I akurat Anię naszło rodzić podczas zamieci śnieżnej. Przecież według terminu miała jeszcze trzy tygodnie, a może wtedy burza już by ucichła, mróz przyszedł, można by spokojnie pojechać do szpitala. Ale nie — musiała akurat teraz!

newsempire24.com 1 tydzień temu

No i tak się złożyło, iż przyszło Majce rodzić akurat podczas zawiei. Według terminu miała jeszcze trzy tygodnie, a wtedy, kto wie, może i zamieć by przeszła, przyszłyby mrozy i spokojnie można by pojechać do szpitala. Ale nie, musiało się zdarzyć właśnie teraz! Chociaż szczerze mówiąc, to nie Majka decydowała, tylko ten maluch, który w niej mieszkał. Śpieszyło mu się, zrobiło się ciasno, a śnieżyca szósty dzień a jemu to wcale nie przeszkadza.

W takie zimowe dni żadna taksówka nie przejechałaby do wsi, drogi zasypane, gdzieniegdzie ludziom śnieg sięga do pasa. A śnieg pada i pada, jakby tam u góry przetarł się wielki worek z mąką. Gdy człowiek wyjrzy przez okno wszystko zasypane bielą, śnieg wiruje, nic nie widać. A jak trzeba wyjść do podwórka, to aż oczu nie można otworzyć mróz i wiatr ścinają od razu, śnieg wciska się do oczu.

Właśnie w taką pogodę maluch postanowił się pojawić na świecie.

Od rana Majka czuła się dziwnie raz ją ciągnęło w krzyżu, raz taka ciężkość, iż ledwie stała, a jak się położyła, to miejsca nie mogła znaleźć, więc znowu wstawała i krążyła po izbie. Teściowa zauważyła jej niepokój:
Majeczka, ty chyba rodzić się wybierasz? Co tak się miotasz?
Nie wiem, mamo, ale jakoś tak niespokojnie mi.
Daj, zobaczę ci brzuch powiedziała teściowa.
Szczerze mówiąc, na kobiecych sprawach nie bardzo się znała, teraz przecież lekarze wszystkim się zajmują, szpital, położne, wszystko na miejscu. Położnictwo przechodzi do historii, już nikt się tego nie uczy. Tak się złożyło, iż we wsi została tylko jedna położna pani Wiesia, a za jej młodości były trzy babki.

Chyba ci brzuch opadł, Majka. Maluszek chce się już urodzić.
Jak to urodzić, mamo? Przecież za wcześnie!
To już nie od nas zależy, córko, jak Pan Bóg zdecyduje, tak będzie.

Majka miała łzy w oczach, bała się to pierwszy poród, nie wiedziała, co się dzieje, a wyjaśnić nikt nie mógł. Teściowa sama urodziła jednego syna, i to dwadzieścia lat temu, ledwie pamięta.

Majka, ja pójdę po panią Wiesię. Postawię tylko garnek na kuchni, jak woda się zagotuje, wyłącz. jeżeli dasz radę, wyjmij czyste ręczniki i prześcieradła, wiesz, gdzie leżą, wszystko przygotuj. Ale nie przemęczaj się, jeżeli ci ciężko nie rób nic. Ja jak rodziłam Michała, pani Wiesia kazała mi chodzić, mówiła, żeby krążyć po domu i głęboko oddychać. To ponoć przyspieszało poród zawiązując chustę dodała Po drodze zajdę do twojej mamy, Ireny, zawołam ją. Ty się trzymaj, dziewczyno, pani Wiesia zna się na swoim fachu w moim czasie to choćby z innych wiosek do niej przyjeżdżali, nasze wszystkie dziewczyny chciały z nią rodzić. Dobra babka.

Teściowa narzuciła szal, złapała trzonek od łopaty, żeby łatwiej było i ruszyła w zawieję.

Majka została sama. Jeszcze bardziej się bała co, jeżeli zacznie rodzić już teraz, a nikogo nie będzie? W taką zamieć, jak teściowa dojdzie? A jeżeli mama nie przyjdzie choć czemu miałaby nie przyjść? I najważniejsze: co robić, nie wie. Zrozumiała tylko, iż trzeba chodzić i oddychać, ale jak oddychać, jeżeli czasem tak zakłuje, iż powietrze staje w gardle?

