zazdrościł. Ariadna była urodziwa i delikatna – aż chciało się być zakochanym. Jesienny deszcz padał na przednią szybę, od czasu do czasu pracowały wycieraczki, przyjaciele rozmawiali beztrosko. Nagle zadzwonił telefon Denisa. – Cześć, Arisia, tak, jesteśmy w drodze, będziemy za jakieś dwie godziny. Jak się czujesz? Nic się nie zmieniło? Tylko nie podnoś nic ciężkiego! Po powrocie wszystkim się zajmę. Całuję, do zobaczenia, kochanie. Kamil słuchał, wyobrażał sobie, jak Arisia czeka na Denisa, jak się o niego martwi. Myślał: „Moja Marynka choćby nie dzwoni, nie martwi się o mnie, uważa, iż jestem jej oddany… Zupełnie inna niż Arisia, wszystko u niej to praca i dom, zero emocji.” Nagle Denis gwałtownie skręcił kierownicą, gdy pod koła wyjechał dostawczy bus. Zderzenie było nieuniknione, ale uderzyli w słup po stronie Denisa i wypadli z trasy. Kamil ocknął się – miał rozciętą rękę, boliła go głowa, ale drzwi po jego stronie były otwarte. Spojrzał na Denisa – ten się nie ruszał. Obok pojawili się ludzie z innych samochodów. Kamil wciąż próbował przejść do siebie. Czekał na karetkę na mokrej trawie. Denisa wyniesiono już na noszach, Kamil pochylił się nad nim, a Denis wyszeptał cicho: – Pomóż Arii… Obaj trafili do szpitala – Kamil miał złamaną rękę i poważne wstrząśnienie mózgu. Cały czas wypytywał lekarzy: – Co z Denisem? Co z moim przyjacielem? W końcu pielęgniarka przekazała mu wiadomość: – Denis nie przeżył… Kamil pogrążył się w żałobie. Nie był w stanie pojawić się na pogrzebie. Marynka sama poszła, opowiadała, iż żona Denisa na pogrzebie bardzo płakała, nie mogła uwierzyć, iż już go nie ma. Gdy Kamil wyszedł ze szpitala, razem z Marynką pojechali na cmentarz. Stał przy grobie przyjaciela i obiecał mu z głębi serca: – Nie martw się, Denis, twojej żony nie zostawię samej. Pomogę jej – jak prosiłeś… Dwa dni później pojechał do Arii, zadzwonił. Gdy otworzyła, rozpłakała się. – Jak mam żyć bez niego? Nie mogę się pogodzić, iż Denisa już nie ma… – Aria, obiecałem twojemu mężowi, iż będę ci pomagał. Razem damy radę. Dzwoń do mnie z czymkolwiek, będę wpadał. Czas mijał. Ariadna powoli dochodziła do siebie, bardzo bała się o dziecko – lekarz uprzedził, iż zmartwienia mogą zaszkodzić. Kamil przyjeżdżał dwa razy w tygodniu, woził ją do lekarza, przynosił zakupy i witaminy. Aria nie wykorzystywała jego dobroci niepotrzebnie. – Kamil, nie chcę ci zabierać czasu… – Nie szkodzi, obiecałem Denisowi. Kamil miał wobec Arii mieszane uczucia. Zawsze marzył o takiej kobiecie, jednak nie wiedział, jak się zachować. Tymczasem Marynka z Kamilem znów odwiedzali lekarzy – kolejne badania, rozczarowanie… Bezpłodność była ich bolączką. Marynka nie wiedziała, iż mąż pomaga Arii, Kamil nic jej nie tłumaczył. W telefonie Aria widniała jako „Dobroczynność”, bo podejrzewał, iż żona mogłaby zobaczyć. Po drugim nieudanym zabiegu in vitro napięcie między nimi wzrosło. Marynka obwiniała Kamila, a on stracił nadzieję. Zauważyła, iż mąż zachowuje się dziwnie, bywa rozkojarzony, częściej wyjeżdża. O zdradzie nie myślała – wszystko było w porządku. Kamil miał kłopoty w życiu osobistym, za to w pracy odnosił sukcesy – wrócił do projektu, który kiedyś zaczynał z Denisem. Zakończył go świetnym kontraktem. A Arii z każdym tygodniem ciąży było coraz ciężej. Rodzice daleko, nikogo bliskiego w Warszawie. Głowa boli, nogi puchną, ale nie narzeka – nie chce obciążać Kamila. Pewnego dnia przyszedł z zakupami i zastał ją na drabince, próbującą zawiesić nowe firanki. – Umyłam okno i trzeba było od razu powiesić – powiedziała pogodnie. – Natychmiast zejdź – zarządził – z takim brzuchem możesz spaść i skrzywdzić dziecko, nie żartuję. Pomógł jej zejść, nagle poczuł dreszcz. – Dzięki, Kam… – wyszeptała, po czym pobiegła do łazienki – mdłości. Kamil odetchnął – „Widzi cię Denis tam gdzie jest? Sam prosiłeś, sam jesteś sobie winien.” Następnym razem Ariadna poprosiła: – Kamil, pomożesz mi przygotować pokój dla dziecka? Potem nie będę miała czasu. Na spacerze wypatrzyłam fajne tapety. Kamil robił remont, nie pozwalał ciężarnej się przemęczać. Pracowali razem – Aria głównie pomagała i wspierała, remont skończony. Kamil próbował pogodzić dwie role – z jednej strony żona w depresji przez niepłodność, z drugiej Ariadna zbliżała się do terminu porodu. Marynka rozumiała, iż jeżeli chce ratować małżeństwo, musi czymś się zająć. Pisała do gazet – jedna zaproponowała jej prowadzenie kolumny. Ucieszyła się, dostała dobry honorarium. Wróciła do domu szczęśliwa z torebką smakołyków i winem. – Co się stało, mamy święto? – zdziwił się Kamil wracający z pracy. – Właśnie dostałam niezłą kasę za ten kontrakt, trzeba to uczcić! – odpowiedziała wesoło. Wyciągnęła jedzenie, odpaliła ich ulubiony film – wieczór był jak za dawnych lat. Pili wino. Wtem zadzwonił Kamila telefon. Marynka zerknęła na ekran: „Dobroczynność”. Mąż wyszedł do kuchni. – Co się dzieje? – spytał. – Kam, chyba zaczynam rodzić… Już wezwałam karetkę. – Przecież to za wcześnie! – Siedem miesięcy, to możliwe – mówiła przez ból. – Dobrze, jadę do szpitala. gwałtownie się ubrał, Marynka patrzyła niepewnie. – Wyjeżdżasz? – Tak – wymyślił jakieś usprawiedliwienie na poczekaniu. – Szef musi pilnie się ze mną spotkać w sprawie dobroczynności. Wyjaśnię później. Uwierz, to ważne. Marynka nie wierzyła. – Co za dobroczynność, co za szef… ściemnia mi Kamil. Kamil pojechał do szpitala. Arię już zabrano, czekał dwie godziny aż pielęgniarka przyszła z wieścią: Aria urodziła synka. Odetchnął z ulgą, wrócił do domu wykończony: – Na szczęście wszystko dobrze, martwiłem się okropnie. Marynka czekała bez snu, kiedy wrócił. – Ta twoja dobroczynność dała ci popalić – powiedziała z ironią. Kamil usiadł ciężko na kanapie. – Tak, Marynka, tak… Aria właśnie urodziła synka. Obiecałem Denisowi się nią opiekować. Jest kompletnie sama. – Już wszystko jasne… – powiedziała cicho. – Teraz będziesz pomagał jej z noworodkiem, tak? – Tak – przyznał szczerze. – Nie wytrzymam tego, nie pozwolę, żebyś poświęcał obcemu dziecku czas, zwłaszcza iż my chyba nigdy nie będziemy mieć swojego. Składam pozew o rozwód – rób co chcesz. Może spotkam innego i urodzę mu dziecko. Kamil spojrzał na nią zdziwiony, zrozumiał: wciąż obwinia go o brak dzieci. – To twoje prawo, nie będę się tłumaczył. Muszę pomagać Arii i dziecku. Z czasem Marynka złożyła pozew rozwodowy. Kamil został z Arią i małym Danielem. Po pewnym czasie się pobrali, a dwa lata później urodziła się im córka. Dziękuję za przeczytanie, za subskrypcję i wsparcie. Życzę Ci szczęścia!
Para z Florydy pozywa klinikę in vitro. Urodziła czyjeś dziecko
Nie umiem się cieszyć z ciąży koleżanek. Kłuje mnie w sercu, bo powinnam być na ich miejscu
In vitro? Nie tak szybko! Jednoznaczne i pośrednie wskazania do IVF
Pokazała brzuch i piersi po czterech ciążach. "Aż tyle luźnej skóry i rozstępów"
Kto chce oszwabić Polaków na 6 miliardów?
Z życia wzięte. "Mama wyjechała na zarobki do Wielkiej Brytanii": Miała wrócić z pieniędzmi na mieszkanie, a wróciła w ciąży
Ból krocza po porodzie – jak długo trwa i jak sobie z nim radzić?
