Boży dar
Poranek był senny jak mgła, ciemne chmury szurały po niebie, a gdzieś daleko turkotały gromowym głosem nieprzytomne chmury. Nadchodziła burza pierwsza w tym dziwnym, przedłużającym się przedwiośniu. Zima już odeszła, ale wiosna nie spieszyła się z przyjazdem, przez cały czas było zimno, wiatr szarpał resztkami suchych liści, wirującymi w dzikim tańcu po wylizanej polskim wiatrem ziemi, mlecznoszarą i zmęczoną. Trawa ostrożnie przeszywała skorupę gleby. Pąki drzew milczały, ukrywając swoje tajemnice.
Przyroda wyczekiwała deszczu z niecierpliwością. Zima była sucha, chłodna, sroga poduszka śniegu ledwo przykryła ziemię. Nie odpoczęła, nie nawodniła się, nie przyśniła jej się sen o odnowieniu. Tęskniła za deszczem, odliczała uderzenia gromu jak oddechy.
To burza przyniesie jej ukojenie, powrót życia, lśniąco czystą wodą obmyje jej bóle i ukryte pragnienia tylko wtedy rozkwitnie prawdziwa wiosna. Taka, która pachnie kwietnymi łąkami nad Wisłą, miętą i miodem, tak jak młoda, zakochana kobieta o włosach pachnących powietrzem.
Wtedy ziemia urodzi zielone łany trawy, pasiakujące kwiaty, drżące liście i słodkie owoce na starych, rozłożystych drzewach. Ptaki otworzą na oścież gardła do śpiewu, zbudują gniazda pośród pierwszych, ciepłych gałęzi. Życie będzie krążyć po cichu w każdym źdźble.
Staś, chodź już na śniadanie! zawołała Weronka. Kawa stygnie!
Z kuchni unosił się aromat świeżego chleba, jajecznicy na cebulce, parującej kawy. Ociężale wstać z łóżka po wczorajszej rozmowie, rozmazanych łzami policzkach Weronki, bezsennej nocy i gubiących się myślach wydawało się niemożliwe.
Trzeba jednak. Życie toczy się dalej.
Weronka wyglądała równie zmęczona, jej oczy czerwone, pod nimi cień znużenia. Wystawiła do pocałunku bladą, chłodną twarz, uśmiech cichy jak szeleszczący liść.
Dzień dobry, kochany Chyba będzie burza. Jejku, jak ja pragnę deszczu! Kiedy zacznie się ta prawdziwa wiosna?… Słuchaj, kochanie, przypomniały mi się wiersze:
Czekam na wiosnę, jak na wybawienie
Od zimowego chłodu, głodu, zwątpienia.
Czekam jak na wyjaśnienie
Wszystkich tych poplątanych marzeń i zdarzeń.
Wciąż mi się zdaje przyjdzie,
Wszystko się naraz rozjaśni
Wciąż mam nadzieję, iż tylko ona
Ustawi świat lepiej, prościej, uczciwiej.
Gdzie jesteś, wiosno? Przychodź szybciej!
Staś objął jej wąskie ramiona, całując jasne włosy pachnące macierzanką. Żal ścisnął mu serce. Biedna moja Weronka, za co Bóg tak nas doświadcza? Tyle lat budowaliśmy tę kruchą nadzieję.
Wczoraj profesor, ich cicha nadzieja, postawił kropkę nad wszystkimi oczekiwaniami.
Przykro mi, ale nie będziecie mieli dzieci. Pobyty w Zonie, Stasiu, nie przeszły bez śladu Medycyna jest tu bezradna. Przepraszam, nie mogę pomóc
Weronka otarła oczy, potrząsnęła włosami.
Staś, długo myślałam. Weźmy dziecko z domu dziecka. Tyle tam jest opuszczonych maluchów! Weźmy chłopca będzie miał nas za rodziców, a my synka. Zgadzasz się? Przecież tyle lat na niego czekamy łzy jak krople deszczu stoczyły się z jej policzków. Staś objął jej dygoczące ramiona, sam nie hamując łez.
Oczywiście, iż się zgadzam, moja ukochana. Nie płacz już
I wtedy, jakby na potwierdzenie ich decyzji, huknął grzmot. Dom zadrżał, potem niebo otwarło się jak stara kołdra deszcz lunął z całej siły. Tak, jakby Bóg otworzył niebieskie zasuwy!
Ciemność spłynęła z nieba, jakby przyszła noc grzmoty i błyskawice tańczyły nad dachami Nowej Huty, w pokoju pachniało wilgotnym powietrzem i rześkim wrześniowym sadem.
Ten deszcz obmywał z nich wszystko, co szare ich lęki, ich smutek, przeszłość. Chcieli, by padał bez końca. Długo oczekiwana wiosenna ulewa symbol życia, trwania, odrodzenia.
Kilka dni później, jak przez mgłę, stali pod drzwiami domu dziecka. Umówieni na spotkanie miało się wydarzyć coś niepojętego, nierzeczywistego, tak, jak we śnie.
