Nie była im matką, tej piątce Ale czy ktoś odważyłby się to powiedzieć
Eugeniusz został sam. Żona nie podźwignęła się po ostatnim porodzie.
Pięć chłopaków zostało co miał robić? Najstarszy, Krzysiek, miał dziewięć lat. Wojtkowi było siedem. Bliźniaki, Marek i Jarek, mieli po cztery. A najmłodsza, długo wyczekiwana córeczka, Ania zaledwie trzy miesiące.
Nie ma czasu w rozpacz, gdy dzieci proszą o jedzenie. A gdy już wszystkie zasną, o północy Eugeniusz siada w kuchni, pali papierosa
Z początku jakoś sobie radził sam. Potem przyjechała szwagierka, trochę pomogła. Dalej nie było nikogo. Chciała zabrać Marka i Jarka mówiąc, iż będzie mu lżej. Później przychodzili też ludzie z opieki społecznej.
Proponowali oddać dzieci do domu dziecka. Eugeniusz choćby słuchać o tym nie chciał. Jak to oddać własne dzieci? Jakby potem miał żyć. Ciężko? Owszem. Ale co robić? Rosną powoli, i jakoś wyrosną.
Starszym czasem zdążył sprawdzić lekcje. Z Anią było najwięcej kłopotu, to oczywiste. Ale Krzyś i Wojtek jakoś pomagali.
Pielęgniarka środowiskowa, Nina Stanisławówna, często przychodziła, doglądała. Pewnego dnia obiecała Eugeniuszowi znaleźć niańkę. Mężczyźnie z niemowlęciem trudno. Powiedziała, iż dziewczyna dobra, pracowita. W szpitalu jako pomocnica.
Własnych dzieci nie miała, nie zamężna. Ale wychowywała rodzeństwo pochodziła z dużej rodziny, ze wsi obok. Tak w ich domu pojawiła się Lucyna.
Niska, krępa, z okrągłą twarzą i staroświeckim warkoczem sięgającym pasa. I milcząca. Nie powie słowa za dużo. A jednak wszystko się zmieniło. Dom zajaśniał wszystko umyte, lśniące.
Dziecięce ubrania połatała, wyprasowała. Z Anią zdążyła, i obiad ugotować, i podwieczorek. W szkole i przedszkolu gwałtownie zauważyli zmianę. Dzieci czyste, zadbane, guziki przyszyte adekwatną nitką, łokcie nie przedarte.
Pewnego dnia Ania zachorowała, gorączkowała. Lekarka powiedziała, iż wyzdrowieje, jeżeli będzie opieka. Lucyna noce przesiedziała przy niej, sama się nie kładąc. Wychowała dziewczynkę. I tak już została w domu Eugeniusza
Młodsi zaczęli nazywać ją mamą zatęsknili za matczyną czułością. A Lucyna nie skąpiła im ciepła. Pochwali, pogłaszcze po głowie. Przytuli. Jakże inaczej?
Starsi, Krzysiek i Wojtek, z początku się boczyli, nie nazywali jej wcale. Potem mówili po prostu Lucyna. Ani niania, ani mama po imieniu. By pamiętać, iż mieli swoją matkę No i wiekiem ledwie nadawała się na ich mamę.
Rodzina Lucyny była przeciw.
Po co sobie taki ciężar na kark wieszasz? Chłopców we wsi brak?
Chłopcy są odpowiedziała ale żal mi Eugeniusza A dzieci już się przyzwyczaiły
Tak żyli. Piętnaście lat minęło jak sen. Dzieci się uczyły, rosły. Nie zawsze gładko bywały i wybryki. Eugeniusz gniewał się, po pas sięgał. A Lucyna go powstrzymywała: Poczekaj, ojcze, najpierw wyjaśnijmy
Kłócili się, godzili. Na wsi nikt już nie mówił na nią Lucyna. Nazywano ją Ludmiłą Stanisławówną, szanowano. Krzysiek w tym roku ożenił się, pierwszego dziecka wyglądali.
Młodzi mieszkali osobno, Krzysiek pracował w PGR-ze. Nie byle jak co roku nagrody, pochwały. Wojtek w mieście kończył studia Lucyna szczególnie nim się chwaliła: Syn inżynierem będzie.
Wszystko razem robili i psocili w dzieciństwie, i stawali za sobą murem. Ania poszła do dziewiątej klasy też dumna Lucyny. Śpiewała, tańczyła, na żadnym weselu bez niej się nie obeszło.
A Eugeniusz po raz kolejny myślał, jak dobrze Nina Stanisławówna żonę mu wybrała
Tego lata Lucyna poczuła, iż coś jest nie tak. Nigdy nie chorowała, a tu nagle w oczach ciemno, mdłości
Eugeniusza z papierosem przeganiała z domu źle się czuła. Myślała, iż przejdzie. Nie przeszło. Poszła do lekarza.
Wróciła cicha, zamyślona. Na pytania Eugeniusza machnęła ręką: Głupstwa, wszystko w porządku.
Ale wieczorem, gdy wszyscy zasnęli, zawołała go na ganek.
Usiądź, ojcze musimy pogadać Wiesz, co mi lekarz powiedział? Będę miała dziecko Za późno już cokolwiek robić, trzeba zostawić Zakryła twarz rękami. Wstyd, taki wstyd
Eugeniusz tylko się zdziwił. Tyle lat nic, i nagle
Jaki wstyd, matko? Starsze już prawie pouciekały, we dwoje zostaniemy? Widzisz, natura dobrze wiedziała! Przygotujemy się!
Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu jeszcze to
Jaka stara? Trzydzieści dziewięć, to przecież nic!
Boże, nie wiem, co robić
Dobrze. Ja im powiem. Jutro, jak wszyscy będą.
I powiedział. Gdy zasiedli do stołu, oznajmił: Moje drogie dzieci, niedługo będziecie mieli brata. Albo siostrę. Ot, tak.
Lucyna spuściła głowę, w talerzu coś wypatrywała, zaczerwieniona aż po łzy.
Krzysiek, który akurat z żoną był u nich w odwiedzinach, tylko się zaśmiał:
Super, mamo! Brawo! Razem z moim niech rodzą! Będą mieli towarzystwo!
Marek też się ucieszył:
No dalej, mamo! Brakuje nam jeszcze brata!
A Jarek zaprotestował:
Nie Dziewczynkę. Chłopaków u nas pełno, a dziewczynka jedna. Rozpieszczona księżniczka
Ania tylko spojrzała na niego.
Rozpieszczona Ty rozpieszczałeś? Oczywiście, dziewczynkę, mamo! Będę jej wiązała kokardy, kupimy ładne sukienki!
Sukienki Lalka ci? wtrącił Wojtek. Dziecko trzeba wychować pouczył.
Wychowamy powiedział Eugeniusz.
A Lucyna wciąż się wstydziła, zasłaniała rosnący brzuch chustą, a w upał narzucała płaszcz, jakby było jej zimno.
Miesiące mijały. Cieszyli się już pierwszemu dziecku Krzysztofa chłopcu! Wojtek wyjechał na studia, wakacje się skończyły. Marek i Jarek też odjechali poszli do technikum rolniczego.
Ania















