Miłość obudziła dar, który czekał od dzieciństwa

liderzyinnowacyjnosci.com 1 miesiąc temu

Obrazy z dzieciństwa nie zatarły się w pamięci Sebastiana Barzyka. Widział i czuł znacznie więcej niż jego rówieśnicy w przedszkolu. Dorośli i rodzice nie wierzyli, iż postrzega niewidzialny dla nich świat. Z pobłażaniem słuchali jego fantazjowania, podsycanego bujną wyobraźnią. Z czasem sam uwierzył, iż to umysł płata mu figle i porzucił dar, z którym przyszedł na ten świat. Odnalazł go dopiero po latach i dziś jest cenionym terapeutą, mistrzem naturopatii i bioenergoterapii. Razem z żoną Magdaleną, prowadzi gabinet medycyny naturalnej w Nowej Iwicznej pod Piasecznem

To, co widywałeś jako pięciolatek to były realne obrazy czy Twoje fantazje?

Ja naprawdę widziałem więcej niż moi rówieśnicy w przedszkolu. To nie były ostre obrazy, które przenikały przed moimi oczami. Przypominały raczej zjawy. Wydaje mi się, iż słyszałem choćby głosy tych niewidzialnych istot. Pokazywałem to moim rówieśnikom, ale oni tego nie dostrzegali. Dziś wracamy do wspomnień sprzed kilku dekad, dlatego w mojej pamięci zachował się jedynie mglisty obraz tych wydarzeń, ale ja naprawdę tego doświadczyłem. To przedszkole kolejowe do którego uczęszczałem w Krakowie przy ul Warszawskiej pozostawiło niezatarty ślad w mojej podświadomości. Pamiętam niemal każdy szczegół do tej pory.

Opowiadałeś rodzicom o tych spotkaniach z niewidzialnym światem?

Tak, ale reakcja rodziców była zawsze sceptyczna. Mówili, iż to moje fantazje, bo mam bujną wyobraźnie. Mama miała umysł ścisły, była nauczycielka matematyki. Taki zawód wymarzyła sobie już w dzieciństwie i świetnie się czuła w tej roli. Wszystko sprowadzała do sztywnych reguł matematycznych, ale miała też ogromną intuicję, Ojciec był przedsiębiorcą. Prowadził własny zakład przetwórczo-handlowy Alicja, nazwany tak od imienia mojej mamy. Rodzice byli racjonalistami, dlatego nie skupiali się na moich dziecięcych fantazjach, bo tak to zawsze kwitowali. Z czasem ja też się z tego wyzwoliłem, ponieważ nikt mi nie wierzył, iż postrzegam świat inaczej niż oni. Jako nastolatek zupełnie zapomniałem o historiach z dzieciństwa integrując się ze środowiskiem w moim wieku. Mieliśmy wtedy inne zainteresowania.

Jakie?

Tradycyjne sportowo-rozrywkowe, jak większość kolegów ze szkoły, takich jak piłka, czy rower. Nie różniłem się niczym od nastolatków w moim wieku. Zawsze miałem spore grono kolegów i koleżanek, którzy dobrze się czuli w moim towarzystwie. Po maturze rozpocząłem edukację w Akademii Ekonomicznej w Krakowie, przekształconej później w Uniwersytet Ekonomiczny. Zrobiłem tam licencjat. To nie był mój wybór, a raczej spełnienie oczekiwań rodziców. Zwłaszcza ojca, któremu pomagałem w pracy w zakładzie. Nie miałem szczególnych ambicji, aby studiować ekonomię, ani angażować się w rodzinną działalność biznesową. Muszę przyznać, iż nie wiedziałem wtedy, jakie są moje życiowe cele.

Czym się zająłeś po licencjacie?

W czasie transformacji gospodarczej nie łatwo było znaleźć atrakcyjne zatrudnienie. Porzuciłem wtedy Kraków i dzięki rekomendacji znajomej podjąłem w Warszawie pracę w radiu Kolor. Zajmowałem się tam marketingiem i sprzedażą czasu antenowego. Potem były jeszcze dwie inne stacje radiowe gdzie choćby awansowałem na kierownicze stanowisko, ale praca tam nie była moim przeznaczeniem. Z czasem wyjechałem do Anglii, gdzie według zapewnień osoby rekrutującej miałem pracować w biurze pewnej firmy. Na miejscu okazało się, iż przydzielono mnie do pracy w rzeźni. To było dla mnie przerażające doświadczenie. Nie zabijaliśmy tam zwierząt, tylko konfekcjonowaliśmy żeberka o podejrzanej przydatności do spożycia z przeznaczeniem ich na rynek konsumencki.

