I Marysi przyszło rodzić akurat podczas zadymki śnieżnej. Według terminu miała jeszcze trzy tygodnie chodzić, a wtedy, kto wie, może i zamieć by ustała, mróz przyszedłby i można by bezpiecznie do szpitala w mieście pojechać. Ale nie, akurat w tej chwili musiało się zacząć!
Trzeba oddać sprawiedliwość to nie Marysia wymyśliła, tylko ten, kto mieszkał w jej brzuchu. Malec się spieszył, zrobiło mu się ciasno, zupełnie nie obchodziło go, iż zawieja już szósty dzień szaleje. W taką pogodę żadna karetka ani samochód nie dojedzie do wsi, drogi przez śnieg zasypane tak, iż przechodzień po pas się zapada. Śnieg nie przestaje sypać, jakby tam w niebie worek z mąką się rozpruł. Z okna wygląda się na czysto biały krajobraz, a śnieg kręci się i sypie z nieba coraz bardziej, nie przestając ani na chwilę. jeżeli już koniecznie trzeba wyjść na podwórze, to nie sposób choćby otworzyć oczu wiatr natychmiast sypie śniegiem prosto w twarz.
W taką właśnie zamieć uparł się ten mały, żeby przyjść na świat.
Od rana Marysia czuła się dziwnie: to ją w krzyżu ciągnęło, to znowu robiło się jej tak ciężko, iż najchętniej by się położyła, a jak już leżała, to miejsca znaleźć nie mogła, tylko wstawała i chodziła po izbie wte i wewte. Teściowa, pani Jadwiga, zauważyła jej niepokój:
Marysiu, czy ty czasem do porodu się nie zbierasz? Tak cię nosi po kątach?
Sama nie wiem, mamo, jakoś niespokojnie mi.
Daj brzuszek pokażę.
Teściowa była z miejskiej rodziny, kilka się na takich sprawach znała, dziś przecież lekarze wszystkim się zajmują, szpitale, rodzenie pod kontrolą. Dawne wiejskie akuszerki i babki odchodzą w zapomnienie, mało kto już tej sztuki uczy. We wsi została tylko jedna babka pani Bronisława zwana Babcią Bronią, a za młodu były aż trzy.
Wygląda na to, iż brzuszek już opadł, Marysiu. Maluch się szykuje do wyjścia.
Ale jak to mama? Przecież jeszcze za wcześnie!
Córciu, to już od nas nie zależy. Jak Pan Bóg da, tak będzie.
Łzy stanęły Marysi w oczach, strach ją obleciał to jej pierwszy raz, nic nie rozumie i nie ma z kim porozmawiać. Teściowa sama tylko jednego syna urodziła, a to dwadzieścia lat temu, więc kilka pamięta.
Idę po Babcię Bronię. Tu zostawię garnek z wodą, jak się zagotuje, wyłącz kuchenkę. jeżeli masz siłę, wyciągnij czyste ręczniki i prześcieradła. Wiesz, gdzie są. Przygotuj wszystko. Ale się nie forsuj, jak ci źle odpocznij. Ja, kiedy Michała rodziłam, babcia Bronka kazała mi chodzić po izbie. Chodź i oddychaj głęboko mówiła. Szybciej się wtedy otwierało. Owijając chustkę na głowie, dodała: Skoczę jeszcze do twojej mamy, Zofii, dam jej znać. Trzymaj się, Marysiu, Babka Bronka zna się na swoim fachu jak nikt. Za moich czasów to choćby z sąsiednich wsi kobiety przyjeżdżały do niej rodzić, bo lepszej nie było.
To rzekłszy, założyła gruby płaszcz, wzięła trzonek od łopaty, żeby łatwiej się przepychać przez zaspy, i wyszła w śnieżną burzę.
Marysia została sama teraz dopiero strach ją ogarnął. A jeżeli urodzi się już teraz, a nikogo nie będzie? W taką zamieć, jak biedna teściowa dojdzie do wsi obok? A jak mama nie przyjdzie? Choć w sumie czego miałaby nie przyjść?
Najważniejsze: ona nie wie, co robić. Tylko zapamiętała, żeby chodzić i oddychać. Tylko jak tu oddychać głęboko, kiedy co chwilę tak w krzyżu strzyknie, iż powietrza nie można nabrać?
Eh, jeszcze żeby Michał mógł być przy niej, powiedzieć, iż da radę, wesprzeć ją. Ale przez tę pierońską zamieć wrócić z miasta nie może ani autobus nie kursuje, ani drogi nieprzejezdne. On choćby nie wie, iż zaraz zostanie ojcem.