Mieli wybrać synka, upragnionego, wyśnionego Adasia, a może Janka. Już go kochali, choć nie widzieli tą miłością, która zbierała się w nich latami.
Serce biło do gardła, ręce drżały. Staś zadzwonił, drzwi rozwarły się cicho jak stare nuty fortepianu. Czekali już na nich.
Rozmowa z dyrektorką, panią Anną Kwiatkowską, miała miejsce wcześniej. Teraz przeprowadzono ich przez dziecięce pokoje potencjalnych synków, śniących o mamie i tacie.
W pierwszym pokoju ujrzała ją. Dziewczynka, siedząca na mokrej tetrowej pieluszce na powycieranej podłodze. Jej twarz brudna, pod nosem zaschnięty katar, ale oczy! Niebieskie, ogromne, smutne jak mazurskie jeziora. Bezradność, opuszczenie biły z niej.
Tak wygląda dom dziecka. Przystań zgubionych dzieci.
Przeszli do następnego pokoju. W łóżeczkach leżały, siedziały maluchy. Czyste ubranka, pielęgniarka podawała dzieci pod nos, opisywała ich pochodzenie, wiek, historie rodzinne. Czuła się, jakby byli na bazarze. Patrzyła na dzieci a my co? Kupujący? Wystarczy jeszcze zapytać o cenę za kilogram szczęścia.
Staś, wróćmy tam, do tej dziewczynki szepnęła Weronka. Ścisnął jej ramię.
Siostrzyczko, proszę pokazać nam tę z pierwszego pokoju, z niebieskimi oczami
Ale przecież chcieli państwo chłopca! Ta dziewczynka nie była przeznaczona do adopcji
Wracamy. Chcemy spojrzeć raz jeszcze
Pielęgniarka zaniemówiła, potem nieco nerwowo pokiwała głową i wróciła z nimi.
Zaczekajcie tu. Zawołam panią dyrektor.
Weronka wtuliła się w Stasia.
Weźmy tę dziewczynkę. Gdy ją zobaczyłam, coś mi się ścisnęło w sercu
Mnie też. Podobna do ciebie Oczy, włosy Taka biedna!
Podeszły siostra i dyrektorka. Anna Kwiatkowska wyglądała na zmartwioną.
Wybrali państwo dziwne dziecko. Ona nie jest dla was.
Dlaczego? Jest podobna do Weronki! Kochamy ją już teraz Staś ruszył do pokoju.
Dziewczynkę umyto w pośpiechu, zmieniono pieluchy, rozjaśniała jej buźka, oczy nabrały blasku. Zobaczyła, iż dorośli przy niej stoją i uśmiechnęła się, na jej policzkach pojawiły się dołeczki.
Wyciągnęła rączki, próbowała wstać Weronka ścisnęła Stasia za dłoń. Stópki dziewczynki były wykręcone do tyłu. Staś nie myśląc, wziął ją na ręce; przytuliła się do niego nosem, znieruchomiała.
Łzy stanęły mu w oczach, Weronka zapłakała w ramię Stasia; Anna Kwiatkowska odwróciła się, otarła łzy chusteczką.
Chodźcie ze mną. Siostro, weź Hanię. stanowczo powiedziała dyrektorka.
Dziewczynka przyszła na świat na Podlasiu, w odległej, małej wsi, u starszych już rodziców, którzy mieli siódemkę dzieci. Niechciane dziecko, urodzone z wadą nóg stopy wykręcone, zdeformowane.
Ojciec, zobaczywszy córkę, odmówił zabrania jej ze szpitala. Żadnych środków na operację, żadnej chęci wychowywania kaleki, przy tylu dzieciach już ledwo wiążą koniec z końcem
Tak Hania zawędrowała do domu dziecka. Teraz sami zdecydujcie, czy takie dziecko jest wam potrzebne. Można ją uratować, operować, ale to ogromne koszty, praca i morze cierpliwości, silna, niewyczerpana miłość. Dam wam kontakt do profesora z Warszawy, który ją oglądał. Macie miesiąc na decyzję.
Miesiąc minął jak zbudzony telefonem sen. Weronka z Stasiem od razu wiedzieli biorą Hanię. Profesor w Warszawie potwierdził: będzie długa droga, wiele operacji, ale po wszystkim Hania będzie jak inne dzieci.
Staś policzył: wystarczy sprzedać nowego passata, zacząć budowę domu od nowa. Na razie w jednopokojowym mieszkaniu na Pradze, a potem zobaczymy, byle była córka zdrowa. Niecierpliwie liczyli dni do końca wyznaczonego terminu.
Znów stali pod tymi samymi drzwiami domu dziecka. Staś ściskał bukiet różowych piwonii, Weronka wielką torbę prezentów. Anna Kwiatkowska miała łzy w oczach ze szczęścia.
Idą na piętro, gdzie czekała Hania. Podrosła, loczki wokół głowy, policzki rumiane, pierwsze ząbki. Dziewczynka już świergotała po swojemu, uśmiechała się. Staś wziął ją w ramiona, Hania przytuliła jego szyję. Potem poszła do Weronki.
