"Czasami myślę, iż chory wnuk to kara dla mnie. Za to, iż byłam egoistką"

kobietaxl.pl 3 godzin temu

Wyczekiwany chłopczyk

- Przed laty nigdy nie przypuszczałam, iż akurat mnie dotkną takie zmartwienia – przyznaje Barbara. - Robiłam wszystko jak należy. Zawsze byłam posłuszną córką. Dobrze się uczyłam, zdałam na ekonomię, tam poznałam Leszka. Mąż był rok wyżej. Byliśmy z tego samego, mniejszego miasta. Po dyplomie wróciliśmy do naszych rodzin. Dostałam pracę w urzędzie. Leszek pracował w prywatnej firmie. Pobraliśmy się, urodziłam córkę Agatę, po pięciu latach syna Jacka. Dzieci były zdrowe, kupiliśmy na kredyt mieszkanie, rodzice pomagali. Nic nadzwyczajnego, dobre, spokojne lata.

Barbara jest kobietą o tradycyjnych wartościach, religia wiele dla niej znaczy. Regularnie chodzi na msze, a w sierpniu stara się brać udział w pielgrzymkach na Jasną Górę. Mąż był mniej zaangażowany religijnie, ale nie miał nic przeciwko jej głębokiej wierze i wychowywaniu dzieci w tym duchu.

- Byłam przekonana, iż uczciwe postępowanie, modlitwa, to gwarancje bezpieczeństwa – mówi Barbara. – Przez ćwierć wieku tak właśnie było, naszą rodzinę szczęście nie opuszczało. Agata wybrała szkołę hotelarską, pojechała na praktykę do Norwegii, nawiązała kontakty. Po szkole tam dostała pracę, założyła rodzinę. Często przyjeżdża, ale jej dzieci to już nie Polacy. Wybrała inny kraj i zagranicznego męża, nie miałam złudzeń, iż te wnuki będą żyły w naszej tradycji. Dlatego dużą nadzieję pokładałam w Jacku. Liczyłam, iż założy wspaniałą rodzinę, i spędzimy przy nich starość. Chciałam uczyć dzieci syna naszych tradycji i wartości.

Jacek był dla Barbary ukochanym dzieckiem, synkiem mamusi. Bardzo go rozpieszczała. Chłopak miał spokojny charakter, zawsze był grzeczny, zamiast wychodzić z kolegami, wolał samotnie siedzieć przed komputerem. W ważniejszych sprawach zawsze radził się matki. Razem z nią chodził do kościoła i na pielgrzymki. Początkowo Barbara sądziła, iż może zostanie księdzem, ale gdy zaczął oglądać się za dziewczynami, dała spokój. Leszek odetchnął z ulgą, chciał, aby syn został inżynierem. Tak się stało, chłopak zdał na informatykę, dobrze radził.

- Bałam się, iż Jacek zwiąże się z nieodpowiednią dziewczyną – przyznaje matka. – Była taka na jego roku, Ada. Latała za nim, choćby do nas przyjechała. Nie dość, iż miała tatuaż na ramieniu, to jeszcze nie chciała iść w niedzielę na mszę. Namawiała syna, by razem pojechali na kontrakt za granicę. Wiedziałam, iż mi go zabierze. Nie chciałam takiej synowej. Obrzydziłam ją Jackowi. Sama musiałam wejść do akcji. Podobała mi się dziewczyna z naszej parafii, Marysia. Była przedszkolanką i zawsze widziałam ją na nabożeństwie niedzielnym. Poznałam ich, razem poszliśmy na pielgrzymkę. Gorąco modliłam się aby tych dwoje się odnalazło i tak się stało. Byłam szczęśliwa, stanowili piękną parę.

Człowiek planuje, Bóg decyduje

Barbara dobrze wspomina wesele syna. To były ostanie radosne chwile w ich rodzinie. Chociaż wydawało się, iż wszystko układa się znakomicie.

