Mam pięćdziesiąt lat i czasem śni mi się, iż jestem znów nastolatką, mieszkającą w starym bloku w Łodzi, jeszcze wtedy, kiedy chodziłam do liceum. Czułam się wtedy lekka jak piórko, ale w moim śnie nagle okazuje się, iż jestem w ciąży z moim chłopakiem, Szymonem. Żadne z nas nie miało choćby pracy, ledwo żonglowaliśmy sprawdzianami i autobusami na zajęcia.
W tym dziwnym śnie czas pędzi jak tramwaj wszystko dzieje się naraz. Moja rodzina, z moją mamą Grażyną na czele, patrzy na mnie twardym wzrokiem i mówi: Przyniosłaś nam wstyd. Dziecka nie będziemy wychowywać, bo nie jest nasze. Następnego wieczoru, kiedy sen zamienia się w mgłę, pakuję walizkę na chybił trafił stary sweter, podręcznik do matury, jakieś drobne monety i wychodzę. Ulice są rozlane jak w lustrze, a ja nie mam pojęcia, gdzie prześpię choćby jedną noc.
Nagle drzwi otwiera przede mną mama Szymona pani Halina, w fartuchu z czerwonymi makami. Ich mieszkanie pachnie czystą pościelą i świeżym chlebem. Od razu proponują nam, żebyśmy zostali. Ustalamy zasady mamy skończyć szkołę, bo to, jak mówią, najważniejsze. Halina bierze na siebie obiady, opłaty za prąd i choćby wizyty u lekarza podczas mojej ciąży. Czuję się, jakbym już nigdy nie miała wyjść poza to ciepłe wnętrze.
Gdy rodzi się nasz syn, Filip, Halina jest przy mnie na szpitalnym łóżku. Pokazuje mi, jak kąpać malucha, jak przewijać o drugiej w nocy, jak przytulić, kiedy płacze przez sen. W tych snach moje ciało wraca do siebie, a teściowa nosi Filipa na rękach, żebym mogła odespać. Pan Zdzisław, tata Szymona, przynosi nowe łóżeczko, kocyk w żółte kaczuszki, pieluchy i butelki.
Pewnej surrealistycznej nocy ojciec Szymona mówi, iż nie chcą, żebyśmy tkwili w miejscu. Proponują, iż opłacą mi kurs pielęgniarski. We śnie natychmiast się zgadzam. Chodzę rano do szkoły, a Filip zostaje z Haliną, która śpiewa mu starsze kołysanki. Szymon idzie na politechnikę uczyć się informatyki. Codziennie pod wieczór jemy wspólnie zupę. Czasem mamy tylko tyle pieniędzy, ile wystarczy na dwie bułki z serem trochę ponad pięć złotych ale zawsze jest ktoś, kto poda mi kubek herbaty albo położy dłoń na ramieniu.
Z latami w snach wszystko się przesuwa najpierw oboje zaczynamy pracę. Ja chodzę po oddziałach szpitalnych, on siedzi przed komputerem. Bierzemy ślub na małym podwórku obsypanym kasztanowcami, wynajmujemy własne mieszkanie, wychowujemy Filipa. Teraz, gdy jestem już dorosła i Filipa widzę tylko na zdjęciach z wakacji, czuję, jak nasza rodzina zawsze żyła w cieniu wyborów i poświęcenia.
Z rodziną biologiczną mam tylko sporadyczny kontakt raz na rok telefon, może wiadomość na imieniny. Nikt nie robi już scen, ale bliskości nie ma. Dawno temu przestałam żywić urazę, ale nic już nie wróci tego, co było.
Czasami, kiedy śnię te dziwne sny, wiem, iż jeżeli miałabym wskazać rodzinę, która uratowała mi życie, nie wskazałabym tej, w której się urodziłam. To rodzina mojego męża okazała się prawdziwym domem tym, z którego nie wyrzuca się choćby we śnie.









