Katarzyna Bilińska: naukowiec, kobieta sukcesu, Ślązaczka

monitorrynkowy.pl 3 godzin temu

Kierownik Katedry Zarządzania Marketingowego i Turystyki na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Autorka ponad 190 prac naukowych oraz – do niedawna – przewodnicząca rady nadzorczej Jastrzębskiej Spółki Węglowej S.A. Inspirującą rozmowę z wieloletnią członkinią kapituły programu Symbol – dr hab. Katarzyną Bilińską, prof. UE w Katowicach, prowadzi Jakub Lisiecki

Uśmiech, luz, a jednocześnie niewzruszona pewność tego, co pani profesor sobą reprezentuje. Kipiący potencjał potężnej wiedzy, a jednocześnie sporo pokory, wzmocnionej wielostronnym doświadczeniem w najróżniejszych, nieraz bardzo wysokich kręgach. Stanowisko, którego niejeden mógłby pani pozazdrościć, a zarazem zwykła, dobra, ludzka wyrozumiałość. Czyli krótko: klasa sama w sobie. Oto, co widzę w mojej zacnej rozmówczyni, rozpoczynając ten wywiad.

Nie za dużo komplementów na początek, panie redaktorze? (śmiech).

Skądże. Wiem, do kogo mówię, zaznaczając, iż słowo „kogo” pisze się tu przez duże K. Zresztą: nie bez kozery jest pani członkinią programu Symbol, czyż nie?

Ach. Wiadomo, przecież nie będę zaprzeczać (ponownie śmiech). Ale skoro już o tym mowa, chcę powiedzieć coś istotnego. Program Symbol jest dla mnie niesamowitą przygodą, ważnym elementem mojej kariery, jakże naznaczonej synergią pomiędzy nauką a biznesem. Odwdzięczę się zatem również komplementem: te piękne, prestiżowe, doroczne gale w pięciogwiazdkowym hotelu „Monopol” w Katowicach są wydarzeniami z naprawdę wysokiego C. Również: klasa sama w sobie, panie redaktorze. I oby tak dalej.

Zatem i ja dziękuję za to ciepłe słowo. A skoro wspominamy o pani karierze, naznaczonej synergią nauki i biznesu – pomówmy o niej nieco więcej. Najlepiej: sięgnijmy do jej początków.

O, wspominam je sentymentalnie. Pamiętam swoją pierwszą pracę, która podjęłam w Hucie Metali Nieżelaznych w Szopienicach. Dostałam ją, będąc w ciąży, tuż po studiach. W dziale eksportu brakowało osób ze znajomością języka angielskiego i niemieckiego, a ja mieszkałam wcześniej w Niemczech i posługiwałam się tymi językami biegle. W tamtych czasach, czasach zupełnie innych realiów, znajomość języka obcego była sprawą bardzo nieoczywistą – i niezwykle cenną. Pracowałam więc od 07:00 do 15:00, bez samochodu, z małym dzieckiem. To było trudne doświadczenie. W pewnym momencie dowiedziałam się jednak o konkursie na stanowisko asystenta na uczelni, więc postanowiłam spróbować i… zostałam przyjęta do katedry profesora Leszka Żabińskiego. Tu znów pomogły mi języki. Byliśmy wówczas w momencie transformacji ustrojowej, uczelnie zaczynały otwierać się na świat, więc ta umiejętność była na wagę złota.

Wtedy też wyraźnie postawiła pani na rozwój naukowy.

Tak, bo praca na uczelni najczęściej oznacza jedno: doktorat. Podjęłam wyzwanie, choć nie porzuciłam biznesu. Równolegle pracowałam bowiem w firmie spedycyjnej, współpracującej z panterami niemieckimi. Organizowałam przewozy głównie blach miedzianych oraz aluminium. Łączyłam świat nauki i praktyki od samego początku. W 2001 roku obroniłam doktorat.

