Bez winy
Maja od pięciu lat była sierotą. Najpierw zachorowała i odeszła matka Ania, zaraz później pożegnała się na zawsze z ojcem Janem. Po pół roku odszedł już dziadek, a babcia Stanisława przeżyła najbliższą rodzinę jeszcze rok.
Mają przygarnęła ciotka Zofia, mieszkająca w odległej wiosce na Kujawach, samotnie wychowująca troje własnych dzieci. W domu Zofii nie było słodko ciotka nie czuła litości ani dla własnych pociech, często przeklinała, iż co stoi pod słońcem, to niech się trzyma, i biła bez litości. Czasem jednak opłakiwała się przed ikonami, łza za łzą. Zrozpaczone dzieci podchodziły ostrożnie do mamy, przytulały i żałowały ją. Przez chwilę w domu utrzymywał się kruchy pokój.
Maja trzymała się na uboczu, obawiając się gniewnej ręki ciotki. Marzyła, by jak najszybciej dorosnąć i wyrwać się z tego domu. Często wspominała rodzinę, w której panowały miłość i zrozumienie.
Mój drogi, czy naprawdę odejdziesz po mnie? szlochając, chorująca matka głaskała Maję po główce, czując, iż jej odejście jest nieuchronne. Tak upłynęły lata.
Kiedy Maja skończyła osiemnaście, pożegnała się z Zofią i jej dziećmi z ulgą. Nie miała pojęcia, gdzie uda się dalej liczyło się jedynie zerwanie z nienawistnym domem i jego mieszkańcami. Powróciła do miasta, z którego kiedyś odjechała, do Warszawy, którą kojarzyła jako miejsce słodszego powietrza, jaśniejszych gwiazd i serdeczniejszych ludzi. Wróciła do przytulnego mieszkania, w którym niegdyś dzieliła życie z najbliższymi. Wszystko było znajome, a zapach przypominał jej beztroskie lata dzieciństwa. Ciotka przez te lata wynajmowała mieszkanie innym najemcom.
Maja podjęła pracę jako kelnerka w kawiarni. Obfite napiwki, natarczywi podrywacze, szampan lejący się strumieniami… Jak nie poddać się temu wirowi namiętności? Młode życie zakręciło się jak karuzela.
Po roku Maja znalazła się sama z noworodkiem w ramionach. Musiała wrócić do wioski, do Zofii. Ciotka nie szczędziła słów: Nie zdążyłaś jeszcze zeskoczyć z progu, a już w nosie nosisz dziecko! Mimo to przyjęła Maję i natychmiast zaproponowała ochrzcznięcie dziewczynki w miejscowym kościele. Niech anioł stróż rozpostrze skrzydła nad tą małą. Nazwała ją Wera.
Maja płakała dniami i nocami. Czuła, iż jej młode życie zostało skazane na zagładę. Na szczęście w wsi nie brakowało pracy zawsze coś do zrobienia. Po pewnym czasie uspokoiła się, ale nie zapomniała o marzeniu o ucieczce z wsi. Gdy Wera urosła, Maja znów myślała o odejściu. Zofia dała jej przestrogę: Patrz, córeczko, drogi łatwe wiodą do przepaści. Wybieraj ludzi mądrze.
W Warszawie Maja zapisała córeczkę do przedszkola, a sama podjęła pracę jako pomoc domowa u arabskiego handlarza, który sprzedawał słodkości na bazarze. Andrzej, właściciel stoiska, obdarzał Maję niejasnymi zalotami, obiecywał małżeństwo, wyjazd na rodzinne ziemie, poznanie krewnych. Maja, pewna przyszłości, urodziła kolejną córkę, którą Andrzej chciał nazwać Jasna, na cześć swojej matki.
Wkrótce nowy ojciec zaczął unikać Mai, a potem zwolnił ją i zerwał wszelkie kontakty. Maja nie chciała już niepokoić Zofii byłoby wstydem przyjść z dwójką półsierot. Boże, po co ja z bagna w bagno skaczę? gniewała się na siebie. Postanowiła wydostać się z tej sytuacji sama.
Jedynemu Bogu znał ból młodej kobiety. Gdy ręce opadały, chciało się krzyczeć z samotności. Maja często przywoływała słowa ciotki: Jesteś teraz bez rodu, bez plemienia. Pokładaj nadzieję w sobie, a może promień słońca zajrzy w twoje okno. Choć Zofia była trudna, stała się dla Mai przykładem wytrwałości samotnie wychowała własne dzieci i przygarnęła sierotę, mimo iż rodzina była obok. Dopiero później Maja mogła naprawdę zrozumieć i nie osądzać tej kobiety.