Kręciła się tak, gdy nagle drzwi się otwarły i mama Zosia wtoczyła się do sieni, cała obsypana śniegiem.
Córeczko! Marysiu! Teściowa mówiła, iż zaczęło się u ciebie.
Tak, mamo.
Zaraz, kochanie, zaraz się tobą zajmę. Suszone owoce mam, zaraz kompotu ci zrobię. Woda musi się zagotować
Godzinę później przyszła też teściowa z Babcią Bronią. Powiatucha, pomarszczona, zwinna staruszka, obejrzała Marysię i stwierdziła:
Do rana urodzi.
Do rana? zdumiała się Marysia Przecież choćby południa nie ma, a mnie dopiero wczoraj tak ciągnęło trochę.
To były tylko przepowiadające skurcze. Czasami pojawiają się na kilka dni przed porodem. Teraz się dopiero zaczyna, rozwarcie na pół palca. Spokojnie, do jutra będzie po wszystkim. Idę jeszcze do siebie.
Proszę, niech pani zostanie, Babciu Broniu, żaliła się Marysia tylko pani się zna, to z panią mi spokojniej.
Babka Bronka, która niejedną dziewczynę do porodu przeprowadziła w życiu, zlitowała się:
No dobrze, zostanę na razie z wami. Spokojna matka to i dziecko szybciej się rodzi.
Marysia nie wiedziała, iż przepowiadające to tylko taki zwiastun, a zaraz się zaczną prawdziwe kwiatki, na które gotowa nie była. Ból taki, jakby ją od środka rozrywało, nie mogła ani oddychać, ani kroku zrobić. Nie miała siły ani leżeć, ani chodzić, czuła już tylko ból i ani grama nadziei.
Teściowa z matką nie wiedziały, co robić chciały by pomóc, ale czuły się bezradne. Krążyły po izbie, szeptały, litowały się nad Marysią. Babka Bronka pogoniła je prasować pościel, żeby nie przeszkadzały.
Nocą wszystko przycichło. Babka Bronka obejrzała, mówi: Na cztery palce już otwarte. Ciężko idzie, pierwszy raz drogi nieprzetarte, trudno i dziecku, i matce. Marysia była już tak zmęczona, iż nie miała na nic siły. Gdy skurcze przycichły na moment, zjadła choć trochę. Babka kazała jej się położyć, by nabrała sił.
A zamieć wciąż nie ustępowała jakby znowu się nasilała.
O czwartej nad ranem Marysia zerwała się z posłania, wokół ciemno, tylko babka Bronka chrapała na tapczanie.
Panie Boże, daj mi siłę, szeptała w stronę ikonki Matki Boskiej. Niech szybciej ten maluszek się urodzi.
I znowu się zaczęło, ból tak wielki, iż świata poza nim nie było. Babka Bronka poderwała się, sprawdziła rozwarcie: Pięć palców. Długo idzie, ale pierwszy raz zawsze jest trudniej. Nic, wytrzymasz, kochana.
Kiedy za oknem zaczęło dnieć, Marysia była już zupełnie wyczerpana koszula lepiła się do ciała, a oczy miała jakby mgłą zasnute.
Jeszcze chwila, już prawie powiedziała babka. Już widzę czubek główki.
Babciu, pomóż! Babciu! wołała Marysia.
Co się dzieje, Marysiu? zaniepokoiła się matka Przecież nie ma tu babci, przewidziało ci się? Babcia to jej prababcia Zofia, odkąd Marysia była mała nie umiała wypowiadać babcia, to mówiła babunia i tak jej zostało. Babcia Zosia kochała Marysię nad życie, była jej jedyną prawnuczką, bo miała tylko synów.
Marysiu, już widać maluszka, mocno się postaraj, jeszcze raz Dmuchaj, dmuchaj oddycha głośno razem z nią babka Bronka.
Marysia wysila się do granic, krzyczy, pcha, wydycha i w końcu rodzi chłopczyka prosto w spracowane ręce babki Broni.
Może to ostatni poród, który przyjmuję, pomyślała babcia Bronka, uśmiechając się do nowego życia. Delikatnie położyła malca na brzuchu Marysi:
Chłopiec, Marysiu, chłopiec. Zobacz, jaki ładny synek ci się urodził! I jaki krzykacz chyba prezes się z niego wykluje!
Marysia płakała ze szczęścia, całowała drobniutkie paluszki syna. Jak takie cudko mogło się w niej pomieścić? Szkoda, iż Michała nie ma przy niej, zobaczyłby jaki syn przystojny, najładniejszy na świecie.
