Nauczyciele.

drzoanna2.wordpress.com 4 dni temu

Kiedy sięgam pamięcią wstecz, kiedy cofam się w czasie do lat mojej podstawówki i liceum – widzę dwie zupełnie różne szkoły.
Ta pierwsza to Szkoła Podstawowa nr 16 w Tarnowie, świeżutko zbudowana, o nowoczesnej formie kilku pawilonów połączonych korytarzami – jej oddanie do użytku opóźniło się o cały semestr, więc większość uczniów rozpoczynających w niej naukę skierowano najpierw do innych szkół, natomiast my z siostrą, wiadomka, 2 małe geniusze, zostałyśmy w styczniu 1963 po prostu przeegzaminowane, gdzie potwierdzono naszą wiedzę i choćby zaproponowano rodzicom umieszczenie nas od razu w klasie drugiej.
Mama na to szczęśliwie nie przystała, przecież i tak klasę pierwszą musiałyśmy zaliczyć w 2 razy krótszym czasie.
Pewnie bez problemu poradziłybyśmy sobie z materiałem klasy drugiej, ale co z naszą dojrzałością społeczną, ze szkolną dyscypliną? prawdopodobnie tego obawiała się Mama.
Byłyśmy dwiema dziewczynkami trzymanymi nieco pod kloszem, poza wakacyjnymi zabawami z trójką rówieśników (opisałam to w https://drzoanna2.wordpress.com/2026/06/30/podroz-sentymentalna/ ) nie miałyśmy za wiele z nimi kontaktu, nie znałyśmy typowych podwórkowych zabaw i generalnie zawsze byłyśmy jedynie we dwie, wszędzie razem.
Jednak ten dwukrotnie przyśpieszony czas pierwszej klasy pokazał – iż świetnie sobie z tymi kwestiami poradziłyśmy, z jednej strony bez problemu poporządkowałyśmy się wymaganiom szkolnej dyscypliny, z drugiej – dość gwałtownie nawiązałyśmy kontakt, gwałtownie wtopiłyśmy się w klasową i szkolną społeczność i choć w tym czasie żadnych głębszych przyjaźni nie nawiązałyśmy, to generalnie byłyśmy dosyć lubiane i „popularne”, tym bardziej, iż obie chętnie pomagałyśmy innym w nauce, niekoniecznie tak całkiem na legalu :P.
Narysować coś na plastykę za jakiegoś kolegę? Nie ma problemu!
Podyktować na przerwie jakąś rozprawkę, oczywiście sensowną i różną od własnej? No pewnie!
Podpowiadać podczas klasówki czy odpowiedzi przy tablicy? Oczywiście 🙂
A kiedy myślę o nauczycielach z tego okresu – pamięć podsuwa mi panią O. (matematyka w klasie 4) starszą, zasuszoną panią w niemodnej fryzurze i dziwnych ciuchach, usiłującą krzykiem i wyzwiskami przywołać do porządku 40tkę rozwrzeszczanych dzieciaków.
Pamiętam młodego, energicznego i wielce przystojnego „pana od chemii”, za pomocą którego parę lat później przymierzałam się przez chwilę do studiów farmaceutycznych.
Pamiętam młodych i również energicznych nauczycieli wuefu, dzięki którym zdobyłam pewność, iż jestem totalną niedojdą, nie potrafię się ruszać, biegać ani skakać i w wieku 40 lat będę garbatą nieruchawą purchawką. Ha, jakże się mylili 😛
Jednak największy, naprawdę przeogromny wpływ na moje życie wywarli moi nauczyciele w liceum, w tarnowskim I Liceum Ogólnokształcącym, w szkole z ogromnymi tradycjami, siągającymi połowy XVI wieku, bo założonej w 1559 roku z inicjatywy hetmana Jana Tarnowskiego.
Przepiękny budynek, użytkowany za moich czasów i obecnie, wzniesiono pod koniec 19 wieku i doskonale pamiętam, jakie wrażenie robiły umieszczone w części centralnej ogromne, rozchodzące się w obie strony schody z przecudnie rzeźbionymi balustradami, wysokie sale lekcyjne z ogromnymi oknami i przesuwanymi tablicami.
Tu trafiłam też na naprawdę doskonały skład nauczycielski.
Moja wychowawczyni, biolożka, Zofia Kołodziej, zwana pieszczotliwie Zośką, z ogromną wiedzą i sercem jak na dłoni.
Moja historyczka, której wykładów słuchało się jak pełnych napięcia kryminalnych opowieści i to pewnie dzięki temu z taką dociekliwością, uporem i dokładnym sprawdzaniem źródeł szukam dziś informacji dla mojej fajansowo-porcelanowej kolekcji.
To dzięki moim polonistom, szczególnie dzięki poetce Anicie Jaworskiej, która odkryła i podsycała we mnie talent pisarsko-poetycko-dziennikarski – znajduję szaloną przyjemność w prowadzeniu wszystkich blogów, iż o dawnych sukcesach w konkursach poetyckich nie wspomnę z wrodzonej skromności 😛
Ale najwięcej chyba zawdzięczam matematykom, jakich los postawił na mojej szkolnej drodze.
To dzięki nim wybrałam taki kierunek studiów i taki zawód.
Dwóch niesamowitych typów z dwóch odmiennych nauczycielskich planet: surowy i nieco szalony w obyciu profesor Zięba i melancholijnie luzacki Chumiński. Dziś z zaskoczeniem zauważam, iż powielam ich metody i różne sztuczki w rozwiązywaniu zadań, z lubością a czasem rozbawieniem używam ich powiedzonek.
Zauważam też, iż to samo, czego mnie nauczyli, co wpoili mi oni, na co kładli nacisk – to samo akcentuję w pracy ze swoimi uczniami.
Podobnie jak oni „czepiam się” niepełnego i niejasnego zapisu, szczególnie braku wyjaśnień w przeprowadzanym rozumowaniu, błędów i niejasności argumentacji… wytykam i krytykuję zbyt małe rysunki w geometrii, które zamiast pomagać – przeszkadzają w rozwiązaniu problemu, często wprowadzając w błąd.
Kiedyś narzekałam na takie wygórowane i z czapy, jak mi się wydawało wymagania, dziś już rozumiem ich sens i znaczenie, stosuję więc dokładnie takie same i to wspomnienie, ta zmiana w ich postrzeganiu wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