Przez lata Maja stała się ostrożna w relacjach adekwatnie ich nie było. Dzieci rosły, a obowiązków wciąż więcej. Maja postawiła na własnych barkach ciężki krzyż, nazywając swój los gorzkną goryczką. W wieku trzydziestu siedmiu los przyniósł jej spotkanie.
Walerian zauważył Maję w domu wypoczynkowym. Podobało mu się, jak troszczy się o córki, jak rozmawia z nimi, jak uśmiecha się i jak od czasu do czasu zatrzymuje go spojrzenie. Tak więc Walerian i Maja się poznali.
Już pierwszego wieczoru Maja otwarcie opowiedziała mu o trudnym życiu. Chciała po prostu wylać serce, nie bacząc, kto słucha. Walerian słuchał uważnie, kiwając głową. Po jej wyznaniu powiedział: Majo, wyjdź za mnie za mąż. Nie pożałujesz. I tak zostali małżeństwem.
Wera i Jasna polubiły Waleriana, który ich szczerze pokochał. Walerian adorował Maję, otaczając ją jak pszczoła kwiat. Maja była jednak ostrożna, nie ufała już tak łatwo. Bała się spalić po raz kolejny, pamięć o dawnych błędach trzymała ją w kajdanach. Nie okazywała uczuć Walerianowi, twierdząc, iż jako żona jest wystarczająco dobra: Mąż nakarmiony, ubrany, co jeszcze?
Walerian co jakiś czas sugerował wspólne dziecko, ale Maja ignorowała te podpowiedzi, mówiąc: Zostawmy już córki. Pewnego razu, rozgniewany, wykrzyknął: Królowo śniegu, spojrzyj choć raz na mnie! Maja odparła obojętnie: Co ty, jakbyś miał wieszak na kury? Nie płaczę, niech ich zabierają.
Pewnego dnia wróciła do domu i nie znalazła rzeczy Waleriana odszedł na zawsze. Co mu brakowało? zastanawiała się Maja. Na początku cieszyła się z życia w wolności: jedzenia bez umiaru, spania kiedy chce, braku krytyki za brudne naczynia czy nieprane skarpety. Wolność była słodka.
Lata minęły, córki wyszły za mąż, opuściły rodzinny gniazdo i założyły własne. Maja została sama, z własną wolnością i wspomnieniami. W sercu rozgorzało pragnienie ponownego spotkania z Walerianem do bólu, do krzyku, do płaczu. Minęło dwadzieścia lat. Chciała choć jeden raz zobaczyć, jak mu się żyje. Wszystko pamiętam, jakby wczoraj, myślała.
Poprzez wspólnych znajomych dowiedziała się, gdzie mieszka Walerian w podwarszawskiej dzielnicy. Postanowiła pojechać w gościnę. jeżeli spotkam żonę, udam się za dalszą krewną, przygotowała scenariusz i ruszyła w drogę.
Bramę otworzyła kobieta w około czterdziestu pięciu latach. Kogo szukacie? zdziwiła się właścicielka. Dzień dobry, czy Walerian mieszka tutaj? zapytała Maja niepewnie. Mieszkał A wy kim mu jesteście? dopytała. Jestem kuzynką, Anią wymyśliła Maja w biegu. Witam, nazywam się Ludmiła, jego wdowa przywitała się kobieta, zapraszając Maję do domu.
Mają słabnąły nogi, poczuła się słabo. Ludmiła podniosła ją na ręce, położyła na łóżku, podała szklankę wody. Kiedy to się stało? szeptała Maja. Rok temu. Walerian bardzo chorował. Miał tajemnicę kochał kobietę, którą ukrywał. Ludmiła opowiadała o zdradzie, o żalu, o braku dzieci. Kiedy go odwiedziłam, chciała mnie uratować. Nie umiałam już kochać, bo byłam sierotą od pięciu lat, a ciotka przygarnęła mnie w wiosce. Żyłam w ciągłym biegu, nie wierzyłam nikomu wyznała Maja.
Byłaś dla niego jak świętość! Gdybyś przyjechała rok wcześniej, może wyzdrowiałby płakała Ludmiła. Słyszałam, iż jesteś niewinna, nie znałaś miłości w dzieciństwie. Maja wzruszona pokręciła głową. Kobiety objęły się jak siostry, a łzy ponownie popłynęły.















