Nie chcę być mamą! Chcę wyjść z domu! szepnęła mi w półśnie moja córka.
Wszystko zaczęło się, kiedy moja córka, Jagoda, zaszła w ciążę, mając ledwie piętnaście lat. Przez miesiące trzymała swój sekret głęboko zakopany, w zakamarkach snów i cichych poranków. Ja i mój mąż, Wojciech, dowiedzieliśmy się przypadkiem, gdy już brzuszek falował jak Wisła podczas powodzi piąty miesiąc. O czymś takim jak aborcja nie było choćby mowy, jakby to słowo nie istniało w naszym słowniku.
Ojciec dziecka jawił się jak postać z bajki opowiadanej po ciemku, bez twarzy i głosu. Jagoda wymieniała tylko liczby: może siedemnaście, może osiemnaście, a może choćby dziewiętnaście lat? Twierdziła, iż widywali się krótko trzy miesiące i basta po czym rozsypali się jak pierniki przy choince.
Wojciech i ja poczuliśmy się, jakbyśmy nagle wpadli do nieskończonej mgły. Wiedzieliśmy, iż będzie nam bardzo trudno, iż czeka nas wędrówka tunelami bez okien, ale przecież nie mogliśmy wrócić do wczoraj. Jagoda opowiadała o tym dziecku jak o prezentach pod opłatkiem Chcę być mamą, będę wspaniałą mamą. Wiedziałam, iż te słowa są jak cienie na ścianie, bez ciężaru i kształtu.
Kiedy świat przechylił się na drugą stronę i minęły kolejne miesiące, Jagoda urodziła syna. Zdrowy, silny jakby ktoś uplotł go z maku i rosy. Poród był trudny, prawie nierzeczywisty, a potem bardzo długo wracała do siebie, cztery miesiące błądzenia po zamglonym lesie bólu. Oczywiście wiedziałam, iż beze mnie nie da rady, więc rzuciłam pracę w piekarni i został mi tylko mój dom, Jagoda, i nasz wnuczek.
Kiedy nabrała sił, Jagoda zaczęła unikać syna jak kota na śniegu. W nocy spała głęboko, w dzień wycofywała się w siebie, a ja zostawałam z nim sama, śpiewając mu stare kołysanki o zielonych konikach z Krakowa. Prosiłam ją, tłumaczyłam z każdą cierpliwością matki, w końcu krzyczałam w rozpaczy. I wtedy, któregoś dnia, usłyszałam:
Wiem, iż go kochasz. Zrób z nim, co chcesz! Może zostań jego mamą? Ja wolę być siostrą. Życie czeka! Chcę słuchać muzyki z dziewczynami, iść na potańcówki nad Wisłą, bawić się! jej głos był daleki, senny.
Myślałam, iż dopadła ją melancholia posępna, powolna jak listopad. Ale doktorka powiedziała: to nie depresja. To brak uczuć do dziecka, taka dziwna pustka.
Podjęliśmy z Wojciechem wielką decyzję jakbyśmy mieli przesadzić drzewo z jednego brzegu Bugu na drugi. Zostaliśmy opiekunami wnuka, a Jagoda stała się dla nas cichym cieniem. Znikała nocami w betonowych zaułkach Warszawy, wracała o świcie z zimną kawą w dłoniach. Dziecko stawało się dla niej kimś obcym.
Tak żyliśmy zawieszeni, z zegarem bez wskazówek, przez kolejne lata. Wnuk wyrósł na ruchliwego, sprytnego chłopca. W ciągu dwóch lat zmieniał się jak pory roku chodził, mówił, śmiał się do słońca wpadającego do kuchni przez stare firanki. Lubił, gdy Jagoda wracała; zrywał się wtedy jak wiatr, wpadał w jej ramiona, szepcząc zagadkowe historie o smokach i jeżach.
I coś się w niej wtedy rozjaśniło. Jagoda zaczęła powoli wracać do nas przez mgłę: tuliła synka mocno do siebie, całowała i śniła z nim razem kolorowe sny. Teraz całe dni poświęca tylko jemu, jakby nadrabiała czas zatracony w labiryncie ulic i neonów. Często mówi szeptem:
Jestem najszczęśliwsza, iż mam syna. Jest dla mnie jak złoty pierścień z legendy. Nigdy nikomu go nie oddam, choćby przyszedł sam król!
Z Wojciechem patrzymy na nich jak na obraz rozmyty, a zarazem najprawdziwszy. W końcu w naszym domu nastał spokój, taki ciszy, która śni się długo po przebudzeniu.









