Każdy sobie
Mamo, choćby sobie nie wyobrażasz, co się dzieje teraz na rynku nieruchomości Michał nerwowo przekładał stos wydruków, raz układając je w równą stertę, raz rozkładając wachlarzem po kuchennym stole. Ceny szybują co tydzień. jeżeli zaraz nie wpłacimy wkładu własnego, ktoś inny sprzątnie nam to mieszkanie sprzed nosa.
Lidia podsuneła synowi filiżankę z przestygłą herbatą i usiadła naprzeciwko. Na wydrukach migały rzuty mieszkań, cyfry, harmonogramy spłaty. Trzypokojowe w nowym bloku, dzieciom Julkowi i Zofii wreszcie własne pokoje.
Ile brakuje?
Trzysta pięć tysięcy złotych Michał przetarł czoło. Wiem, iż to dużo. Ale Agnieszka już wariuje, dzieci rosną, a my dalej się tułamy po wynajętych kątach…
Lidia spojrzała na syna i zobaczyła w nim tego chłopca, który kiedyś przynosił jej bukiety mleczy prosto z podwórka. Trzydzieści dwa lata, dwójka dzieci, a zmarszczka między brwiami ta sama, co dawno temu, gdy martwił się o oceny w szkole.
Mam trochę oszczędności. Są na koncie.
Mamo, oddam wszystko, naprawdę. Jak tylko się ustatkujemy, zacznę odkładać.
Położyła szorstką dłonią na jego ręce, zgrubiałą przez lata gotowania i sprzątania.
Michał, to przecież wszystko dla wnuków. Co tu mówić o oddawaniu, rodzina jest ważniejsza niż te pieniądze.
W oddziale banku Lidia starannie wypełniała formularze pismem, którego nauczyła się przez trzy dekady pracy jako księgowa. Trzysta pięć tysięcy złotych niemal wszystko, co uzbierała przez ostatnie lata. Na czarną godzinę. Na wszelki wypadek. Na a nuż.
Michał przytulił ją mocno przy kasie, nie zwracając uwagi na innych w kolejce.
Jesteś najlepsza, mamo. Naprawdę. Nigdy tego nie zapomnę.
Lidia poklepała go po plecach.
Leć już. Agnieszka pewnie się niecierpliwi.
…Pierwsze miesiące po przeprowadzce zlewały się w wir podróży przez całe miasto. Lidia wpadała z siatkami z Biedronki kurczak, kasza, masło, serki dla dzieci. Pomagała Agnieszce wieszać firanki, skręcać meble, zmywać pył z parapetów po remoncie.
Julian, uważaj z tym młotkiem! krzyczała, równocześnie wieszając zasłony i tłumacząc synowej, jak się robi tradycyjne gołąbki.
Agnieszka kiwała głową, co chwilę zerkała w telefon. Michał pojawiał się wieczorami, zmęczony po pracy, zjadał gwałtownie coś, co matka ugotowała, i od razu szedł do sypialni.
Dzięki, mamo rzucał w przelocie. Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili.
…Po pół roku znów zadzwonił ten sam numer.
Mamo, jest sprawa… Rata kredytu na mieszkanie zbiegła się z naprawą samochodu. Brakuje mi sześciu tysięcy.
Lidia przelała pieniądze bez zbędnych pytań. Młodym trudno, wiadomo. Trzeba się przyzwyczaić do nowych wydatków, małe dzieci, nerwowa praca… Nic, staną na nogi oddadzą. Albo nie oddadzą. Jaka to różnica, kiedy chodzi o najbliższych?
Lata zaczęły płynąć szybciej niż woda przez palce. Julian skończył siedem lat, Lidia kupiła mu wymarzony zestaw Lego, o który prosił rodziców pół roku. Zofia kręciła się w nowej, różowej sukience z cekinami, identycznej jak u bajkowej księżniczki.
Babciu, jesteś najlepsza! Zosia rzuciła jej się na szyję, pachnąca szamponem i landrynkami.
Co weekend Lidia zabierała wnuki do siebie albo prowadziła do teatru, na karuzelę, na lodowisko. Kupowała lody, książki, zabawki. Kieszenie jej starego płaszcza zawsze uginały się od cukierków i chusteczek.
Pięć lat minęło w tej hojnej, dobrowolnej harówce. Pieniądze na kredyt mamo, w tym miesiącu wyjątkowo krucho. L4 z wnukami mamo, zupełnie nie możemy się zwolnić z pracy. Zakupy mamo, jak już idziesz do sklepu…
Dziękczynne słowa słyszała coraz rzadziej…
…Tamtego ranka patrzyła na zacieki na swoim kuchennym suficie. Rdzawe smugi wędrowały po tynku. Zalało ją, a teraz nie dało się normalnie mieszkać.
Wybrała numer syna.
Michał, potrzebuję pomocy przy remoncie. Zalało mnie, kiedy dostanę odszkodowanie nie wiadomo…
Mamo przerwał jej syn. Wiesz, teraz mam inne priorytety. Dzieci mają zajęcia, Julian chodzi na piłkę, Agnieszka zapisała się na kurs…
Ja nie proszę o wiele. Potrzebuję tylko kogoś do roboty. Albo…
Teraz kompletnie nie mam czasu, mamo, szczególnie na takie drobiazgi powtórzył, jakby nie słyszał. Pogadamy o tym później, dobrze? Oddzwonię.
Sygnał…
Lidia odłożyła telefon. Na wygaszaczu zdjęcie sprzed ostatniego Sylwestra. Ona, Julian, Zofia. Wszyscy się śmieją.