Długo tam pracowałeś?

Kilka miesięcy, ale to był najgorszy okres w moim życiu. Nie tylko ze względu na rodzaj pracy, ale patologiczne środowisko ludzi z różnymi uzależnieniami. Na szczęście dość gwałtownie stamtąd odszedłem bo dostałem dużo lżejszą i lepiej płatną pracę magazyniera. Los chciał, iż w Anglii była moja dawna znajoma z Warszawy, która pracowała w dużej korporacji w Manchesterze. Odświeżyliśmy kontakt najpierw koleżeński, a potem zaczęliśmy się spotykać już jako para. Kiedy Magda znudzona pracą w korporacji postanowiła wrócić do Warszawy, ja niedługo zrobiłem to samo i już się nie rozstawaliśmy. Dwa lata później została moją żoną. Od tego czasu minęło 21 lat.

Spotkanie z Magdą to był przypadek czy początek czegoś większego?

Nie wierzę w przypadki. Dziś widzę, iż wszystko miało swoją kolejność i sens. Kiedy wróciłem do Polski, Magda zaprowadziła mnie do swojego wujka Tomasza Borosa, który był wybitnym bioenergoterapeutą. Na początku podchodziłem do tego z dystansem. Racjonalna część mnie jeszcze mocno trzymała stery. Ale jednocześnie czułem, iż coś mnie tam ciągnie. To był pierwszy człowiek, który nie tylko nie podważył tego, co czuję, ale wręcz to potwierdził. Można powiedzieć – pierwszy mistrz, który zobaczył we mnie potencjał.

Czyli Magda była impulsem, a jej wujek – przewodnikiem?

Dokładnie tak. Magda otworzyła drzwi, a jej wujek pokazał, iż za nimi coś naprawdę jest. To u niego pierwszy raz doświadczyłem świadomej pracy z energią. Najpierw przyszło wyciszenie. Medytacje, które były dla mnie czymś zupełnie nowym. A potem przyszedł moment przełomowy – doświadczenie kontaktu z własną duszą. To nie była metafora. To było bardzo konkretne przeżycie. Zobaczyłem formę, poczułem spokój, którego wcześniej nie znałem.

I wtedy wróciło to, co pamiętałeś z dzieciństwa?

Tak. To było jak otwarcie zamkniętej szuflady. Nagle uświadomiłem sobie, iż to, co kiedyś widziałem jako dziecko, nie było żadną fantazją. Po prostu zostało wyciszone, bo nikt tego nie rozumiał. A ja, chcąc się dopasować, sam to w sobie zamknąłem. To był początek mojej nowej drogi. Po odejściu wujka Magdy, trafiliśmy na kolejną bardzo istotną postać – Leszka Żądło. To był człowiek, który nadał temu wszystkiemu kierunek. jeżeli wujek Magdy był tym, który mnie „otworzył”, to Leszek był tym, który mnie „ustawił”.

W jakim sensie?

On nauczył mnie prostoty i pokazał, iż duchowość nie polega na komplikowaniu rzeczy, tylko na zrozumieniu kilku podstawowych zasad i konsekwentnym ich stosowaniu. Nauczył mnie metody regresingu, pracy z podświadomością, ale też filozofii Huny, która bardzo mnie ugruntowała. Leszek Żądło nie głaskał po głowie. Jak trzeba było, mówił wprost. Pamiętam, jak przyszedłem do niego z problemami finansowymi, licząc na współczucie, a on powiedział: „jak byłeś głupi, to pożyczałeś, teraz spłacaj”. Brutalne? Może, ale skuteczne. I to była jego metoda – odpowiedzialność zamiast ucieczki.

A gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Magdy?

Magda była i jest w tym procesie cały czas. Co więcej – ona również przechodziła swoją drogę równolegle. Uczyła się u swojego wujka, rozwijała się, praktykowała. Można powiedzieć, iż szliśmy dwoma torami, które z czasem zaczęły się łączyć. I w pewnym momencie podjęliśmy decyzję, iż chcemy wejść w to zawodowo, ale potrzebujemy mistrza. I wtedy trafiliśmy na Ryszarda Ullmana. Oboje czuliśmy, iż to adekwatna osoba, żeby domknąć ten proces. Leszek dał nam fundament i zrozumienie, ale Ryszard przeprowadził nas przez etap profesjonalizacji. Dzięki niemu zdobyliśmy tytuły mistrzowskie, usystematyzowaliśmy wiedzę i weszliśmy na poziom pracy, który pozwolił nam otworzyć gabinet samouzdrawiania w Nowej Iwicznej.