Ah, żeby Michał był obok wesprzeć, powiedzieć, iż da radę, a w razie potrzeby pomóc. Przez tę okropną śnieżycę nie może wrócić z miasta, nie ma ani autobusów, ani dróg. choćby nie wie, iż już niedługo urodzi mu się ten wyczekany synek albo córeczka. Ojej, jak ciągnie w krzyżu!

W sieni zaczęły się trzaskać zaspy, mama wpadła do domu cała w śniegu.

Córeczko! Majeczko! Słyszę, iż rodzić będziesz.
Tak, mamo.
Już, dziecko, daj mi chwilę, zaraz do ciebie przyjdę. Przywiozłam trochę suszonych owoców, od razu zrobię kompot, napijesz się. Trzeba jeszcze wodę zagotować…

Po godzinie przyszła i teściowa, i pani Wiesia. Położna, drobna starsza pani o pomarszczonych dłoniach, obejrzała Majkę i oznajmiła:
Do rana urodzi.
Jak to do rana? przeraziła się Majka Przecież jeszcze choćby obiadu nie było, a ja już wczoraj coś zaczęłam czuć.
Oj kochana, to były pierwsze oznaki. U niektórych one pojawiają się choćby kilka dni przed porodem. Teraz masz już rozwarcie na pół palca. Spokojnie, pewnie jutro urodzisz. Ja idę do domu.

Proszę, pani Wiesiu, zostańcie błagała dziewczyna Tylko wy się na tym znacie, z wami mi raźniej.
Stara położna, która niejedną kobietę przez życie przeprowadziła, pożałowała dziewczyny:
Dobrze, zostanę u was. Jak matka spokojniejsza, to i dziecko szybciej na świat przychodzi.

Majka nie wiedziała, iż te pierwsze oznaki to jak przebiśniegi cieszą oko, ale na krótko. Potem zaczynają się kwiatki, do których nie była gotowa. Ból, jakby ktoś rozdzierał ją od środka, nie da się złapać oddechu, nie idzie zrobić kroku. Leżeć nie ma jak, chodzić tym bardziej, tylko ból, nic więcej.

Teściowa z Ireną chodziły z kąta w kąt, bezradne, nie wiedząc, jak pomóc. Położna pogoniła je do prasowania pościeli, żeby nie przeszkadzały.

W nocy wszystko ucichło. Pani Wiesia sprawdziła cztery palce rozwarcia. Idzie wolno to pierwszy poród, drogi niechodzone, dziecku ciężko. Majce także, aż słów brak. Sił nie miała. Gdy skurcze na chwilę ustały, choć trochę zjadła. Pani Wiesia położyła ją, żeby odpoczęła i nabrała sił.

A zamieć nie ustępowała, choćby jakby bardziej się rozszalała.

O czwartej rano Majka zerwała się ciemno, obok pani Wiesia pochrapuje.

Jezu, pomóż szepnęła Majka, patrząc na święte obrazy Niech ten maluch już się rodzi.

I zaczęło się od nowa: taki ból, iż nic poza nim nie widziała. Pani Wiesia wstała, obejrzała Majkę pięć palców. Długo Ale przy pierwszym razie często tak bywa. Da radę.

Gdy na zewnątrz zaczęło świtać, Majka była bez sił koszula do ciała przyklejona, oczy mętne, włosy rozczochrane.

Już niedaleko mówi położna maluch jest tuż, tuż.
Babciu, pomóż wyszeptała Majka Babciu, pomóż, babciu!
Majka, co ty? zmartwiła się mama tu nie ma babci, zwiduje ci się chyba? Babcią nazywa swoją prababkę, Zofię, odkąd była mała nie potrafiła powiedzieć babka i mówi babcia, tak już zostało. Babcia Zosia kocha Majkę bardziej niż innych prawnuków, to była jej pierwsza prawnuczka, a miała tylko synów.
Majeczko, już czubek główki widać. Wytrzymaj, dziewczyno, jeszcze raz, postaraj się. Zrób tak puuu-puuu-puuu oddycha położna razem z nią.

