Nikom nie oddam. Opowieść.
Ojczym nigdy ich nie krzywdził. Nie wytykał, iż jedzą jego chleb, nie krzyczał z powodu szkoły, tylko czasem podnosił głos, gdy Zuzanna wracała później niż powinno.
Obiecałem twojej matce, iż cię przypilnuję! krzyczał za każdym razem, gdy Zuzanna nieśmiało próbowała tłumaczyć, iż przecież jest już pełnoletnia. I to ja wiem, co ci wolno, a czego nie! Pełnoletnia, ha! Myślisz, iż jak zdałaś maturę, to już możesz wszystko? Najpierw znajdź sobie porządną pracę, potem rób z siebie dorosłą!
Później, gdy ochłonął, mówił już łagodniej.
Porzuci cię, zobaczysz. Widziałem go, tego chłopaka, co cię podwozi. Auto wypasione, przystojniak na twarzy, po co mu taka zwyczajna dziewczyna jak ty, Zuzia? Będziesz potem płakać, zapamiętaj moje słowo.
Zuzanna nie wierzyła ojczymowi. Kuba był przystojny i studiował na trzecim roku Politechniki, płatnie, ale ona też chętnie by studiowała, gdyby ją było stać. Z maturą nie przeszła konkursu, na technikum się nie zdecydowała, więc rozdawała ulotki, roznosiła gazetki, a czas wolny spędzała na nauce do kolejnego egzaminu. Właśnie wtedy poznała Kubę podała mu ulotkę, on wziął jedną, drugą, trzecią i zapytał:
Dziewczyno, może tak biorę wszystkie ulotki, a ty idziesz z nami do kawiarni?
Nie wiedzieć czemu się zgodziła. Ulotki nie wyrzucała w tej dzielnicy, tylko wepchnęła do plecaka, a potem po drodze wrzuciła do zsypu, kiedy wracała z kawiarni.
W kawiarni Kuba przedstawił ją swoim znajomym, częstował pizzą i lodami. Ona i Ola, jej młodsza siostra, jadły takie rarytasy tylko w dniu urodzin pieniędzy nie miały, a ojczym nie pozwalał wydawać z renty po mamie, tylko powtarzał, żeby zbierała na czarną godzinę, gdyby jemu coś się stało.
Tak naprawdę zarabiał przecież normalnie, ale połowę pensji szła na wiecznie psującą się skodę, a druga połowa przeważnie przegrywał w totolotka. Zuzanna nie narzekała dobrze, iż nie wyrzucił ich z mieszkania; mieszkanie było jego, bo musieli sprzedać to od mamy, gdy zachorowała. Oczywiście, marzyła o czekoladzie, pizzy, słodkiej lemoniadzie, ale jeżeli już coś trafiało się lepszego, oddawała wszystko Oli. choćby w Kawiarni spytała Kubę, czy może dostać kawałek pizzy na wynos dla siostry? Tak się jej wtedy przyjrzał, zdziwiony. A na koniec kupił całą pizzę na wynos i wielką czekoladę z orzechami.
Na darmo ojczym myślał, iż Kuba ją skrzywdzi. On był dobry. Przy nim Zuzanna ostro czuła swoje braki, jeszcze pilniej uczyła się do egzaminów, zatrudniła się jako kasjerka w Biedronce, a tam dobrze płacili: mogła kupić sobie porządne dżinsy, zrobić fryzurę u prawdziwej fryzjerki, żeby Kuba się z niej nie wstydził.
Gdy pierwszy raz zaprosił ją na działkę, wiedziała już, co się wydarzy, ale nie bała się już dorosła była. Oni się kochali. Tylko bała się, iż ojczym nie puści, ale on zaczął sam wracać późno, a czasem wcale. Zuzanna wiedziała, gdzie nocuje u pani Lucyny, pielęgniarki z ich przychodni, od dawna się do niej uśmiechał, a ona nie chciała wiązać się z facetem, który ma dwie córki po pierwszej żonie; sama była już rozwiedziona, długo się wahała, ale w końcu uległa jego niezgrabnym zalotom.
Zyskała na tym Zuzanna, tylko Ola płakała, iż zostaje sama na noc, ale siostra przyniosła jej czekoladę, chipsy i colę, więc się w końcu pogodziła.