- Młodzi poszli na swoje, Marysia miała mieszkanie po babci – mówi. – gwałtownie zaszła w ciążę, bo pragnęli dziecka. Synowa bardzo lubiła dzieci. Jacek był dumny jak paw, iż zostanie tatą. Obiecywałam z mężem, pomoc przy wnukach. Wtedy zdarzył się pierwszy dramat. Marysia poroniła. Była zdruzgotana. Mój syn też. Gdy już doszła do siebie postarali się znowu o dziecko. Dziewczyna bardzo o siebie dbała, ale badania nie były dobre. Znowu organizm nie chciał utrzymać ciąży. Walczyła o to dziecko. Leżała kilka miesięcy na patologii ciąży. Urodziła wcześniaka, chłopczyka Adasia. Jacek był szczęśliwy, my też. Ale pech nas nie opuszczał. Mąż wracał z pracy o zmroku, był na przejściu, gdy potrącił go samochód. Młody kierowca nie zwolnił. Leszek by przeżył, ale upadając uderzył głową w krawężnik. Byłam w rozpaczy, bez mojego kochanego, silnego i spokojnego męża, czułam się bezbronna. Z rozpaczy pomogła mi wyjść modlitwa i wiara, iż Leszek przez cały czas jest przy mnie i kiedyś do niego dołączę.

Wtedy zaczęły się problemy z malutkim Adasiem. Chłopiec zachowywał się dziwnie już w wieku trzech miesięcy. Unikał kontaktu wzrokowego. Gdy skończył pół roku, a potem rok, nie uśmiechał się, nie reagował na imię.

- Widziałam te objawy, ale sama się okłamywałam, iż to przejdzie – mówi Barbara. – Wnuk rósł, ale jakby nie był obecny. Nie nawiązywał żadnych relacji, nie naśladował. Syn do mnie przyszedł i stwierdził, iż z dzieckiem coś jest nie tak. Był zmartwiony, nic nie mówiłam, choć myślałam to samo. Prosiłam codziennie Boga, aby Adaś był zdrowy. Marysia tyle wycierpiała, żeby go urodzić. Niestety modlitwy nie pomagały.

Chłopczyk odmawiał jedzenia niektórych pokarmów, nie mówił, krzyczał, gdy coś zaburzyło rutynę dnia. Reagował gwałtownie na jasne światło, albo głośniejszy hałas. Nie mówił. Nie chciał dotyku, krzyczał gdy ktoś próbował go przytulić lub pocałować. Reagował coraz gwałtowniejszą agresją.

- W małżeństwie syna dochodziło do kłótni – przyznaje Barbara. – Jacek bał się, iż dziecko jest chore, ale Marysia nie dopuszczała do siebie myśli, iż chłopcu coś jest. Gwałtownie zaprzeczała, krzyczała, iż jest zupełnie normalny. Nie chciała zabrać synka do lekarza. Zaklinała rzeczywistość.

Jacek poprosił matkę, by przekonała Marysię do wizyty u specjalisty. Skończyło się awanturą i łzami. Młoda matka tylko gwałtownie zaprzeczała, iż jest problem. Obwiniała innych o wymyślanie bajek na temat jej dziecka.

- To było dziwne, przecież była przedszkolanką – stwierdza Barbara. – Zaczynałam martwić się o jej zdrowie psychiczne. Nie radziła sobie, mój syn też był sfrustrowany.