Kochamy nasze wnuki, ale nie mamy już siły ciągle je wychowywać — historia babci, która z mężem poświęciła wszystko dla córki i wnucząt, a dziś stoi na skraju wyczerpania
Beata z Wrocławia w ciąży z nauczycielem angielskiego z Gwinei – Rodzina w szoku! Bliscy nie akceptują związku i obawiają się o przyszłość wnuka, ale Beata i Roni walczą o miłość mimo uprzedzeń i planują nowe życie, najpierw w Afryce, potem w Polsce, a teraz marzą o Kanadzie
Nikt ich nie wyrzucał – powtarzaliśmy to mamie i ciotce – sami nie chcieli u nas zostać! Niech przyjeżdżają! Z przyjemnością ich ugoszczymy – Siedź! Nie ma nas w domu! – powiedział spokojnie Piotr. – Ale ktoś dzwoni! – zamarła Walentyna, podnosząc się z kanapy. – Niech dzwoni – odparł Piotr. – A jeżeli to ktoś ważny? – spytała Walentyna. – Lub sprawa służbowa? – Sobota, dwunasta. – Piotr wzruszył ramionami. – Ty nikogo nie zapraszałaś, ja na nikogo nie czekam! Wniosek? – Tylko zerknę przez wizjer – szepnęła Walentyna. – Siedź! – w głosie zabrzmiała stal. – Nie ma nas w domu! Kimkolwiek jest za drzwiami, niech wraca! – A wiesz, kto to? – zainteresowała się Walentyna. – Przeczuwam, dlatego mówię, żebyś nie wyglądała przez okno! – jeżeli to ci, o których myślę, łatwo nie odejdą – zauważyła Walentyna, wzruszając ramionami. – To zależy, jak długo nie będziemy im otwierać – odparł Piotr. – W końcu pójdą. Nie będą przecież nocować na klatce. A my nigdzie nie musimy wychodzić. Tak więc – usiądź, słuchawki w dłoń, telefon, film i spokój. – Piotr, mama dzwoni – Walentyna pokazała siedzący ekran telefonu. – Czyli za drzwiami stoi twoja ciotka z jej nieznośnym synkiem – podsumował Piotr. – Skąd wiesz? – zdziwiła się Walentyna. – Gdyby to był mój kuzyn – a Piotr specjalnie przeciągnął „u”, wymawiając to ślisko – dzwoniłaby moja mama! – A inne możliwości? – spytała Walentyna. – Sąsiedzi? Nie mam ochoty się z nimi zadawać. Przyjaciele? Po dwóch sygnałach daliby sobie spokój. Porządni ludzie zadzwoniliby wcześniej, zapytali czy możemy ich przyjąć! Nie wytrącaliby nerwów, dzwoniąc pół godziny! Tak nachalnie i bezwstydnie dobijają się tylko nasi upierdliwi krewni! – Piotr, to moja ciotka – wymęczonym tonem odezwała się Walentyna. – Mama wysłała wiadomość. Pyta, gdzie się szwędamy. Ciotka Natalia zatrzyma się u nas na kilka dni, bo ma sprawy w mieście! – Napisz jej, iż w Warszawie hoteli nie brakuje – Piotr się uśmiechnął. – Piotr! – zganiła go Walentyna. – Nie mogę tak powiedzieć! – Wiem – Piotr zamyślił się. – Napisz, iż nas nie ma w domu, bo z powodu odrobaczania mieszkania przenieśliśmy się do hotelu! – Genialne! – Walentyna napisała wiadomość i wysłała. – Piotr, teraz mama chce, żebyśmy ciotce wynajęli dwa pokoje: dla niej i Kostka – zaniemówiła Walentyna. – Odpowiedz, iż nie mamy pieniędzy. Dodaj, iż wynajęliśmy dwa łóżka w hostelu, a w pokoju mieszka z nami piętnaście obcokrajowców – Piotr był wyraźnie zadowolony z pomysłu. – Mama pyta, kiedy wrócimy – Walentyna zerknęła na męża. – Za tydzień – machnął ręką Piotr. Przestali dzwonić do drzwi. Małżeństwo odetchnęło z ulgą. – Piotr, mama pisze, iż ciotka przyjedzie za tydzień – powiedziała Walentyna zrezygnowanym głosem. – A nas znowu nie będzie w domu – podsumował Piotr. – Piotr, przecież wiesz, iż to nie jest rozwiązanie! Nie będziemy przecież wiecznie uciekać? A jeżeli przyjadą w ciągu tygodnia? Po pracy będą czatować pod drzwiami? Moja ciotka i twój kuzyn, ich stać na wszystko! – No tak – posmutniał Piotr. – I na co nam była ta