Że jest w ciąży, Zuzanna odkryła późno. Cykl miała od zawsze nieregularny, zresztą nikt jej nie uczył, by go pilnować. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika Nowak, zagadnęła żartem:
Coś blada, coś okrąglejsza może w ciąży?
Zaśmiały się, ale tego samego wieczoru Zuzanna kupiła test. Gdy zobaczyła dwie kreski nie wierzyła. Niemożliwe!
Kuba się nie ucieszył. Powiedział, iż to nie w porę i wcisnął jej kilkaset złotych na lekarza. Zuzanna przepłakała noc, ale poszła. Okazało się, iż już za późno szesnasty tydzień. Tak, to wtedy na działce. A ona myślała, iż za pierwszym razem nie można…
Przez jakiś czas udawało się ukryć przed ojczymem, ale brzuch rósł. Trzeba się było przyznać.
Ależ krzyczał!
A gdzie ten twój chłopak? Zamierza się z tobą żenić?
Zuzanna zamilkła. Kubę nie widziała już od miesiąca, jak się dowiedział, iż trzeba urodzić, to przepadł.
No jasne mruknął ojczym. Przecież ci mówiłem
Nie od razu powiedział, co dalej. Pewnie radził się pani Lucyny.
Skoro już tak się stało urodź. Ale oddasz w szpitalu, nie potrzebuję kolejnej gęby. Sprawa jest poważna Żenię się, Zuzia. Lucyna też w ciąży. Bliźniaki. Rozumiesz, troje niemowląt w jednym domu to za dużo.
Czyli ona będzie tu mieszkać? zdziwiła się Zuzanna.
A gdzie? Teraz będzie moją żoną, to gdzie ma żyć?
Wydawało się, iż żartuje. Ale nie. Codziennie o tym mówił, groził, iż je z Oli wyrzuci z mieszkania, jeżeli Zuzanna zjawi się z dzieckiem. Wiedziała, iż powtarza tylko, co nastawiła mu Lucyna, ale nie zmieniało to faktu nie potrafiła porzucić dziecka.
Nie martw się powiedziała pani Lucyna. Takie dzieci gwałtownie adoptują, pokochają jak swoje.
Zuzanna płakała, dzwoniła do Kuby, próbowała znaleźć sposób, jak żyć z siostrą i niemowlęciem, ale nie wymyśliła nic. Wtedy jednego dnia pani Weronika Nowak wskazała jej małżeństwo, które stało w kolejce:
Patrz, tyle lat minęło, a oni przez cały czas chodzą w czerni. Całe życie oddali żałobie, nie wiem Mogliby urodzić drugie albo zaadoptować.
Zuzanna znała tę parę często ich widywała razem i osobno. Zawsze grzeczni, twarze przyjazne, chociaż smutne. Nie wiedziała jednak, co u nich się wydarzyło.
Ich córka zginęła, pamiętasz? Głośna sprawa była autokar z dziećmi się rozbił. Jechali na wycieczkę do Krakowa, kierowca zasnął chyba. Zginął, jak i ta dziewczyna. Szkoda jej. Porządni ludzie on lekarz, ona anglistka. Mieszkałam z nimi w bloku, jak miałam jeszcze męża. Wszyscy chodzili do nich, przynosili jej figurki aniołków Wyobraź sobie, córka z wycieczki kupiła aniołka, trzymała go w ręku. Ledwo z wraku wyciągnęli. Ktoś pierwszy domyślił się, by przynieść jej figurkę, a potem inni. Bałam się, iż ją to pogrąży, ale wręcz przeciwnie chyba jej pomagało.
Zuzanna kiedyś widziała w filmie, jak młoda kobieta oddaje dziecko nieznanemu małżeństwu, które nie mogło mieć dzieci. Wiedziała, iż para ta mogłaby, a pewnie choćby nie chce, ale cały czas o nich myślała. Była już w ósmym miesiącu, dalej pracowała bała się stracić pracę i akurat para stanęła przy jej kasie. Mężczyzna zapytał żartem:
Miła dziewczyno, czy już pora na urlop macierzyński? Zaraz urodzisz na kasie!
Zuzanna nie narzekała, ale coraz trudniej jej było przenosić się z nogi na nogę. Plecy bolały, żołądek palił, nogi puchły. Nikt nigdy nie pytał, czy daje radę, tylko lekarka z przychodni ganiła to się nie liczy. Troska tego obcego była tak wzruszająca, iż oczy jej zalały się łzami tak było coraz częściej.