Czyli każdy z tych mistrzów miał inną rolę do spełnienia?

Dokładnie. Wujek Magdy – otwarcie i pierwszy impuls. Leszek Żądło – kierunek, umysł, świadomość, intuicja i przyspieszenie rozwoju. Ryszard Ullman – uporządkowanie, certyfikacja i wejście w zawodową praktykę. To była bardzo spójna droga. I co ważne – nic nie wydarzyło się za gwałtownie ani przypadkiem. Każdy etap był potrzebny. choćby moje wcześniejsze życie – licencjat z ekonomii, uzupełniony po latach studiami magisterskimi, doświadczenia z Anglii, praca w korporacji razem z Magdą po powrocie do Polski – to wszystko przygotowało mnie do tego, co robię dziś.

W jaki sposób?

Dzięki temu rozumiem ludzi. Nie tylko na poziomie emocji czy energii, ale też realnego życia. Potrafię rozmawiać z kimś, kto pracuje fizycznie, ale też z kimś, kto zarządza bardzo dużymi pieniędzmi. I oni to czują. Czują, iż nie mówię z książki, tylko z doświadczenia. Wspólnie z Magdą prowadzimy gabinet, w którym pracujemy z ludźmi kompleksowo. Wykorzystujemy bioenergoterapię, regresing, pracę z podświadomością, afirmacje, terapię dźwiękiem i bańkami. Robimy medytacje celowe ugruntowujące zmiany w naszym umyśle i ciele, hirudoterapię i inne metody naturalne i holistyczne . Uczymy ludzi, jak wracać do siebie – dokładnie tak, jak ja kiedyś wróciłem. Prowadzimy stały cykl warsztatów: Doskonalenie umysłu oraz kursy przygotowujące do egzaminów państwowych w zawodzie naturopata i bioenergoterapeuta w stopniu: czeladnik i mistrz. I mogę śmiało powiedzieć, iż ta droga zaczęła się od Magdy. Od kilku lat pracujemy razem – jako partnerzy nie tylko w życiu, ale i w tym, co robimy dla innych. I to jest nasza siła. Bo mamy wspólny język, wspólne wartości i wspólne doświadczenia. Możemy się konsultować, wspierać, weryfikować swoje odczucia. To daje ogromną jakość w pracy z drugim człowiekiem.

Patrząc dziś na swoją drogę, masz poczucie, iż to wszystko w Twoim życiu miało sens?

Dziś nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wszystko, czego doświadczyłem – choćby to, co wydawało się trudne, niezrozumiałe czy zupełnie niepotrzebne – było częścią tej drogi. Gdybym nie przeszedł przez te wszystkie etapy, nie byłbym w stanie tak dobrzez zrozumieć drugiego człowieka.

Wróciłeś więc do punktu wyjścia?

Można tak powiedzieć. Tyle iż wróciłem już jako ktoś świadomy. Te zdolności, które pojawiły się w dzieciństwie, nie zniknęły. One po prostu czekały. A ja musiałem do nich dojrzeć. Najważniejsze w tym wszystkim były spotkania z odpowiednimi ludźmi, we właściwym czasie. Ale przede wszystkim spotkanie z samym sobą. Bo dopóki człowiek nie zajrzy do środka, będzie szukał odpowiedzi na zewnątrz – i ciągle będzie mu ich brakowało. I tu ogromną rolę odegrała Magda. To ona była pierwszą osobą, która mnie na tę drogę wprowadziła, ale też tą, która przez lata dawała mi przestrzeń do rozwoju. Bez niej wiele rzeczy mogłoby się w ogóle nie wydarzyć albo wydarzyć znacznie później. Wierzę, iż spotkaliśmy się nieprzypadkowo, żeby się wzajemnie poprowadzić. Dziś wiem, iż moją rolą jest pomagać innym w tym powrocie. Nie robię niczego za nich, ale mogę im pokazać kierunek. Tak jak ktoś kiedyś pokazał go mnie.

I to jest Twoje powołanie?

Tak to czuję. I myślę, iż to jest właśnie sens – odnaleźć swoją drogę. choćby jeżeli na początku wydaje się zupełnie nieoczywista. Czasem najważniejsze powołania nie zaczynają się od wielkich decyzji, czy nadzwyczajnych zdolności, tylko od odwagi podążania własną drogą.

Rozmawiała Jolanta Czudak

Wywiad z cyklu „Nowe powołania do życia”

Więcej informacji na stronach: gabinet@samouzdrawianie.com www.samouzdrawianie.com

Idź do oryginalnego materiału