Mówi się, iż dzieci to euforia każdej rodziny. Podobnie mawia się o wnukach dodają życiu smaku i uroku. Zgadzam się z tym, naprawdę. Ale szczęście to szklanka, którą łatwo można przepełnić, zwłaszcza gdy brakuje sił i środków. Mamy z mężem jedną córkę, Martynę. Miała zaledwie dziewiętnaście lat, gdy wyznała nam, iż spodziewa się dziecka. Jak się okazało, miała urodzić bliźniaki. niedługo wyszła też za mąż za swojego chłopaka, Tomasza. Wydawało mi się wtedy, iż wszystko powoli się ułoży.
Oczywiście nagle cały nasz świat wywrócił się do góry nogami. Młoda, niedoświadczona mama z dwójką maluchów i młody mąż, który dopiero zaczynał pracę, ledwie wiążąc koniec z końcem. To głównie my, ja i mój mąż Piotr, wspieraliśmy ich finansowo. Podjęliśmy dodatkowe zajęcia, sprzątaliśmy popołudniami, szyliśmy ubrania na zamówienie, byle tylko wystarczyło na rachunki i pieluchy. Dnie i noce zlewały mi się w jedno cały czas coś robiłam.
Martyna i Tomasz przez jakiś czas mieszkali z nami w naszym mieszkaniu na Pradze. Rano szliśmy z Piotrem do pracy, a noce często spędzałam, kołysząc płaczące bliźniaczki, żeby córka mogła się przynajmniej trochę wyspać. Nie ma się co dziwić, iż z czasem zdrowie nam się posypało. Człowiek nie jest ze stali.
Tak przetrwaliśmy trzy ciężkie lata. W końcu młodzi zaczęli stawać na nogi, a dziewczynki poszły do przedszkola. I wtedy Martyna powiedziała, iż jest znowu w ciąży. Byłam przerażona. Powiedziałam jej szczerze, iż powinna rozważyć inną opcję, bo wychowanie trójki dzieci to ogromne wyzwanie nie tylko finansowe, ale i psychiczne. Martyna jednak była nieustępliwa. Urodziła kolejne dziecko i znowu wszystko zaczęło się od początku opłaty, zakupy, zmęczenie.
Chociaż Tomasz zaczął zarabiać nieco więcej, utrzymanie pięciu osób na jednej pensji i naszych skromnych emeryturach było praktycznie niemożliwe. Znowu oboje z mężem rzuciliśmy się w wir pracy. Ale czas zrobił swoje. Piotr przeszedł wylew, ja zaczęłam mieć poważne problemy z sercem. W końcu powiedziałam córce, iż więcej nie damy rady, iż muszą sobie radzić sami.
Myślałam, iż zrozumie, ale usłyszałam wtedy: Mamo, jestem w czwartej ciąży. Byłam w szoku, po prostu zabrakło mi słów. Czy oni naprawdę zakładali, iż ciągle będziemy ich utrzymywać? Przecież my już nie mamy na to siły ani pieniędzy.
Mam wyrzuty sumienia, iż nie mogę więcej pomóc swojej jedynej córce, ale wiem, iż zrobiliśmy z Piotrem, co było w naszej mocy. Każdy w życiu kiedyś musi wziąć odpowiedzialność za siebie i swoją rodzinę to największa lekcja, jaką mogę przekazać Martynie i każdemu, kto to czyta.
Nie można opierać swojej przyszłości wyłącznie na pomocy innych, choćby najbliższych. W końcu przychodzi taki dzień, kiedy trzeba dorosnąć, zadbać o siebie i nauczyć się żyć na własny rachunek. Szczęście rodziny to nie ilość dzieci, ale miłość i odpowiedzialność, które potrafimy im dać.









