Codziennie chodzę do szkoły moich wnuków.
Nie jestem nauczycielem ani pracownikiem jestem po prostu dziadkiem z laską i sercem, które nie może stać w miejscu, gdy wnuk potrzebuje wsparcia.
Nazywam się Henryk Kowalski i robię to dla Mikołaja mojej dumy, mojej radości, mojego powodu do życia.
Pierwszy raz, gdy zobaczyłem go samego, siedział na ławce pod lipą.
Inne dzieci biegały, śmiały się, grały w piłkę.
On tylko patrzył, z rękami na kolanach i wzrokiem kogoś, kto pragnie przynależeć, ale nie wie jak.
Gdy go tego dnia odebrałem, zapytałem:
Dlaczego nie bawisz się z kolegami?
Wzruszył ramionami.
Nie chcą, dziadku. Mówią, iż jestem za wolny i nie rozumiem zasad.
Tej nocy nie mogłem spać.
Następnego ranka porozmawiałem z dyrektorką.
Pani Krystyno, chciałbym prosić o specjalne pozwolenie. Chcę towarzyszyć Mikołajowi na przerwie.
Spojrzała na mnie łagodnie.
Panie Henryku, rozumiem pana troskę, ale…
Żadnych ale. Ten chłopiec to moje życie. jeżeli szkoła nie potrafi sprawić, by czuł się włączony, ja to zrobię.
Od tamtej pory codziennie o dziesiątej trzydzieści przekraczam niebieską bramę szkolnego podwórka.
Na początku dzieci patrzyły na mnie z ciekawością starszy pan w słomkowym kapeluszu i z laską wśród nich.
Mikołaj był zawstydzony.
Dziadku, nie musisz przychodzić.
Wstydzić się czego? Czy twój dziadek nie może cię kochać?
Zaczęliśmy powoli. Graliśmy w domino, potem w warcaby.
Mikołaj śmiał się, gdy udawałem, iż nie widzę jego małych oszustw.
Pewnego dnia podszedł do nas chłopiec.
W co gracie? zapytał.
W chińczyka odpowiedziałem. Chcesz dołączyć?
Miał na imię Kacper. Sześć lat, brakowało mu przednich zębów, ale jego uśmiech rozjaśniał całe podwórko.
Mikołaj cierpliwie wytłumaczył mu zasady.
Następnego dnia Kacper wrócił, zabierając ze sobą koleżankę Zosię.
Od tamtej pory nasz zwykły kącik stał się miejscem spotkań, pełnym śmiechu i przyjaźni.
Wzięliśmy skakankę i w końcu urządziliśmy małe zawody.
Mikołaj nie skakał najszybciej, ale inni dostosowali tempo.
Dawaj, Miko, dasz radę! krzyczała Zosia.
Pięć skoków! Nowy rekord! cieszył się Kacper.
Patrzyłem na nich z wilgotnymi oczami i euforią w sercu.
Pewnego dnia podszedł do mnie nauczyciel wuefu.
Panie Henryku, to, co pan robi, jest wyjątkowe.
Jestem tylko dziadkiem, który kocha swojego wnuka odparłem.
Nie powiedział z uśmiechem. To uczy nas czegoś, o czym czasem zapominamy: iż każdy zasługuje na swoje miejsce, niezależnie od szybkości.
Minęły trzy miesiące.
Wciąż przychodzę.
Ale już nie dlatego, iż Mikołaj jest sam.
Przychodzę, bo teraz czeka na mnie ośmioro czy dziewięcioro dzieci, krzyczących: Dziadek Henio!, gdy przekraczam bramę.
Bo mój wnuk ma teraz przyjaciół, którzy go zapraszają, bronią i rozumieją.
Dziś rano, gdy graliśmy w chowanego, Mikołaj mocno mnie przytulił.
Dziękuję, dziadku.
Za co, chłopcze?
Że nie zostawiłeś mnie samego. Że nauczyłeś mnie, iż bycie innym to nic złego.
Uklęknąłem przed nim i powiedziałem:
Mikołaj, to ty mnie nauczyłeś. Nauczyłeś mnie, iż miłość nigdy się nie męczy, iż nigdy nie jest za późno, by coś zmienić, i iż prawdziwa odwaga to być przy kimś, gdy tego potrzebuje.
Dzwonek zadzwonił. Dzieci pobiegły ustawić się w kolejce.
Mikołaj już nie chodzi ze spuszczoną głową.
Wrócę jutro. I pojutrze też.
Bo bycie dziadkiem to nie tylko opieka to budowanie mostów i przypominanie światu, iż nikt, absolutnie nikt, nie powinien być sam na placu zabaw życia.















