Ludzka, oszalałaś na stare lata! Wnuki już do szkoły chodzą, a Ty o ślubie mówisz? usłyszałam od siostry, kiedy powiedziałam jej, iż wychodzę za mąż.
No a co mam zwlekać? Za tydzień z Tolkiem idziemy do urzędu stanu cywilnego, trzeba było siostrze dać znać. Oczywiście na uroczystość nie przyjedzie mieszkamy na dwóch różnych krańcach Polski. Zresztą wielkiego wesela organizować nie zamierzamy, już mamy swoje lata. Po cichu podpiszemy papiery, potem tylko my we dwoje siądziemy przy herbacie.
Moglibyśmy się wcale nie żenić, ale Tolek się upiera. On to prawdziwy dżentelmen, z krwi i kości: drzwi klatki schodowej otworzy, rękę poda przy wychodzeniu z auta, płaszcz na ramiona zarzuci. Nie, bez pieczątki w dowodzie nie zgadza się żyć. Powiedział nawet: Co ja, gówniarz jestem? Potrzebuję poważnego związku. Dla mnie Tolek to naprawdę chłopak, choć już siwy jak gołąb. W pracy szanowany, wszyscy tylko po imieniu i nazwisku z ojcem wołają. Tam jest surowy, poważny, a jak mnie zobaczy to jakby zrzucał nagle czterdzieści lat. Porwie w ramiona i zaczyna tańczyć na ulicy. Cieszy mnie to, ale i wstyd trochę. Mówię: Ludzie patrzą, śmiać się będą. A on: Jakie ludzie? Ja poza Tobą nikogo nie widzę!. Gdy jesteśmy razem, czuję, jakby cała ziemia opustoszała tylko on i ja.
Została mi jednak jeszcze siostra, której muszę to wszystko opowiedzieć. Bałam się, iż Basia jak większość skrytykuje, a mi najbardziej zależało na jej wsparciu. W końcu zdobyłam się na odwagę i zadzwoniłam.
Ludzka! przeciągnęła zdziwionym tonem, gdy usłyszała o ślubie. Rok dopiero minął, jak Wojtka pochowaliśmy, a Ty już sobie kogoś znalazła? Wiedziałam, iż ją zszokuję, ale nie sądziłam, iż to właśnie śp. mąż będzie powodem oburzenia.
Basia, przecież pamiętam przerwałam jej. Ale kto ustala te rzeczy? Podasz mi liczbę po ilu latach mogę znów być szczęśliwa, nie słuchać krytyki?
Chwilę milczała:
No, wypadałoby z pięć lat poczekać
To mam powiedzieć Tolkowi: sorry, za pięć lat wracaj, a póki co będę w żałobie?
Basia nie wiedziała, co odpowiedzieć.
I co to zmieni? drążyłam. Serio uważasz, iż po pięciu latach już nikt kręcić nosem nie będzie? Zawsze się znajdzie ktoś złego języka, a ja mam na to westchnęłam. Liczy się Twoje zdanie, więc jak naciskasz, odwołam ten ślub.
Wiesz, nie chcę być winna, więc bierzcie ślub, choćby jutro! Ale wiedz, iż nie rozumiem Cię i nie wspieram. Zawsze byłaś nieprzewidywalna, ale nie myślałam, iż z wiekiem całkiem ześwirowałaś. Miej trochę przyzwoitości, poczekaj jeszcze rok. Ale ja się nie poddawałam.
No dobrze, mówisz: poczekaj rok. A jakbyśmy z Tolkiem mieli tylko rok życia? Co wtedy?
Usłyszałam ciche pociągnięcie nosem.
Rób, jak chcesz. Rozumiem, każdy chce być szczęśliwy, ale tyle lat żyłaś szczęśliwie
Zaśmiałam się.
Basiu, naprawdę myślałaś, iż zawsze byłam szczęśliwa? Ja też tak sądziłam, dopóki nie spojrzałam na swoją przeszłość i nie zrozumiałam, iż byłam raczej zaprzęgniętym do pracy koniem. Nie wiedziałam, iż można inaczej iż życie może cieszyć!
Wojtek był dobrym człowiekiem. Wychowaliśmy razem dwie córki, pięcioro wnuków. Całe życie mawiał, iż najważniejsza jest rodzina. Nigdy z tym nie polemizowałam. Najpierw harowaliśmy dla dzieci, potem dla ich dzieci, aż w końcu dla wnuków. Teraz, z perspektywy, widzę moje życie jak ciągły wyścig za spokojem rodziny bez miejsca na chwilę oddechu.
Jak starsza córka wyszła za mąż, mieliśmy już domek letniskowy pod Łodzią, ale Wojtek wpadł na pomysł, by hodować mięso własne dla wnuków. Wynajęliśmy hektar ziemi i wzięliśmy na siebie jarzmo, które dźwigaliśmy latami. Krowy, kury wciąż było co karmić. Przed północą nie kładliśmy się spać, a o piątej już pobudka. Cały rok na działce, a do miasta tylko na zakupy czy lekarza. Czasem udało mi się do koleżanek zadzwonić, a one się chwaliły: jedna z wnuczką wróciła z morza, druga z mężem w teatrze była. Mnie choćby do sklepu nie było kiedy wyjechać!