No i nie zapominajmy o moich idolach, moich guru i przewodnikach po prawdziwej matematyce: po analizie, algebrze liniowej, topologii, teorii mnogości i logice, o moich wykładowcach na UJ! To naprawdę wielkie nazwiska.
Profesor Bolesław Szafirski (analiza matematyczna), dr Grell, (wykładany przez niego przedmiot nazywaliśmy grellizną, tak bardzo wydawało nam się to abstrakcyjne) także dr Gancarzewicz i dr Łuczyński.
Te pierwszy często w swoich wykładach używał określenia „delikatny moment”, czy „delikatne przejście”. Oznaczało to taki punkt rozumowania, na który należało zwrócić uwagę, bo był nieoczywisty, ale zasługiwał na podkreślenie z racji jego doniosłości, bo znacząco posuwał to rozumowanie do przodu. Czasem chodziło o moment, w którym można było w pośpiechu, bez dokładnej analizy wyciągnąć pochopnie niepoprawny wniosek.
Dzisiaj podczas zajęć z moimi uczniami w podobnych sytuacjach używam identycznego określenia, a niedawno zdałam sobie sprawę z faktu, iż tłumacząc problem czy prowadząc wywód podświadomie podobnie moduluję głos, moje wypowiedzi mają podobną melodykę.
Mam też wrażenie, iż moi nauczyciele akademiccy, szczególnie ci dwaj pierwsi z wymienionych, nauczyli mnie swobody w operowaniu matematycznymi pojęciami, jakby to był chleb czy zupa, takiego luzu w opowiadaniu o ich związkach, wzajemnej zależności i przekształceniach jakbym mówiła o krojeniu chleba czy gotowaniu zupy.
Dzięki nim cała matematyka, niezależnie czy algebra liniowa, zaawansowana analiza matematyczna czy jeszcze coś innego, stawały się nie tylko proste i poukładane – ale i piękne.
Przekonali mnie – iż matematyka stanowi misterną kontrukcję pojęć i ich powiązań, iż w cudownie logiczny sposób wszystko się ze wszystkim wiąże i wzajemnie przenika.
Ogarnięcie tej konstrukcji to nie tylko świetne ćwiczenie dla mózgu, ale to coś zbliżonego do medytacji, coś, co uczy, jak uporządkować i poukładać sobie swój wewnętrzny świat i swoje wewnętrzne „ja”.
Tak rozumiana matematyka pomaga też w ułożeniu relacji z naszym zewnętrzem, z otaczającą rzeczywistością. choćby zdając sobie sprawę z nikłego wpływu na tę rzeczywistość, pomaga w budowaniu i trwaniu w relacjach z innymi ludźmi, bo jeżeli choćby świata nie zmienimy, nie naprawimy – to możemy zmienić świat jednej czy kilku osób czy stworzeń.
Matematyka w konsekwencji dała mi więc wewnętrzny spokój, zbudowała w środku mnie ład i porządek, świadomość celu i drogi, która do niego prowadzi.
To wszystko, o czym piszę, zawdzięczam swoim nauczycielom, nie tylko tym, wspomnianym w tekście, ale przede wszystkim im właśnie.
Nigdy nie miałam okazji im za to podziękować, dziś choćby z żalem stwierdzam, iż nie mogę tego naprawić, nie zdążyłam.
Ale mogę zrobić jedno, na bank i nie chodzi tu o jakąś wiązankę w okolicy 1 listopada.
Mogę obiecać sobie i Wam, iż nie ustanę w wysiłkach, by chociaż w części być tak dobrym nauczycielem jak oni, prawdziwym przewodnikiem w skomplikowanym świecie liczb, funkcji, pochodnych i całek, dystrybuant i macierzy… sprawiać, iż i moim uczniom ten cały skomplikowany świat zacznie układać się w sensowną całość i logiczną, piękną konstrukcję.
Tak mi dopomóż Gauss, Lebnitz i Euler 🙂

Idź do oryginalnego materiału