trzypokojowa? – Piotr, przecież kupiliśmy ją z myślą o naszej przyszłej, dużej rodzinie – powiedziała Walentyna. – Czas na dziecko! – powiedział Piotr poważnie. – A najlepiej od razu dwójkę! – Przecież wiesz, iż trzeba się zbadać! Nie udaje się! – Walentyna oburzyła się. – Wystarczy, iż nerwy odejdą – przekonywał Piotr. – Przecież ciągle nas stresują – raz twoi, raz moi! Gdyby nie rodzina z problemami, wszystko by się udało! Walentyna nie kłóciła się, bo wiedziała, iż Piotr ma rację. Przed ślubem przeszli drogie badania na zgodność genetyczną i płodność – wyniki były doskonałe. Ale marzenie o dziecku musiało poczekać – najpierw zbierali na mieszkanie. Na spadek nie liczyli. Do ślubu oboje mieszkali w kawalerkach u mam. Liczyć mogli tylko na siebie. Pięć lat ciężkiej pracy i żelaznych oszczędności pozwoliło im kupić wymarzone mieszkanie. Rynek wtórny, blok nie nowy, remont od zera, meble również. Ale ile było radości! Nowego lokum nie zdążyli uczcić, a już na progu pojawiła się ciotka Walentyny i jej syn. Na wszelki wypadek w towarzystwie teściowej. – No, tu się nie musicie krępować, miejsca wam nie zabraknie! Nie to, co my z Walentyną, jedna izba i koniec! – Wygodnie – stwierdziła ciotka Natalia. – Akurat pokoik dla mnie, a Kostek dostanie swój! – W salonie nikt nie śpi – rzekł Piotr. – To strefa relaksu! – A ja tu i tak spać nie zamierzam – zaśmiała się ciotka. – Walentyna, wytłumacz mężowi, z synem mi niewygodnie – on chrapie! Zresztą, goście w domu, a stół pusty! – Nie spodziewaliśmy się was – zawstydziła się Walentyna. – I lodówka pusta – dorzucił Piotr. – Dobrze już – ciotka wykazała łaskę. – Piotr, do sklepu! Walentyna – do kuchni! – No, ruszcie się! – nakazała teściowa. – Tak to gości się w Polsce przyjmuje! – Czy to nie lekka przesada… – zaczął Piotr, ale Walentyna gwałtownie wyciągnęła go do innego pokoju. Kiedy Piotr uwolnił swoją rękę z uścisku żony, spytał: – Walentyno, czy tu ktoś czegoś nie pomylił? Zaraz ich wyekspediuję do twojej matki, razem z matką! Gdy przyjeżdżają goście, powinni zachowywać się jak goście! A to co jest? Chamstwo! – Piotr, ona prosta kobieta! Ze wsi! Tam tak mają! – Znam wiejskich ludzi, ale chamstwo nigdzie nie jest w modzie! A to czyste chamstwo! – Kochany, proszę, nie kłóćmy się z mamą i ciotką! Potem moje nerwy na strzępy rozerwane! A ty z miejsca staniesz się ich wrogiem! Chcesz tego? – Wszystko mi jedno! jeżeli względem mnie tak się zachowują, mogę ich nie dostrzegać w ogóle! gwałtownie zapomnę i nie zapłaczę! – Piotr, kochanie! Ale mnie oszczędź! Jak wyrzucimy ciotkę Natalię, mama mnie przeklnie! Nie mam nikogo oprócz niej! Ten argument zadziałał. Piotr z zaciśniętymi zębami poszedł do sklepu. Ciotka Natalia zamiast trzech dni gościła dwa tygodnie. Piotr zdążył uzależnić się od melisy już drugiego dnia. Wyjazd ciotki i jej syna obchodzili radośnie i sprzątali trzy dni. niedługo przyszła kolej na drugą stronę rodziny. – Bratku, wpadam na szybki wypad – Darek uścisnął Piotra aż trzasnęło. – Załatwię sprawy i wracamy! – Nie możesz sam sprawy załatwić? – zdziwił się Piotr. – Jak to, mam przecież rodzinę! Nie zostawię ich samych, a w mieście mogę mieć przygody! Żona czuwa! – Dlatego przywiozłeś też dzieci? – zapytał Piotr. – A z kim miałem zostawić? – Darek klepnął brata. – Dzieciom rozrywka się należy! Rozkręcamy miasto jak dawniej! – Darek! – ryknęła Sylwia. – Rozkręcę cię tak, iż nie będzie czego kręcić! Po godzinie od przyjazdu Piotra brata z rodziną, Walentyna leżała