Wszyscy płakali cicho, jakby kogoś żegnali i witali zarazem. Cały dzień spędzili w domu dziecka, uczyli się wszystkiego: jak pielęgnować Hanię, jak ją karmić, czego się bać, komu ufać.
Nie mogli jednak zabrać jej od razu musieli przejść gąszcz sądowych formalności. Anna Kwiatkowska doradziła: załatwić pozbawienie praw rodzicielskich przez sąd, by rodzina nie mogła zawrócić I tak się stało.
Wreszcie przyszła do nowego domu. Weronka rzuciła pracę, zajęła się Hanią. Przygotowywali ją do pierwszej operacji w warszawskiej klinice. Spędzili tam miesiąc; Hania nauczyła się jeść łyżką, bawić się kotkiem, udawać kozę.
Na stopy przez cały czas trudno było patrzeć, chodzili z nią tylko w długich spodniach, szurając po klatce jak kaczka. Ale dziewczynka była żywa, otwarta; gwałtownie zaczęła mówić, poznała każdego w okolicy.
Najbardziej kochała Stasia; to był już teraz dla niej mój tatuś choćby Weronka tak go zaczęła nazywać. Tatuś oddawał Hani serce, nic dla niego poza nią nie istniało.
Po roku dalsze operacje, wiele podróży do Warszawy, mnóstwo godzin przy łóżku w szpitalnych korytarzach. Nareszcie sukces nóżki jak u wszystkich dzieci.
Biegała, podskakiwała, aż w wieku pięciu lat poszła do przedszkola. Tam odkryto jej talent: Hania pięknie rysowała. Radzono rozwijać jej pasję trafiła do ogniska plastycznego, a od szóstej klasy zaczęła wystawiać swoje malunki na konkursach dla dzieci. Kolorowe pejzaże, uśmiechnięte postacie przykuwały uwagę widzów. Nikt nie mógł uwierzyć, iż autorką była taka mała dziewczynka.
W siódmym roku życia Hania poszła do podstawówki; od początku przewodziła klasie: żywa, serdeczna, otwarta. Uczyła się świetnie, chodziła do szkoły muzycznej, grała na flecie, tańczyła; wszędzie tam, gdzie była gromadziły się dzieci, śmiech i energia. Rodzice dumni byli na wywiadówkach. O Hani same dobre słowa.
Nikt nie podejrzewał, jaką drogę przeszła ona i jej rodzice nie ci, co ją urodzili, ale ci co przygarnęli.
Bóg nie zapomniał o Weronce i Stasiu od czasu pojawienia się Hani, los im sprzyjał. Skromna firemka Stasia powoli się rozkręcała, starczyło im na wymarzoną przeprowadzkę do Warszawy, kupili przytulne mieszkanie, zapisali córkę do prestiżowej szkoły.
Dziś Hania chodzi już do szóstej klasy, wciąż maluje, chodzi do ogniska plastycznego. Jest śliczna, niebieskooka, z jasnym warkoczem. Czuła, pogodna, ulubienica wszystkich.
Boży dar szeptano o niej we śnie, gdy na ulicach Warszawy budził się deszczPewnego wiosennego popołudnia, kiedy za oknem znów zbierało się na deszcz, Hania przyszła do Weronki z nowym rysunkiem. Na papierze błyszczała wielka tęcza, rozpięta nad domem, pod którym trzymały się za ręce trzy postaci: dziewczynka, kobieta o jasnych włosach i mężczyzna w okularach. Pod spodem dziecięcym pismem, równym już jak nigdy dawniej, było napisane: Moja Rodzina. Dziękuję, iż mnie wybraliście.
Weronka długo patrzyła na rysunek, potem przytuliła córkę, czując, jak łzy spływają jej po policzkach. Staś, wracając z pracy, zastał je wtulone w siebie na kanapie, otulone cichym światłem późnej wiosny. Przysiadł obok, objął je bez słowa. W oknie ukazał się błysk, po nim rozległ się grzmot. Chwilę potem lunął ciepły, majowy deszcz.
Ale oni się już nie bali wiedzieli, iż każda burza niesie życie. Z okna wyglądali na świat, gdzie mimo tylu prób i cierpień, w końcu spadł na nich prawdziwy, wyczekiwany dar: drobna dziewczynka z niebieskimi oczami i talentem do kolorowania nie tylko papieru, ale wszystkiego wokół.
W tamtej właśnie chwili Staś zrozumiał: ani Zona, ani diagnozy, ani głęboki lęk przed własną pustką nie były końcem, ale początkiem. Bo Bóg daje nie to, o co prosimy, tylko to, czego naprawdę potrzebujemy.
A kiedy w powietrzu po deszczu zapachniało już młodą trawą, Hania zaczęła tańczyć po pokoju. Jej jasny warkocz, podskakując, rozświetlił zmęczone latami twarze jej rodziców. I w końcu, po tylu latach, Weronka i Staś poczuli, iż to, co się wydarzyło, jest prawdziwym cudem cichym, niespodziewanym, ale ich własnym, bożym darem.