Miałam okazję uczestniczyć w seminariach dotyczących integracji europejskiej i społecznej gospodarki rynkowej organizowanych dla polskich ekonomistów prze fundację Ludwika Erharda (Ludwig Erhard Stiftung) oraz Polskie Towarzystwo Ekonomiczne. Brałam też udział w konferencjach naukowych i w pracach Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

To były bardzo wartościowe doświadczenia, które otworzyły mi oczy na to, jak wyjątkowym miejscem do życia i rozwoju jest Europa. Po doktoracie zaczęłam intensywnie publikować, wyjeżdżać na programy Erasmus, uczestniczyć w licznych konferencjach. Współpracowałam również z bankami – komercyjnymi i spółdzielczymi, prowadziłam konsulting dla przedsiębiorstw – także z przemysłu ciężkiego, organizowałam szkolenia. W 2015 roku uzyskałam habilitację w dziedzinie nauk o zarządzaniu i jakości. Wszystko to było więc żmudnym, długotrwałym i wymagającym procesem, który sprawił mi sporo satysfakcji, ale i nauczył pokory oraz konsekwencji.

… które doprowadziły do wielu kolejnych sukcesów.

Fakt, bo dziś jestem kierownikiem Katedry Zarządzania Marketingowego i Turystyki Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach i zarazem członkiem Polskiej Akademii Nauk w oddziale śląskim. Pod moimi skrzydłami pięć osób obroniło doktoraty. Jedna z moich doktorantek, Justyna Szymczyk, otrzymała wyróżnienie za najlepszy doktorat w Polsce, przyznane przez Polskie Naukowe Towarzystwo Marketingu. Pozostałe prace również były nagradzane. To pozwala mi czuć zarówno dumę, jak i wdzięczność – no i świadomość, iż jestem na adekwatnym miejscu.

To piękna świadomość – i piękny dorobek. A nie wszyscy wiedzą, iż w trakcie kariery otrzymała pani również tytuł profesora wizytującego na prestiżowych, zagranicznych uczelniach.

Rzeczywiście, po doktoracie zaczęłam myśleć o habilitacji, ale pojawiła się nieoczekiwana propozycja. Dziekan z jednej z niemieckich uczelni zapytał mnie, czy chciałabym prowadzić wykłady… w Chinach. Tak rozpoczęła się moja kooperacja z NorthChina University of Technology, gdzie otrzymałam tytuł visiting professor. Ma on charakter dożywotni, więc pozostaję nim do dziś. Funkcję profesora wizytującego pełnię również na Uniwersytecie w Zagrzebiu. Kontakty międzynarodowe są dla mnie niezwykle ważne – poszerzają perspektywę i pozwalają budować mosty między kulturami akademickimi. Jednocześnie doskonale pamiętam, skąd pochodzę i śląska tożsamość jest dla mnie arcyważna, ale te wszystkie zagraniczne wizyty i inspiracje mają nieoceniony wpływ na mój rozwój.

Poruszyliśmy interesujący wątek „śląskości” i chętnie zatrzymałbym się na nim dłużej. Poza tym prosi się, by powiązać go z wątkiem pani działalności jako szefowej rady nadzorczej jednej z najbardziej śląskich (i największych w Polsce, a zarazem „najtrudniejszych”) firm: Jastrzębskiej Spółki Węglowej S.A. Czy trudne personalnie było dla pani pożegnanie tą funkcją, po blisko dwóch latach sprawowania?

Z jednej strony doskonale zdaję sobie sprawę, iż piastowanie tak wysokich stanowisk z samej definicji ma w swoje DNA wpisaną rotację, więc podchodzę do tego tematu z pokorą. Czuję ogromny związek z moim regionem. Dla mnie wielką nobilitacją była możliwość zakładania górniczego munduru na specjalne okazje. Było mi szkoda go oddać. Wiele dla mnie znaczyło bycie częścią tej społeczności. Mam śląską tożsamość, więc udział w Barbórkach, uroczystych mszach świętych z górnikami czy odwiedzanie pomnika ofiar wydarzeń jastrzębskich – to dla mnie nie były wyłącznie obowiązki zawodowe, ale wydarzenia o wymiarze symbolicznym. Jeszcze inną sprawą jest, iż poznałam w tej pracy mnóstwo świetnych ludzi, z którymi zdążyłam się zżyć. Pozostaje sentyment.

Czuje się pani potraktowana źle, niesprawiedliwie?