z bólem głowy. Dzieci jak wariatki, krzyk bez przerwy. Sylwia nie znała innego tonu niż wrzaski. A Darek nieustannie chciał ruszać gdzieś z Piotrem na nocne zabawy – ku rozpaczy Sylwii. – Piotr, przecież jesteś jedynakiem? – spytała Walentyna, wciskając się w poduszkę. – To kuzyn od strony matki – burknął Piotr. – Wołam go „kuzyn”. – Można go jakoś poprosić, żeby poszedł? – szepnęła Walentyna. – Wierz mi, z chęcią bym to zrobił – położył rękę na sercu Piotr – ale sytuacja jak z twoją ciotką. Mama wytnie mi mózg łyżeczką! Nie zdążali oporządzić się po jednym wizycie, a już na progu kolejni goście. Ciotka Natalia z synem, wiecznie „w interesach” w Warszawie. Kuzyn Darek z rodziną regularnie na „załatwianie spraw”. Mamy nie zapominały o dzieciach. Teściowa dręczyła zięcia, teściowa synową. Ciągły stres rujnował psychikę i zdrowie młodego małżeństwa. O dzieciach nie było mowy – zdrowia brak, warunków jeszcze bardziej. – Może zamieńmy mieszkanie? – rzuciła Walentyna. – Na kaftaniarnię? – zażartował Piotr. – Niedługo i tak się doczekamy! – Nie – uśmiechnęła się Walentyna. – Zamieńmy na takie samo, w innym rejonie. Ludzie chcą zmian! Przeprowadzimy się i nikomu nie powiemy gdzie! – To tylko przesunięcie w czasie – prychnął Piotr. – Kuzyn i ciotka i tak znajdą nowych lokatorów, których wypytają – znajdą nas! I będzie katastrofa! – Może zdążymy zrobić dziecko? – spytała z nadzieją Walentyna. – Nie tylko zrobić, jeszcze urodzić – potrząsnął głową Piotr. – Może wyprowadźmy się, choć na chwilę do znajomych? Może się schowamy! – Mówisz o Bartku i Kasi? – zapytał Piotr. – Tak! – Walentyna kiwnęła głową. – Mają wolny pokój! – Tam mieszka Tera – uśmiechnął się Piotr. – Zapomniałaś? – Wolę z owczarkiem niż z rodziną! – Walentyna wsparła głowę bezsilnie. – Czekaj! – zawołał Piotr i chwycił telefon. – Bartek, pożycz psa! – O, człowieku! Jesteś moim zbawieniem! Z Kasią chcemy na urlop, a Tera z obcymi nie zostanie! Was zna, lubi i szanuje! – entuzjazmował się Bartek. – Przywiozę karmę, posłanie, zabawki, miski! choćby ci zapłacę! – Przywoź! – ucieszył się Piotr. Wrócił do Walentyny cały rozpromieniony: – Dzwoń do mamy, niech ciotka wpada jutro! Ja zadzwonię do brata, by przyjechał w tygodniu! – Na pewno? – zapytała niepewnie Walentyna. – Z euforią ich przyjmiemy! – przekonywał Piotr. – Kto im winien, iż nie polubią naszego lokatora? Kuzynowi Darkowi i rodzinie wystarczył jeden „hau”, by wybrać wygodny hotel. Ciotka Natalia postanowiła walczyć. – Zamknijcie tego potwora! – grzmiała, chowając się za synem. – Ciociu Natalko, żartujesz? – uśmiechnął się Piotr. – Czterdzieści pięć kilo czystego mięśnia! To nie ratlerek, tylko owczarek niemiecki! Otworzy każde drzwi! – Dlaczego szczerzy na mnie kły? – przestraszyła się ciotka. – Nie lubi obcych – wzruszyła ramionami Walentyna. – Pozbądźcie się jej! Nie mogę mieszkać z tym potworem! – Jak to, pozbyć się? – oburzył się Piotr. – Ten kochany piesek jest teraz nasz! Skoro nie mamy dzieci, to przynajmniej możemy kochać psa! Bardzo ją kochamy! – Nie oddamy nigdy – dodała Walentyna. Później dzwoniły obie mamy, pytając, czemu odmówiliśmy rodzinie gościny. – Nikt ich nie wyganiał – powtarzaliśmy wszystkim – sami nie chcieli zostać! Niech przyjeżdżają! Przyjmiemy z radością! – A pies? – Mamo, nikomu nie odmawiamy! Ale choćby mamy przestały się pchać w gości. Po miesiącu Tera wróciła do Bartka i Kasi, ale gotowa była wrócić na wezwanie. Nie było potrzeby. Walentyna spodziewała się bliźniaków.