Majka krzyczy, ciśnie z resztek sił, oddycha ciężko i znowu krzyczy.

Babciu, pomóż, nie mogę już zasłabła i urodziła chłopca, prosto w spracowane dłonie pani Wiesi.

Może to już ostatnie dziecko, które odbieram pomyślała staruszka z uśmiechem do nowego życia. Położyła delikatnie malucha Majce na brzuch:
Chłopczyk, Majeczko, chłopczyk szepnęła jej Patrz, jaki piękny syn, urodził ci się. I jak głośno krzyczy, chyba radnym zostanie, wszyscy wokół niego będą tańczyć.

Majka płakała ze szczęścia, całowała maleńkie rączki. Jak takie cudo mogło się w niej zmieścić? Tylko żal, iż Michała nie ma obok, zobaczyłby, jakiego mają synka najpiękniejszego na świecie.

Krzyś, mój Krzyś szeptała.

Krzysiu? zdziwiła się teściowa Przecież mówiłaś, iż jak chłopak, to Błażej.

Ależ jaki z niego Błażej, jeżeli to Krzysztof! uśmiechnęła się Majka Krzysztof Michałowicz.

Pani Wiesia posprzątała i zaczęła się zbierać do domu była już bardzo zmęczona. Chociaż taki moment przynosi szczęście, to jednak wymaga wielu sił, a wracając jeszcze przez zamieć.

Majka z synkiem zasnęli, Irena także szykowała się do domu nie była w nim dobę. Owinęła się szalem po same oczy, pożegnała teściową i wyszła w mróz.

Zobacz, zawieja jakby słabła, śnieg już nie sypał wielkimi płatkami, tylko drobną kaszą może do jutra zupełnie przestanie. Pewnie wtedy Michał wróci. Już była prawie w domu.

Zajdę do babci, ucieszę ją. Może trzeba jej czegoś, może chleb się skończył, chociaż parę dni temu zanosiłam, ale babcia Zosia kilka je.

Prababka od strony męża, Majki babcia, mieszka dwa domy dalej, staruszka, na lato już dziewięćdziesiąt trzy lata skończy. Od dawna sama, do nich się nie chce przeprowadzić, spokojnie ogarnia swoje gospodarstwo, a oni zawsze obok karmią, pomagają.

Otworzyła furtkę, choć z trudem widać, iż mąż, Michał, był tu wczoraj, łopata stała przy płocie. Odgarnęła ścieżkę do drzwi, trochę zamieciła schodki, weszła do izby.

Babciu Zosiu, babciu Zosiu wołała, tupała butami, strzepywała śnieg. Trzeba głośno babcia już słabo słyszy. To ja, Irena, przyszłam cię odwiedzić.

Cisza. Nie reaguje nikt, babcia pewnie śpi, szkoda budzić. Irena zdjęła kożuch, zimowe buty, weszła do pokoju i tam

Leży babcia na łóżku, ręce złożone na piersi, wszystko czyste na sobie, odświętnie ubrana. Od razu Irena zauważyła, bo nigdy nie widziała u babci tej sukienki, a chusta na głowie śnieżnobiała, też nowa. Podeszła, otarła łzy z oczu, zamknęła powieki babci.

Na stoliku obok leżało zdjęcie Majki, obok ikonka świętego Krzysztofa i świeczka.

Dziękuję ci, babciu, pomogłaś Majce. Urodziła synka, Krzysztofem go nazwała. Ale ty przecież już wszystko wiesz, babciu pocałowała staruszkę w pomarszczony policzek dziękuję ci

Tamtego dnia nauczyłem się, iż życie i śmierć są splecione jak nici w rękawicy. Jeden odchodzi, by inny mógł przyjść na świat. Warto szanować każdą chwilę z rodziną i być wdzięcznym za to, co dane nam przeżyć razem.

Idź do oryginalnego materiału