Dwa dni później, gdy wracała z zakupami, minął ją mężczyzna z tej pary, zaproponował pomoc. Było jej dziwnie, ale też serdecznie. Pomyślała, iż to naprawdę dobry człowiek.
Aniołka zobaczyła w sklepowej witrynie, w wyprzedaży lato w pełni, więc szklane figurki nie schodziły. Zuzanna kupiła, a potem poprosiła panią Weronikę Nowak o adres tej pary i poszła.
Już naciskając dzwonek, przestraszyła się może to nie na miejscu, przecież minęło tyle lat? Może nikt już nie przynosi im aniołków?
Drzwi otworzyła kobieta. Poznała ją od razu brwi podniosły się w zdziwieniu. Zuzanna pośpiesznie podała figurkę, schylając głowę spodziewała się, iż kobieta zatrzaśnie drzwi lub przegoni ją z krzykiem.
Jednak nie. Kobieta uśmiechnęła się łagodnie.
Wejdź. Napijesz się herbaty?
Przy herbacie opowiedziała jej własną wersję historii, którą Zuzanna słyszała od pani Weroniki, ale teraz wszystko zabrzmiało jeszcze boleśniej.
Dlaczego nie urodziłaś więcej dzieci? zapytała Zuzanna prawie szeptem.
Miałam ciężki poród. Musieli usunąć mi macicę. Nigdy nie mogłam już urodzić.
Zawstydziła się jakie ma prawo pytać o takie sprawy? Chciała zapytać o adopcję, ale głos jej zamarł.
Myśleliśmy o adopcji odpowiedziała kobieta, jakby czytała w myślach. Przeszliśmy choćby kurs dla rodziców adopcyjnych. Ale w ostatniej chwili nie umiałam się zdecydować. Prosiłam córkę: daj mi znak. Nic się nie stało, zupełnie nic.
W tym momencie w pokoju za ścianą zabrzmiał dźwięk jakby szklanka spadła na podłogę. Kobieta drgnęła, a Zuzanna spojrzała w tamtą stronę sądziła, iż w mieszkaniu jest tylko ona.
Obie przeszły do salonu. Bała się, iż będzie tam coś na kształt grobowca ciemno, wszędzie świece i fotografie. Ale nie: tylko jedno zdjęcie, jasny pokój, figurki aniołków. Jedna z nich leżała na podłodze rozbita. Kobieta zebrała części, długo je oglądała, potem dziwnym głosem powiedziała:
To tamta figurka. Jej.
Policzki Zuzanny zapłonęły. Co to, jeżeli nie znak?
Dziewczynka urodziła się o czasie. Pani Lucyna mieszkała u nich już od dawna, swoje bliźniaki urodziła przed terminem. Dzieci leżały w szpitalu, lada dzień miały być wypisane, łóżeczka już czekały dwa białe, eleganckie, z kokosowymi materacami. Dla dziecka Zuzanny nikt nie kupował nic, miała je zostawić w szpitalu. Tylko Ola, po cichu wieczorami pytała:
A nie można jej schować gdzieś? Żeby nie wiedzieli, iż jest, twoja córeczka. Pomogę ci.
Te słowa raniły najgłębiej, ale przy siostrze Zuzanna tłumiła łzy.
Treść listu dla pary przemyślała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowe, nie muszą się bać. I przypomniała o znaku rozbitej figurce. Do koperty włożyła wszystkie odłożone przez siebie pieniądze, rentę po mamie. Powinno wystarczyć to dobrzy ludzie.
Ze szpitala wychodzili rano, ale podrzucić dziecko w biały dzień to było straszne. Przesiedziała cały dzień w Złotych Tarasach, choć bolały ją nogi, a głowa się kręciła. Dla córeczki musiała znaleźć jej rodzinę.
Gdy centrum handlowe zamknęli, jeszcze godzinę siedziała na ławce, szczęście, iż było ciepło. Dopiero po zmroku poszła do kamienicy, przemknęła do klatki, gdy wychodził mężczyzna z psem na nocny spacer.
Córeczkę trzymała w nosidełku, kupiła je za swoje pieniądze, poprosiła panią Weronikę, by przyniosła je do wypisu ze szpitala. Nie dopytywała. Teraz, stawiając nosidełko tak, żeby drzwi go nie potrąciły, wsunęła pod koc kopertę z listem i pieniędzmi. Już miała zadzwonić i uciec, gdy drzwi nagle się otworzyły. Na progu mąż zmarłej dziewczynki.