„Jest drugi pokój (…) jest czarną dziurą, w sercu, w tym domu” Patrycja i Andrzej Sołtysikowie szczerze o niepłodności
Kochamy nasze wnuki całym sercem, ale nie mamy już siły ani zdrowia, by ciągle pracować na utrzymanie córki i jej coraz większej rodziny – czy ktoś zrozumie rodziców, którzy poświęcili wszystko dla swoich dzieci?
– Halo… Krysia– To nie Krysia. To Ola… – Ola? A kim pani jest?…– Proszę pani, a kim pani jest? Ja jestem narzeczoną Krzysztofa. Coś pani chciała?… Męża nie ma, został dłużej w pracy… Zakręciło mi się w głowie, zobaczyłam czerwone krople na podłodze. Brzuch bolał mnie strasznie, aż się zwijałam… Czułam, iż dziecko zaraz się urodzi. Mój mąż Krzysztof już od pięciu lat wyjeżdża za granicę do pracy. Pracował już w Niemczech jako kierowca tira, robił remonty w Polsce. Wyjechał przez pieniądze. Mamy dwóch synów, chcieliśmy zapewnić im jak najlepszą przyszłość. Wiedzieliśmy, iż w Polsce niczego nie osiągniemy. Wiecie, tam za granicą Krzyś miał szczęście. Raz w miesiącu wysyłał nam paczki z jedzeniem – jakieś konserwy, kasze, olej, słodycze. Przesyłał mi też pieniądze na konto, żebym w banku odkładała na procenty. Udało nam się uzbierać niezłą sumę – kupiliśmy starszemu synowi mieszkanie. Wydawało się, iż wszystko jest dobrze. Ale kilka miesięcy temu poczułam, iż z moim ciałem dzieje się coś dziwnego. Pierwsza myśl – menopauza, ale nie. Bardzo przytyłam, ciągle chciało mi się spać, dużo jadłam, nastrój zmieniał mi się co chwilę. Objawy z internetu wskazywały na ciążę. Ale jaka ciąża w wieku 45 lat? Nie wierzyłam, zrobiłam test – na patyczku wyraźnie dwie czerwone kreski. Ani synom, ani synowym nie chciałam mówić o dziecku. Po co? Żeby własne dzieci się ze mnie śmiały? Żeby mówili, iż matka na starość zwariowała? Postanowiłam więc wszystko ukryć. Zbliżała się zima, ubierałam ciepłe i szerokie ubrania, pod kurtką nikt nie widział brzucha. A jednak nie chciałam rodzić tego dziecka. Ktoś powie, iż nie mam Boga w sercu. Ale mam 45 lat, nie jestem już młoda. Mam synów i wnuki, to im chcę poświęcić czas, nie przewijać znowu niemowlaka. Nie mamy pieniędzy na trzecie dziecko. Krzysztof musiałby znów wyjeżdżać za granicę, a ja bez niego nie dam rady. Lekarze powiedzieli, iż termin już późny i zabieg ryzykowny, nie wiadomo, czy nie zaszkodzi mi jeszcze bardziej. Próbowałam przekonać samą siebie, iż jakoś to będzie. Może Krzysztof ucieszy się, iż będziemy mieli jeszcze jedno dziecko? Zadzwoniłam do niego na Skype, chciałam powiedzieć o tym, ale nie włączałam kamery, tylko mikrofon. – Halo, Krzyś… – To nie Krzyś. To Ola. – Ola? A kim pani jest? – Proszę pani, kim pani jest? Ja jestem dziewczyną Krzysztofa. Coś pani chciała? Męża nie ma, zatrzymał się w pracy. Od razu się rozłączyłam i rozpłakałam. Tak to w życiu bywa, facet może zdradzać gdzie chce i z kim chce. Chciałam od razu złożyć papiery na rozwód, wyrzucić jego rzeczy, nie widzieć go już nigdy więcej. Ale w głowie miałam jeszcze nadzieję, iż kiedy dowie się o dziecku, wróci do rodziny. Wiadomo było, iż w lutym przyjedzie, bo synowie mają urodziny i dostał urlop. choćby mi się śniło, iż spacerujemy razem w parku – Krzysztof trzyma za rękę naszą córeczkę, a ja za drugą. Właśnie 14 lutego, w Walentynki, przyjechał Krzysztof. Przygotowałam romantyczną kolację, ustawiłam świece, włączyłam muzykę. Chciałam stworzyć spokojną atmosferę. – Krzysiu, mam dla ciebie niespodziankę. Jestem w ciąży. Podobno – będzie córeczka. – Ty kłamczucho! – krzyknął mąż. Zaczerwienił się ze złości, zrzucił talerze