Bywało, bez chleba siedzieliśmy kilka dni, bo gospodarstwo ograniczało nas całkowicie. Siły dawało mi tylko to, iż dzieci i wnuki mają co jeść. Starsza dzięki naszym staraniom zmieniła samochód, młodsza zrobiła remont w bloku więc nie poszło na marne to nasze urobienie. Kiedyś przyjechała do mnie przyjaciółka z pracy, spojrzała i mówi:
Ludka, od razu Cię nie poznałam. Myślałam, iż tu odpoczywasz na świeżym powietrzu, a Ty prawie nieprzytomna! Po co się tak zamęczasz?
A jak inaczej? Dzieciom trzeba pomagać broniłam się.
Dzieci dorosłe, poradzą sobie, Ty byś lepiej dla siebie coś zrobiła.
Nie rozumiałam wtedy, co ona ma na myśli żyć dla siebie. Teraz już wiem: spać ile się chce, spokojnie odwiedzić sklep, kino, basen, pojeździć na nartach. Nikomu to krzywdy nie robi, dzieci nie zubożały, wnuki nie chodzą głodne. Najważniejsze, iż patrzę dziś na świat inaczej.
Kiedyś, zgrzebując na działce liście, denerwowałam się, iż taki bałagan, a dziś te liście cieszą mnie najbardziej. Idę do parku, kopię je nogą i euforia jak u dziecka. Polubiłam deszcz już nie trzeba w nim biegać, zganiając kozy pod dach, tylko można patrzeć zza okna kawiarni. Widziałam, jakie piękne są chmury, zachody, jak przyjemnie przejść się po świeżym, chrupiącym śniegu. Zobaczyłam, jak piękna jest nasza Łódź. To Tolek otworzył mi oczy.
Po śmierci męża byłam jak we śnie. To przyszło nagle dostał zawału, Wojtek umarł zanim pogotowie zdążyło przyjechać. Córki sprzedały wszystko: inwentarz, działkę, wróciłam do miasta. Przez pierwsze dni chodziłam jak zamroczona, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Przyzwyczajona do pobudek o piątej, błąkałam się po mieszkaniu bez celu.
A potem pojawił się Tolek. Pamiętam nasz pierwszy wspólny spacer. Był sąsiadem i znajomym zięcia, pomagał przenieść rzeczy z działki. Potem się przyznał, iż na początku nie myślał o mnie wcale, tylko mu było żal zobaczyć wygasłą, zagubioną kobietę. Musisz się otrząsnąć, powiedział i wyciągnął mnie na spacer do parku, na ławeczkę, lody, potem do stawu, karmić kaczki. Przecież też miałam na działce kaczki, ale przez te wszystkie lata nie znalazłam sekundy, żeby im się przyjrzeć. A przecież takie zabawne, jak nurkują za kawałkiem chleba!
Nie do wiary, iż można po prostu stać i patrzeć na kaczki przyznałam. Swoim tylko mieszałam zboże, sprzątałam, karmiłam nigdy nie uciekłam do parku popatrzeć.
Tolek uśmiechnął się, chwycił mnie za rękę i powiedział: Zaczekaj, jeszcze wiele zobaczysz! Poczujesz się, jakbyś drugi raz zaczęła żyć.
Miał rację. Znów odkrywałam świat jak dziecko i polubiłam go tak, iż wcześniejsze życie wydaje mi się jak ciężki sen. Nie pamiętam choćby momentu, w którym zapragnęłam jego głosu, śmiechu, cieplejszego dotyku. W końcu obudziłam się z myślą, iż to, co mnie teraz spotyka, i on sam są wszystkim, czego mi potrzeba.
Córki nie były zachwycone moim związkiem. Stwierdziły, iż zdradzam pamięć po ojcu. Było mi przykro, czułam się jak winna. Dzieci Tolka odwrotnie ucieszyły się, mówiąc, iż teraz już o tatę nie muszą się martwić. Została tylko Basia do powiadomienia i nie mogłam się zebrać.
Kiedy ślub? zapytała po naszej długiej rozmowie Basia.
W ten piątek.
No to co mogę powiedzieć? Zdrowia i miłości rzuciła chłodno.
W piątek kupiliśmy z Tolkiem produkty na dwoje, włożyliśmy odświętne ubrania, zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do urzędu. Wysiadłam i zamarłam z zaskoczenia: pod wejściem stały moje córki z zięciami i wnukami, dzieci Tolka też ze swoimi rodzinami, i przede wszystkim moja siostra! Basia trzymała ogromny bukiet białych róż i uśmiechała się do mnie przez łzy.
Basia! Przyleciałaś aż dla mnie? aż nie mogłam uwierzyć.
Muszę przecież zobaczyć, komu Cię oddaję zaśmiała się, przytulając mnie mocno.
Okazało się, iż wszyscy się między sobą dogadali i zamówili wcześniej stolik w kawiarni.
Kilka dni temu z Tolkiem obchodziliśmy rocznicę ślubu. Teraz stał się częścią naszej rodziny. Wciąż trudno uwierzyć, iż to się dzieje ze mną jestem szczęśliwa aż do granic przyzwoitości i boję się, żeby nie zapeszyć.