Co tu kombinujesz?
Zuzanna aż podskoczyła ze strachu.
Wtedy zobaczył nosidełko.
Co to?
Łzy popłynęły same. Zuzanna opowiedziała wszystko o Kubie, który ją zostawił, ojczymie, który przez siedem lat utrzymywał ją i Olę, a teraz ożenił się i ma bliźniaki z Lucyną, oraz o tym, iż Lucyna wymogła, żeby Zuzanna napisała zrzeczenie w szpitalu.
Mężczyzna wysłuchał jej uważnie, w końcu powiedział:
Galina już śpi, nie będę jej budził. Rano pogadamy. Chodź, pościelę ci w salonie.
Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwnie. Ale Zuzanna zasnęła szybko, mocno tuląc córeczkę do piersi.
Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tym momencie zrozumiała, iż nigdy nie potrafi się z nią rozstać. Chciała biec, szukać, ratować ją…
Rzuciła się, ale zanim zdążyła zrobić krok, weszła Galina. W rękach trzymała dziewczynkę.
Masz, uśmiechnęła się. Trzeba ją nakarmić, uśpiłam trochę, chciałam dać ci odpocząć, ale długo się nie uda.
Gdy Zuzanna karmiła córeczkę, wstydziła się podnieść wzrok na Galinę. Co powiedział jej mąż? Czy już zdecydowali, iż adoptują dziewczynkę? Jak powiedzieć, iż się rozmyśliła?
Ile lat ma twoja siostra? nagle spytała Galina.
Dwanaście, odpowiedziała zaskoczona Zuzanna.
Myślisz, iż zgodzi się przenieść do nas?
To pytanie było tak dziwne, iż Zuzanna spojrzała na Galinę.
Co? nie rozumiała.
Sławek opowiedział mi wszystko. Nie macie się gdzie podziać, ojczym was wypędza. Pomyślałam, iż jeżeli twoja siostra zostanie, zrobią z niej służącą. Niech zamieszka u nas.
Co znaczy też? jąkała się Zuzanna.
Galina skinęła głową w stronę figurki przy fotografii sklejona, wyglądała dziwnie, ale dało się ją rozpoznać.
Myślę, iż to był znak. Powinniśmy wam pomóc, powiedziała po prostu. Miejsca mamy sporo, zamieszkajcie z nami. Pomogę ci z dziewczynką. A głupoty o porzuceniu zostaw. Nie wolno rozdzielać matki i dziecka.
Zuzannie zrobiło się tak lekko i tak wstyd, iż znowu spaliły ją policzki.
Więc zgadzasz się?
Zuzanna kiwała głową, wciskając twarz w miękki koc córeczki, by Galina nie widziała jej łezZuzanna przez chwilę nie mogła wydusić słowa. Wpatrywała się w Galinę, potem na rozklejonego aniołka, potem na maleńką córeczkę, która wtuliła się w nią cała ufna i spokojna jakby wszystko od początku wiedziała. Drżały Jej dłonie, ale czułość rozgrzewała serce tak dawno już nie czuła, żeby ktoś chciał jej dobrze.
Tak tak, zgadzam się wyszeptała w końcu, bo żadne inne słowo nie wydawało się adekwatne.
Galina uśmiechnęła się szeroko, mocno ją przytuliła, a mała dziewczynka zaskomliła przez sen i wyciągnęła rączkę jakby chciała objąć je obie.
To dobrze, iż przyniosłaś tego aniołka powiedziała Galina, głaszcząc główkę Zuzanny. Wiesz, czasem potrzebny jest znak, żeby ktoś odważył się zacząć od nowa.
Dom nagle wydał się inny: jaśniejszy, cieplejszy; choćby figurki na półkach uśmiechały się blaskiem letniego poranka. A Zuzanna, trzymając córeczkę w ramionach, poczuła, iż oto po raz pierwszy w życiu nie jest sama nie odda już nikogo i niczego, bo znalazła miejsce, gdzie wszyscy się wzajemnie trzymają.
Chodźmy obudzić Olę zaproponowała Galina, wciąż obejmując Zuzannę ramieniem. Niech wie, iż już ma dom.
Za drzwiami poranek rozpalał miasto, a w środku Zuzanna czuła, iż i w niej pierwszy raz od dawna rozpala się światło. Takie, które nikomu już nie odda.