Jasiu, mój Jasiu szeptała Marysia.
Jak to Jasiu? zdziwiła się teściowa Przecież mówiłaś, iż jak będzie chłopak to Filip?
Ależ mamo przecież to Jan Jan Michałowicz.
Babka Bronka kończyła już swoje, szykowała się do wyjścia, zmęczona, choć szczęśliwa takie spotkania z nowym życiem zawsze dużo sił zabierają. Teraz najchętniej by się przespała, tylko jeszcze musi przez zamieć do siebie wrócić.
Marysia z synkiem zaraz zasnęli, a Zofia także szykowała się do wyjścia nie było jej w domu prawie cały dzień. Otuliła się chustą, pożegnała cicho z teściową i wyszła w śnieg.
Patrzcie, zamieć już słabnie, śnieg prószy drobnym pyłem, jakby miał zaraz zupełnie przestać. Może już jutro czy pojutrze Michał wróci z miasta? Do domu miała niedaleko.
Daj pomyślała zajrzę do Babuni. Ucieszę ją, powiem nowinę. Może czegoś jej brakuje, może chleba, choć ostatnio niosłam, a i tak Babcia Zosia mało je.
Babcia Zosia, prababcia Marysi, mieszkała dwa domy dalej, już dziewięćdziesiąt trzy wiosny miała. Od dawna sama, ale do nich przenieść się nie chciała cicho, spokojnie radziła sobie z gospodarstwem, a i oni niedaleko, pomagali w razie potrzeby.
Z trudem otworzyła furtkę, pewnie wczoraj Michał przychodził, bo łopata do odśnieżania stała przy płocie. Przeczyszczona ścieżka do drzwi, trochę przetarła próg, weszła do domu.
Babciu Zosiu! Babciu Zosiu! wołała, tupiąc nogami i strzepując śnieg. Krzyczeć trzeba głośno, bo staruszka już słabo słyszy. Babciu Zosiu, to ja, Zosia sprawdzić przyszłam.
Nikt nie odpowiadał, babcia spała. Szkoda ją budzić. Zosia zdjęła kożuch, zdjęła filcowe buty, przeszła na izbę, a tam
Leżała Babunia na łóżku, ręce złożone na piersiach, wszystko na czysto, w nieznanej Zosi sukni, z białym jak śnieg chustką na głowie. Zosia od razu zauważyła: nie widziała nigdy tej sukni, chustka nowa. Podeszła, otarła łzy z policzków, przymknęła babci oczy.
Na szafce leżało zdjęcie Marysi, a obok obrazek świętego Jana i niedopalone świeczka.
Dziękuję ci, Babuniu, pomogłaś Marysi. Urodziła chłopczyka. Jasiu tak go nazwała. Sama pewnie wszystko już wiesz, Babciu. Pocałowała staruszkę w pomarszczony policzek dziękuję ciW izbie zapanowała cisza, ale cisza jakby pełna snuła się między ścianami wraz z delikatnym światłem, co sączyło się spoza chmur przez okno. Po chwili Zosia przykucnęła obok prababci, wzięła ją za rękę jeszcze ciepłą, spokojną, a jednak już nieobecną.
Z zewnątrz dotarł cichy, radosny płacz niemowlęcia, niosący się wzdłuż śnieżnych zasp; jakby cała wieś usłyszała to nowe życie, które przecięło mroźny bezruch zimy. Gdzieś daleko zaszczekał pies, w izbie zegar zabił godzinę, a Zosia westchnęła: Babuniu, zawsze byłaś w samą porę.
Spojrzała jeszcze raz na twarz babci, pogodną i łagodną, i nagle poczuła, iż wszystkie lęki rozwiewają się jak śnieg w porannym słońcu: rodzą się dzieci, umierają starzy, świat się kręci, zamiecie przychodzą i mijają, a czułość krąży cicho wśród ludzi, prowadząc ich w najciemniejsze i najjaśniejsze chwile.
Tego ranka, gdy śnieżyca wygasała, życie w domu Marysi dopiero się zaczynało. Przez uchylone okno dotarło blade światło brzasku. Marysia, czując pod palcami miękkość drobnych włosków Jasia, uśmiechnęła się przez sen.
A w tej chwili, gdzieś pod opiekuńczym spojrzeniem przodków, rozpoczęła się nowa opowieśćze śniegu, łez i nadzieijakich na tej ziemi zawsze było, jest i będzie tysiące.