Te pieniądze, które pożyczał bez zastanowienia. Te weekendy, które poświęcała jego dzieciom. Ten czas, te siły, ta miłość wszystko to było wcześniej. Teraz inne priorytety.
Kropla z sufitu spadła jej na dłoń. Zimna…
Następnego dnia to Agnieszka zadzwoniła sama. To było na tyle rzadkie, iż Lidia zaczęła się niepokoić, zanim jeszcze usłyszała głos synowej.
Pani Lidio, Michał mi powiedział o waszej rozmowie Agnieszka brzmiała niezadowolona. Pewnie pani rozumie, iż każdy powinien sam rozwiązywać swoje sprawy. My jakoś utrzymujemy mieszkanie, spłacamy kredyt…
Lidia ledwo się powstrzymała od śmiechu. Kredyt, który spłacała każdą trzecią ratę. Wkład własny niemal w całości z jej pieniędzy.
Oczywiście, Agnieszko odpowiedziała spokojnie. Każdy sobie.
Właśnie. Bo Michał się zamartwia, iż się pani obraziła. Ale chyba nie, prawda?
Nie, wcale nie.
Sygnał…
Lidia położyła telefon na stole i długo na niego patrzyła, jakby był jakimś obcym stworzeniem. Potem podeszła do okna, ale zaraz się odwróciła za brudną szybą nie było nic, co mogłoby pocieszyć.
Noce zamieniły się w godziny bezsenności, gdy sufit przygniatał, a myśli nie dawały odpocząć. Leżała w ciemności i wracała myślami do ostatnich pięciu lat, jakby przekładała paciorki różańca.
Ona sama do tego doprowadziła. Sama wychowała syna, który był pewien, iż mama to niekończące się źródło.
Rano zadzwoniła do agencji nieruchomości.
Chciałabym sprzedać działkę letniskową z domem pod Piasecznem. Sześć arów, prąd na działce.
Domek, który razem z mężem budowali dwadzieścia lat. Jabłonie, które Lidia sadziła, gdy była w ciąży z Michałem. Weranda, na której spędzili tyle letnich wieczorów.
Ktoś kupił ją w ciągu miesiąca. Lidia podpisywała dokumenty, nie pozwalając sobie myśleć, co oddaje. Pieniądze wpłynęły na konto, a ona podzieliła je skrupulatnie: na remont mieszkania, lokatę, mały zapas na nieprzewidziane wydatki.
Ekipa remontowa weszła do jej mieszkania tydzień później. Lidia sama wybierała kafelki, tapety, baterie. Pierwszy raz od lat wydawała na siebie, nie chowając grosza na czarną godzinę, nie myśląc komu jeszcze pomoże.
Michał nie dzwonił. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Lidia też milczała.
Pierwszy telefon zadzwonił, gdy remont już się skończył. Nowa kuchnia lśniła bielą, okna nie przepuszczały podmuchów, rury nie groziły już rudym zaciekami.
Mamo, czemu nie przyjeżdżasz? Zosi brakowało cię.
Byłam zajęta.
Czym?
Swoim życiem, Michał. Swoim.
Przyjechała do nich tydzień później. Przywiozła wnukom po książce porządne prezenty, ale już bez dawnego przepychu. Posiedziała dwie godziny przy herbacie, rozmawiając o pogodzie i szkolnych sukcesach Juliana. Odmówiła zostania na kolację.
Mamo, może w sobotę posiedzisz z dziećmi? Michał zatrzymał ją już w korytarzu. My z Agnieszką…
Nie mogę. Mam plany.
Lidia widziała, jak zrzedła mu mina. Nie rozumiał. Jeszcze nie.
Mijały miesiące, a zrozumienie przychodziło powoli, boleśnie. Bez maminych przelewów rata kredytu pożerała trzecią część rodzinnego budżetu. Bez darmowej niani nie było komu zostawić dzieci.
Lidia tymczasem otworzyła konto oszczędnościowe na dobry procent. Kupiła sobie nowy płaszcz porządny, ciepły, nie z wyprzedaży. Pojechała na dwa tygodnie do sanatorium. Zapisała się na kurs nordic walking.
Przypomniała sobie, jak rodzice Agnieszki zawsze trzymali dystans. Uprzejme życzenia na święta, obowiązkowa wizyta raz na dwa miesiące. Zero pieniędzy, zero pomocy, zero poświęcenia. I zero żalu ze strony córki.
Może to oni mieli rację od początku?
Sporadyczne wizyty wnuków stały się formalnością. Lidia wpadała, wręczała prezent, rozmawiała o szkole i kolegach. Wychodziła po dwóch godzinach, już nie zabierając dzieci na noc ani na weekendy.
Pewnego razu Julian zapytał:
Babciu, a czemu już nas nie zabierasz do parku?
Babcia ma teraz swoje sprawy, Julianie.
Chłopiec nie zrozumiał. Ale Michał, stojący w drzwiach, chyba zaczynał pojmować.
Lidia wracała do swojego wyremontowanego mieszkania, gdzie pachniało świeżą farbą i nowymi meblami. Parzyła sobie dobrą herbatę, siadała w wygodnym fotelu, kupionym za pieniądze ze sprzedanej działki.
Poczucie winy? Czasem nachodziło nocami. Ale coraz rzadziej. Bo Lidia w końcu pojęła prostą prawdę: miłość nie oznacza poświęcenia siebie. Zwłaszcza gdy nikt tego nie widzi ani nie docenia.
Po raz pierwszy od trzydziestu dwóch lat macierzyństwa wybrała siebie.