na podłogę, zaczął walić pięściami w stół: – To jak ja haruję za granicą jak wół, ty skaczesz po obcych facetach i teraz chcesz mi podrzucić bękarta? – Krzysiu, ja wszystko wyjaśnię… – Odejdź, nie chcę cię widzieć! – mąż odepchnął mnie tak, iż uderzyłam brzuchem o kant stołu i upadłam. Krzysztof wyszedł, zabrał torbę i trzasnął drzwiami. Zakręciło mi się w głowie, zobaczyłam czerwone krople na podłodze. Brzuch bolał mnie strasznie, aż się zwijałam z bólu. Ledwo znalazłam telefon, zadzwoniłam po pogotowie. Ale czułam, iż dziecko zaraz się urodzi. Gdy lekarze przyjechali, trzymałam już córeczkę w ramionach. Dziewczynka spała spokojnie, nie płakała. – No to co, mamo, jedziemy z nami? – Nie. Zabierajcie dziecko, nie chcę jej. – Jak to? – Po prostu zabierzcie, dobrze? To dziecko zniszczyło mi rodzinę! Może ktoś ją pokocha, mnie nie stać. Zabierzcie, nie chcę jej widzieć! Bez wyrzutów sumienia oddałam dziewczynkę lekarzowi. Zbadali mnie w domu, nie było rozdarcia, poród przebiegł spokojnie. Kiedy pogotowie pojechało, posprzątałam dom, wzięłam prysznic i poszłam spać. Nikt z dzieci nie wie, iż oddałam córeczkę. Codziennie chodzę do kościoła i modlę się, żeby dziewczynka była zdrowa, żeby znalazła swoją rodzinę. Wiem, iż nie podołam. Nie chcę znów przechodzić przez trudy macierzyństwa. Chcę tylko tego, żeby Krzysztof wrócił do domu. Ale znów wyjechał do Niemiec, rozmawia tylko z synami. Możecie mówić, iż jestem nienormalną kobietą. Ale ja wybrałam męża, nie dziecko. I Bóg jest moim sędzią.
Kiedy Beata z Wrocławia dowiaduje się o ciąży, jej rodzina nie kryje szoku – nie mogą zaakceptować związku z Ronim z Gwinei, przekonani, iż nie zostanie na długo. Mimo sprzeciwu, Beata decyduje się na przeprowadzkę do Afryki, a potem powrót do Polski z mężem i dwójką dzieci. Odrzuceni przez rodzinę, planują emigrację do Kanady w poszukiwaniu większej tolerancji.
Kochamy nasze wnuki, ale nie mamy już siły być ich opiekunami – historia polskich dziadków, którzy przez lata oddali wszystko dla swojej córki i jej dzieci
Leonid przez lata nie wierzył, iż Irena jest jego córką. Jego żona, Weronika, pracowała w lokalnym spożywczaku, a ludzie z miasteczka plotkowali, iż często zamyka się w magazynku z obcymi mężczyznami. Dlatego też Leonid był przekonany, iż drobna Irenka nie jest jego dzieckiem i nie potrafił jej pokochać. Jedyną osobą, która chroniła i wspierała wnuczkę, był dziadek Mateusz – to właśnie on pozostawił Irenie dom w spadku. Tylko dziadek Mateusz kochał Irenkę Jako dziecko Irenka często chorowała, była bardzo delikatna i malutka. „Ani w mojej, ani w twojej rodzinie takich 'kruszyn’ nie było”, powtarzał Leonid. „To dziecko jest mniejsze niż garnuszek!” Z czasem niechęć ojca do córki udzieliła się choćby matce. Tylko u dziadka Mateusza Irenka znajdowała prawdziwą miłość. Jego dom stał na skraju wsi, tuż przy lesie. Mateusz całe życie pracował jako leśniczy, choćby na emeryturze codziennie zaglądał do lasu, zbierał jagody, lecznicze zioła, zimą dokarmiał zwierzęta. Mieszkańcy wioski uważali go za trochę dziwnego, choćby się go bali – mówił czasem coś, co potem się sprawdzało. Ale i tak chodzili do niego po zbawienne napary i herbaty. Mateusz pochował żonę dawno temu, pocieszeniem był dla niego las i wnuczka. Kiedy Irenka poszła do szkoły, więcej czasu spędzała u dziadka niż w domu. Mateusz uczył ją rozpoznawać zioła i korzenie. Nauka szła Irenie łatwo, a gdy pytano ją, kim chce zostać, odpowiadała: „Chcę leczyć ludzi”. Matka była jednak przeciwna, powtarzała, iż