Jedyne co uspakajało chłopca, to były piloty do telewizora. Mógł bawić się nimi godzinami. Nie dawał sobie ich odbierać. W końcu dziecko trafiło do lekarza. Zdiagnozowano spektrum autyzmu. Tego nie dało się wyleczyć.. Adaś podrósł, wbrew zaleceniom, matka zapisała go do swojego przedszkola. Sądziła, iż jakoś oswoi syna z sytuacjami społecznymi, bo sama będzie nad nim czuwała. Zabawki go jednak nie interesowały, nie chciał się poznawać z rówieśnikami. Siadał w kącie i się kiwał. Niestety hałas, niekontrolowane zachowania innych dzieci, doprowadzały chłopca do gwałtownych zachowań. Atakował inne przedszkolaki, kopał, gryzł, krzyczał. Matka nie zawsze mogła pilnować tylko jego. Rodzice pobitych i wystraszonych dzieci, zażądali wydalenia niebezpiecznego chłopca. Marysia w ramach protestu rzuciła pracę.

Trzeba było się nie wtrącać

- Jacek nie dawał rady z tą sytuacją – przyznaje Barbara. – Dla niego wszystko dało się naprawić, jak to inżynier. Ale tu się nie dało. Był bezradny. Już wszyscy wiedzieli, iż z dzieckiem jest coś nie tak. W takim małym mieście plotki gwałtownie się roznoszą. Marysia pilnowała Adasia w domu, aż do czasu pierwszej klasy podstawówki. Powinna wysłać dziecko od najmłodszych lat na terapię, a potem do specjalnej placówki. Uparła się jednak, iż wnuk pójdzie, jak inne dzieci, do normalnej szkoły. Przekonywała, iż jest już dojrzalszy, więcej rozumie. Dramat się powtórzył, z Adasiem było coraz gorzej, ponieważ był większy i silniejszy. Inne dzieci specjalnie go prowokowały.

Do kolejnego traumatycznego wydarzenia doszło podczas szkolnego przedstawienia z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Wnuk dostał symboliczną rolę w Jasełkach, miał być choinką. Na widowni byli jego rodzice i babcia. Wtedy doszło do incydentu. Adaś, który musiał długo stać na scenie, nie wiedział jak zareagować i załatwił się w spodnie. Wybuchło zamieszanie, dziecko trzeba było natychmiast zabierać do domu. Wiele osób się śmiało, inny byli oburzeni, iż rodzice są nieodpowiedzialni posyłając takiego chłopaka do szkoły. Jacek chciał się zapaść pod ziemię ze wstydu, na sali był jego szef z żoną. Też mieli w tej szkole dziecko.

- choćby wtedy Marysia nie chciała zrozumieć, iż Adaś musi mieć specjalną edukację - opowiada Barbara. – Jacek się spakował i przyszedł do mnie. Powiedział, iż to koniec małżeństwa, nie da więcej rady i odchodzi od żony. Nie mogłam się na to zgodzić, chciałam żeby natychmiast wracał. Mieli ślub kościelny, przysięgali miłość do śmierci. Syn wygarnął mi, iż zawsze się wtrącałam w jego życie. Wcale Marysi nie kochał, ożenił się dla świętego spokoju. I to moja wina, bo on chciał być z Adą.

Jacek odszedł z pracy i wyjechał. Okazało się, iż utrzymywał cały czas kontakt z Adą. Wniósł wniosek o rozwód. Marysia nie protestowała. Dostał rozwód, płaci wysokie alimenty na dziecko. Jacek został z Adą.

- Pobrali się, nie pojechałam na ślub. Mają dziecko, zdrową córkę Alicję. Pracują w jakimś dużym koncernie. Rzadko ich widuję. Syn mi nie wybaczył, iż wybrałam mu żonę – mówi Barbara. - I ja go rozumiem. Gdybym nie wtrącała się w jego życie, nie byłoby tego nieszczęścia. Patrzę na swojego chorego wnuka, bo stale pomagam Marysi i żal mi go. Żal mi też jego matki, bo życia to ona z nim nie ma. Bardzo dziś żałuję, iż byłam taką egoistką. Bo tak naprawdę nie myślałam o Jacku, ale o sobie i swoich wartościach. I może dlatego Pan Bóg nie chciał słuchać moich modlitw?

Idź do oryginalnego materiału