Nie ujęłabym tego do końca w ten sposób. Jak wspomniałam: mam świadomość, iż bycie w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa to swego rodzaju projekty, które mają swoje daty ważności. Zacznijmy od tego, iż nie do końca spodziewałam się, iż zostanę desygnowana do piastowania tej funkcji; zadecydował o tym pewien splot okoliczności; ja z kolei podjęłam wyzwanie. Cieszę się, bo wyniosłam z tego wiele cennych lekcji. Starałam się zrobić wszystko, by spółka miała możliwość wypłynięcia na szersze wody, ale trzeba otwarcie przyznać, iż życie ogromnie nam utrudniały uwarunkowania zewnętrzne. Spadający kurs dolara, wypadki losowe na kopalniach, spore zobowiązania płacowe wynikające z porozumień podpisanych ze związkami zawodowymi czy wreszcie coraz niższe ceny węgla na świecie – to główne, choć nie jedyne z nich. Zarówno te, jak i inne czynniki, mogą mieć wprawdzie wpływ na finalną ocenę mojej pracy, ale: szczerze mówiąc, mam wrażenie, iż zarzuty pojawiające się w moim kierunku najczęściej są formułowane przez osoby chyba z jakimiś kompleksami. Spotykałam się z nieprzychylnymi pomówieniami o moim braku fachowości jakoby z uwagi na to, iż pochodzę ze świata nauki, a nie praktyki – tak, jakby bycie profesorem stanowiło barierę czy też zaprzeczenie w rozwoju biznesu (!). Kompletnie nie rozumiem tego zarzutu, bo jest bzdurny sam w sobie. Wystarczy popatrzeć na imponujące kariery profesorów będących prezesami zarządów wielkich polskich spółek. Więc ocenianie mnie z całkowitym pomijaniem moich osiągnięć w biznesie nie odzwierciedla rzeczywistości. Z mojej strony rozstanie z JSW było pełne szacunku i jestem pewna, iż wykonana tam przeze mnie praca również na taki szacunek zasługuje.

Dopatruję się tu jeszcze jednego wątku: czy nie sprawiało pani trudności… bycie kobietą w tej jakże zmaskulinizowanej branży? Wszyscy dziś wiemy, iż płeć nie stanowi o sile gabinetów zarządów spółek. A jednak – to chyba dobry moment, by spytać: czy kobiety mają trudniej?

W JSW współpracowałam praktycznie z samymi mężczyznami. Ciekawostką jest, iż akurat w trakcie mojej bytności w tej spółce, Ministerstwo Aktywów Państwowych zaczęło mówić o parytetach. Gdybyśmy się dokładnie przyjrzeli liczbom, wymagana reprezentatywność kompletnie nie istnieje. Z kolei, gdy spojrzymy globalnie na największe spółki na świecie – tam kobiet jest znacznie więcej. Osobiście uważam, iż żeński pierwiastek może (obok bezsprzecznie fachowej wiedzy) przekładać się na lepsze sposoby komunikacji, zwłaszcza w przemyśle ciężkim. Moją współpracę ze wszystkimi członkami rady nadzorczej z perspektywy czasu naprawdę oceniam jako udaną. Z początku się oczywiście docieraliśmy, ale koniec końców jestem przekonana, iż okres pod moimi auspicjami absolutnie nie był stracony, iż dysputa zawsze miała zdrowy charakter, iż nikt nie mógł czuć się sfrustrowany czy wykluczony. Teraz moje miejsce zastąpił mężczyzna, więc w tym momencie to już w stu procentach męskie grono, co nie jest specjalnie zaskakujące w skali kraju. W 2025 roku ukazał się zresztą mój artykuł na temat udziału kobiet w zarządach i radach nadzorczych w spółkach Skarbu Państwa, gdzie wykazałam, iż sytuacja – łagodnie mówiąc – do najlepszych nie należy. Mimo tego, iż wskaźnik skolaryzacji potwierdza naszą przewagę nad mężczyznami w kontekście wykształcenia. Zastrzegam: to nie żadne mierzone ataki, a suche fakty. Każdy może z nich wyciągnąć swoje wnioski.

Mocne. A jakie wnioski pani wyciągnęła z tej współpracy?