nie stać jej na dalszą edukację córki. Dziadek ją pocieszał: „Nie martw się, nie jestem biedny, pomogę ci, a jak trzeba, choćby krowę sprzedam”. Dziadek Mateusz zostawił Irenie dom i obietnicę szczęścia Weronika rzadko odwiedzała ojca, ale gdy syn przegrał pieniądze w karty w mieście, przyszła błagać Mateusza o pomoc. Andrzej został mocno pobity i grożono mu, by zdobył pieniądze za wszelką cenę. „Przejrzałaś w końcu moje progi, jak ci się zaczerwieniło pod nogami?”, zapytał ostro Mateusz. „Przez lata cię tu nie było!” Odmówił pomocy: „Nie zamierzam spłacać długów Andrzeja. Mam wnuczkę do wykształcenia”. Weronika była wściekła. „Nie chcę was już znać, nie mam już ani ojca, ani córki!” – wykrzyczała i wybiegła z domu. Kiedy Irena dostała się do medycznej szkoły policealnej, rodzice nie dali jej ani grosza – pomagał tylko dziadek Mateusz. Pomagała też stypendium — Irena uczyła się świetnie. Przed ukończeniem szkoły Mateusz zachorował. Przewidując swój bliski koniec, oznajmił wnuczce, iż zapisuje jej dom. Radził Irenie szukać pracy w mieście, ale pamiętać o domu, bo dom żyje, dopóki jest w nim człowiek. Zimą trzeba palić w piecu. „Nie bój się tu nocować sama. Tu znajdziesz swoją przyszłość” – przepowiedział. „Będziesz szczęśliwa, córeczko”. Wróżba Mateusza się spełniła Mateusz zmarł jesienią. Irena pracowała jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym, na weekendy jeździła do domu dziadka – paliła w piecu w chłodne dni. Drewna było na długo, bo Mateusz o wszystko zadbał. Pogoda nie zapowiadała się dobrze, akurat Irena miała dwa dni wolnego. Nie chciała siedzieć w wynajmowanym pokoju — wolała jechać do rodzinnej chaty. Wieczorem dojechała do wsi. W nocy rozpętała się zamieć, rano śnieg zasypał drogę. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Przed domem stał nieznajomy młody mężczyzna. „Dzień dobry. Muszę odkopać samochód, utknąłem naprzeciwko waszego domu. Ma pani może łopatę?”, zapytał. „Stoi przy ganku, śmiało, może pomóc?”, odpowiedziała Irena. Ale mężczyzna spojrzał na drobną Irenę z przekąsem: „Jeszcze by pani zasypało w tym śniegu”. Gość sprawnie sobie poradził, ale samochód znów ugrzązł. Irena zaprosiła go więc do środka na herbatę ziołową. „Nie boisz się tu sama koło lasu?” – spytał. Wyjaśniła, iż bywa tu tylko w weekendy, pracuje w mieście. Zastanawiała się, czy wróci do pracy, jeżeli autobus nie przyjedzie. Nieznajomy, który przedstawił się jako Stanisław, zaoferował pomoc – jemu też pasowało jechać do miasta, bo tam mieszka. Irena chętnie się zgodziła. Pewnego dnia po dyżurze Irena wracała pieszo i ku swojemu zdziwieniu spotkała Stanisława. „Chyba twoja herbatka ziołowa ma jakieś czary – bardzo chciałem cię znów zobaczyć. Może jeszcze raz napijemy się razem?” – zażartował. Ślubu nie było – Irena nie chciała. Staszek początkowo naciskał, potem dał spokój. Za to mieli prawdziwą, szczerą miłość. Irena przekonała się, iż nie tylko w książkach piszą, iż mąż nosi żonę na rękach. Gdy urodził się ich pierworodny syn, w szpitalu podziwiano, jak ta drobna kobieta mogła takiego „mocnego chłopaka” urodzić! Pytana o imię dla syna, Irena odpowiadała: „Będzie Mateusz, na cześć bardzo dobrego człowieka”.
Sąsiedzi z kamienicy postanowili udowodnić, kto tu naprawdę rządzi – i to bez powodu! Mieliśmy już troje dzieci, nowe mieszkanie na obrzeżach Warszawy i wtedy zaczęły się ich nieustanne pretensje, aż do awantury z moją ciężarną żoną
Wyprawkowy minimalizm – jak wybrać poduszkę do karmienia, która posłuży od ciąży do nauki siadania?