Dlaczego Jadwiga zaczęła robić buciki, sama nie wiedziała.
Jej córka, Danuta, miała już czterdzieści lat. Dwa lata temu została wdową, nigdy nie doczekawszy się dzieci. W zeszłym roku znów wyszła za mąż, ale mąż był znacznie młodszy i mówił, iż chce jeszcze trochę pożyć dla siebie, bez pośpiechu.
Syn Jadwigi dawno wyjechał do Kanady i nie planował wracać. Siostrzeńcy dorośli, ale do własnych dzieci było im jeszcze daleko. W domu nie było ani dziecięcego śmiechu, ani nadziei na powiększenie rodziny.
Pewnego dnia w sklepie Jadwiga zobaczyła włóczkę. Delikatne odcienie polskiej wełny urzekły ją. Chciała zrobić sobie sweter, kupiła cienkie druty i szydełko. Ale niespodziewanie zaczęła robić buciki.
Do wieczora pierwsza para była gotowa. Włóczki zostało jeszcze sporo. Następnego dnia zrobiła czapeczkę, potem bluzeczkę i spodenki z rozporkiem. Gdy ukończyła komplet, wyjęła starą pudełko z guzikami i wybrała najładniejsze w kształcie małych słoneczek.
Wyprała rzeczy w misce z delikatnym płynem, ostrożnie rozłożyła do suszenia na ręczniku. Patrząc na ten maleńki zestaw, Jadwiga westchnęła:
I tak umrę, nie trzymając wnuków na rękach
Ale nagle przyszła jej inna myśl:
Gdzieś na świecie jest dziecko, któremu to na pewno się przyda.
Otworzyła laptopa, żeby znaleźć domy dziecka w swoim mieście. Przeczytała kilka artykułów, zebrała się i poszła do sklepu po więcej włóczki tym razem w odcieniach niebieskiego.
Po kilku dniach zrobiła zestaw dla chłopca. Potem jeszcze dziesięć par bucików i dziesięć ciepłych czapeczek, każda w innym kolorze. Spakowała wszystko do pudełka i pojechała do domu dziecka.
Bez certyfikatów nie możemy przyjąć ubrań wyjaśniła pracownica. Lepiej by było, gdyby pani przywiozła pieluchy, one zawsze są potrzebne.
Jadwiga stała z dzianinowymi prezentami w rękach i płakała.
Dobrze, jakoś to załatwimy w końcu powiedziała kobieta. Chodźmy, przymierzymy buciki maluchom.
Jadwiga brała na ręce niemowlęta, głaskała ich delikatne policzki i wkładała na małe stópki buciki. Starszym dzieciom przymierzała czapeczki.
Gdy wróciła do domu, powiedziała mężowi:
Tam mówili, iż lepiej przywozić pieluchy.
Dobrze odpowiedział. Jutro kupimy. A teraz ugotujmy ziemniaki.
Nie dadzą nam dziecka, jesteśmy starzy, mam 61 lat, a ty 62 smutno powiedziała Jadwiga.
Może i nie dadzą, ale drzwi przecież nikt nam nie zabije spokojnie odparł mąż. Można się umówić, przychodzić, pomagać. Buciki i skarpetki zrobimy, na pewno się przydadzą.
Jest tam para: chłopiec i dziewczynka, bliźniaki. Jasnowłosi. Mają prawie dwa lata zamyślona dodała Jadwiga. Myślę, iż przydadzą im się dziane ubranka. Może teraz są jeszcze za duże, ale dzieci gwałtownie rosną. A buciki wyszły idealnie, zrobiłam je jak adidaski.
Pójdziemy razem zaproponował mąż. Ja wszystko załatwię, będziemy ich odwiedzać.
I rzeczywiście załatwił. Przez cztery miesiące Jadwiga z mężem byli wolontariuszami w domu dziecka. Ona robiła nowe ubranka i buciki na wyrost, a bliźniaki zaczęły nazywać ją mamą. Ale pewnego dnia, gdy przyszli, dzieci już tam nie było.
Wyobraźcie sobie, zostali adoptowani, od razu oboje powiedziała pracownica. Zrobiliśmy zdjęcie w waszych ubrankach i tego samego dnia zadzwoniła jedna para. Kilka miesięcy przygotowywali dokumenty, a dziś rano ich zabrali. Do ostatniej chwili baliśmy się, iż nie zechcą wziąć dwojga naraz.
Jadwidze zakręciły się łzy.
No i czego płaczesz, głuptasie łagodnie powiedział mąż. Trzeba się cieszyć.
Tego wieczora zadzwoniła Danuta:
Mamo, możecie z tatą do mnie wpaść? Potrzebuję pomocy.
Coś z kranem? zapytała Jadwiga. Czy znowu sąsiedzi zalali?
Nie, trzeba złożyć łóżeczko odpowiedziała Danuta. Przyjedziecie? Lepiej nie dzwonić, otwórzcie swoimi kluczami.
Dobrze, przyjedziemy skinęła Jadwiga.
Wsiedli do swojego Malucha i pojechali. Mieszkanie córki lśniło czystością, a z kuchni unosił się apetyczny zapach. Jadwiga z mężem przeszli do przedpokoju i założyli kapcie.
Umyjcie ręce i idźcie do pokoju zawołała Danuta z kuchni. Zaraz przyjdę.
Usiedli na kanapie i zaczęli oglądać wiadomości. Nagle mąż delikatnie trącił Jadwigę w bok.
Podniosła głowę. W drzwiach stał zięć, Marek.
Na jego rękach siedziały te same bliźniaki, ubrane w ubranka zrobione przez Jadwigę i małe buciki-adidaski. Chłopiec trzymał skrawek jabłka, a dziewczynka, z umazanymi policzkami, spoglądała figlarnie i próbowała ugryźć owoc. Marek się uśmiechał.
choćby nie wiem, jak to powiedzieć W każdym razie, macie wnuki. Wcześniej nie mówiliśmy, bo nie wiedzieliśmy, czy się uda. A teraz Danusia zaraz przyjdzie, właśnie gotuje im kaszkę.
Do pokoju wbiegła Danuta, rozpromieniona.
Mamo, tato, poznajcie, to Zosia i Staś. Zobaczyłam ich zdjęcie na stronie Dzieci czekają. Są bliźniakami, tak jak ja i brat.
A te buciki takie same, jak adidaski, które ty nam kiedyś zrobiła. Pamiętasz, na tamtym zdjęciu, gdzie mamy po dwa lata? Pokazałam je mężowi, a on powiedział: Bierzemy.
Marek postawił dzieci na podłodze. Podbiegły do Jadwigi, wyciągnęły rączki i głośno zawołały:
Mama! Mama!
Jadwiga przytuliła je, całowała i, ocierając łzy, cicho powtarzała:
Nie mama, babcia babcia.
I znów, jakby w zapomnieniu, szeptała:
Ba ba ba
Mąż nie wytrzymał i parsknął śmiechem:
No i czego teraz płaczesz? Czas kupić włóczkę. Będziesz robić skarpetki, bo buciki już za małe
Dziś zrozumiałem, iż czasem los pisze scenariusze, których nigdy byśmy nie wymyślili. Warto mieć otwarte ser