Zrozumiałam dobitnie, iż musimy się jednoczyć, aby do czegoś dojść. Szczególnie w ramach regionu, który powinien być naszą małą ojczyzną. Mieszkamy na Śląsku, więc jako Ślązacy powinniśmy walczyć o to, by integrować różne środowiska na tym terytorium, choćby jeżeli pochodzą z różnych frakcji politycznych. Bo jeżeli nic tu nie zostanie: kto na tym zyska? Pamiętajmy, skąd jesteśmy i co dostaliśmy od tej ziemi, starajmy się to docenić i zadbać o naszą tożsamość. Ta jedność jest niezbędna, by rozwijać nasz region, a takie spółki jak JSW mogły się rozwijać na miarę ich potencjału. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. A synergia nauki, biznesu i kultury to słuszna droga do sukcesu. Oto moje przesłanie.

… i zarazem: swoiste kredo.

Tak, bo bardzo w to wierzę. A skoro jesteśmy znów przy śląskości, poruszę jeszcze jeden wątek. Moja pasja do tutejszej kultury ma jeszcze bardziej osobisty wymiar, gdyż byłam członkiem Zespołu Pieśni i Tańca „Silesianie”. Z tej pasji zresztą narodziła się konferencja, którą corocznie organizuję: „Biznes w kulturze, kultura w biznesie”. Cieszy się ona coraz większym zainteresowaniem, gromadzi ludzi z całej Polski, z różnych branż, tworząc przestrzeń do realnej synergii. Dokładnie tak, jak wspomniany na początku program Symbol, w którym mam zaszczyt uczestniczyć. Więc: będąc Ślązaczką, jestem jednocześnie fanką BIZUKI (biznes + nauka, przyp. red.) i chcę, by coraz mocniej wchodziła ona na przysłowiowe salony. Zresztą: sama dorzucam do tego swoje ogniwo, bo organizuję też seminaria łączące środowisko akademickie z przedsiębiorcami. Wierzę, iż dobra teoria i solidne zaplecze merytoryczne mogą być impulsem do skutecznych rozwiązań biznesowych.

W biznesie faktycznie widać wyraźny zwrot w kierunku rozwoju naukowego, prawda?

Zdecydowanie tak. Ludzie wiedzą, iż kto nie rozwija się wielopłaszczyznowo, ten się cofa. Stąd zresztą popularność studiów podyplomowych, MBA czy doktoratów. Poznaję wielu fantastycznych przedsiębiorców, którzy świadomie inwestują w swój poziom intelektualny. Czasem słyszę nawet, iż nauka jest dla nich formą wyrafinowanego relaksu, sposobem na zatrzymanie się w pędzie codzienności. To naprawdę jest piękne! Jednocześnie przestrzegam przed bezrefleksyjną komercjalizacją nauki. Dostrzegam różne zagrożenia, choćby w kwestii autonomii badań. jeżeli badania finansowane przez podmiot komercyjny nie pozwalają na publikację niewygodnych wyników, pojawia się problem etyczny. Nie bez powodu mottem Havard University jest łacińskie słowo „veritas”, czyli po prostu prawda. To powinno być drogowskazem dla całego środowiska akademickiego.

To wielki i istotny temat, być może na odrębną rozmowę. A tymczasem, a propos drogowskazów: dokąd aktualnie prowadzi pani drogowskaz?

Przede wszystkim już jestem ogromnie wdzięczna za drogę, którą już przeszłam. I doceniam miejsce, w którym jestem. Cieszę się, iż mogę pracować na uczelni, rozwijać się, inspirować młodych ludzi i współpracować z biznesem. Wierzę, iż przede mną jeszcze wiele wyzwań, sama zresztą takowe przed sobą stawiam. Korzystając z okazji wspomnę, iż 6 marca, wspólnie z Katedrą Transformacji Energetycznej, panem dziekanem dr. hab. Adamem Samborskim prof. UE oraz panią prodziekan dr hab. Adrianną Mastalerz-Kodzis prof. UE, zorganizowaliśmy kolejne seminarium poświęcone wyzwaniom transformacyjnym. To kolejny krok w budowaniu dialogu między nauką a praktyką. Myślę więc, iż przez cały czas będę trzymać się wytyczonej ścieżki, o której tak wiele już dziś powiedzieliśmy. Oby ze skutkiem równie pozytywnym, co dotychczas.

… i tego pani najserdeczniej życzę. Dziękuję za wartościową rozmowę!

Idź do oryginalnego materiału