Camp Pasikonie wyrósł z tęsknoty za wioską i marzenia o wakacjach jak w powieści Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Z inspiracji potrzebami Marty, samodzielnej mamy, powstało miejsce, do którego od lat wracają rodziny szukające nie idealnego wypoczynku, ale oddechu, wspólnoty i poczucia, iż nie trzeba wszystkiego dźwigać samemu. W Bazie Baranówka na skraju Puszczy Kampinoskiej dzieją się rzeczy proste, a przy tym magiczne: dzieci odzyskują wolność, dorośli schodzą z warty, a obcy ludzie po kilku dniach zaczynają działać jak najprawdziwsza wioska. O tym, czym jest Camp Pasikonie, dlaczego nie trzeba tam nikogo znać i co może się wydarzyć, kiedy rodzic wreszcie przestaje „ogarniać”, rozmawiamy z jego twórczynią Martą Sikorską.

fot. Monika Lęk
Skąd się wziął pomysł na Camp Pasikonie? Zrodził się bardziej z twojej potrzeby czy z obserwacji innych rodziców?
Pomysł wziął się z mojej potrzeby. To było dawno temu, w 2014 roku. Mój syn miał wtedy cztery lata, a ja byłam samodzielną mamą po rozwodzie. Mieszkałam na wsi, miałam konie i… ogromny deficyt społeczności. Wokół mnie nie było ludzi w moim wieku z małymi dziećmi, nie miałam „ekipy z piaskownicy”. Czułam się samotna, a każde wyjście z dzieckiem w przestrzeń publiczną wiązało się z ogromnym stresem. Ten wieczny lęk: jak ludzie na nas patrzą? Jak zareagują na ekspresję i emocje kilkulatka? Wakacje wcale tego napięcia nie zmniejszały. Pomyślałam więc, iż stworzę w Puszczy Kampinoskiej coś, co stanie się naszą własną „wioską”.
Co było pierwsze: wizja czy frustracja z powodu czegoś, czego brakowało?
Pewnie najpierw był ten deficyt, o którym powiedziałam wcześniej. Gdy pojawiła się wizja, to ona już zdecydowanie dominowała. Marzyłam o wakacjach jak z „Dzieci z Bullerbyn”. Chciałam sprawdzić, czy może być łatwiej. Czy mimo braku wspierającej społeczności na wyciągnięcie ręki mogę ją sobie po prostu… zwołać? To nie była analiza rynku, tylko wizjonerstwo i czysta energia działania. Wtedy uczyłam się też mediacji NVC [ang. nonviolent communication, porozumienie bez przemocy – przyp. red.]. W tym środowisku bardzo ważna jest społeczność i przekonanie, iż człowiek najlepiej uczy się i czuje, gdy jest częścią bezpiecznej grupy. To stało się fundamentem Campu Pasikonie.
Pamiętasz moment, w którym pomyślałaś: „OK, to nie jest tylko wyjazd, to jest coś większego”?
Zrozumiałam to, gdy uczestnicy dwóch pierwszych letnich campów zaczęli pytać o edycję zimową. A potem wrócili zimą i chcieli rezerwować kolejny pobyt latem. Ale był jeden konkretny moment: właścicielka ośrodka zadzwoniła, iż zwolnił się termin pod koniec wakacji i może nam go wynająć taniej. Napisałam do „moich” ludzi, iż możemy zrobić after camp – bez wielkiej organizacji, po prostu wspólnie pobyć. I oni przyjechali. Wtedy dotarło do mnie, iż zaspokajam potrzebę, której ludzie nie są w stanie zaspokoić sami. Że moja energia pomaga im się spotkać z czymś ważnym. Drugą istotną rzeczą było to, iż najlepsi eksperci w zakresie wspierania rodziców chcieli z nami współpracować. Pośród campowych trenerów byli – lub przez cały czas są – Gosia Stańczyk, Sylwia Włodarska, Agnieszka Stein, Małgosia Musiał, Anita Janeczek-Romanowska, Katarzyna Kalinowska, Anastazja Bernad. Szczególnie na początku zaangażowanie osób, po których wsparcie sama sięgałam, było dla mnie sygnałem, iż Camp Pasikonie to coś większego niż ja czy fundacja, to byt sam w sobie.
W opisie piszesz: „Camp jest dla Ciebie, jeżeli boisz się, iż nikogo nie znasz”. Dlaczego to właśnie ta osoba jest w centrum?
Wszyscy niby wiemy, iż rodzina nuklearna – rodzice plus dzieci – to za mało, by udźwignąć trud wychowania, opieki nad osobami od nas zależnymi i samego życia. Potrzebujemy wioski. A jednocześnie panicznie boimy się do niej wejść. Boimy się, iż inni już się znają, a my będziemy „poza”. Lęk przed wykluczeniem to jeden z naszych najsilniejszych lęków społecznych, ciągnący się od dzieciństwa. Nazywam to głośno na stronie Campu, bo wiem, iż nazwany lęk traci na sile. Chcę, żeby każda osoba wiedziała: twoja przynależność jest dla mnie priorytetem.

fot. Monika Lęk
Kto się tu szczególnie odnajdzie?
Osoby, które chcą w końcu przestać „trzymać sufit całego świata” i po prostu być ze swoim dzieckiem. Ludzie, dla których komfort psychiczny i spokój są ważniejsze niż sztywne zasady. Odnajdą się tu wszyscy ci, którzy nie chcą już płacić wysokiej ceny za odpoczynek. Tą ceną jest zwykle stres przed oceną innych, ciągłe kontrolowanie zachowań dziecka czy wysiłek włożony w staranie, by wszystkim dogodzić i by nikomu nie przeszkadzać. jeżeli czujesz, iż twój sposób budowania relacji ze światem i z dzieckiem jest „inny”, iż musisz odetchnąć od wymagań, to tutaj poczujesz, iż jesteś u siebie.
A kto raczej nie powinien przyjeżdżać?
Camp to nie jest miejsce dla wszystkich. Kto na będzie się tutaj po prostu męczył? Camp nie jest dla osób, które potrzebują absolutnej, sterylnej intymności. jeżeli ktoś nie wyobraża sobie tygodnia bez własnej, prywatnej łazienki i wizja korzystania ze wspólnych toalet sprawia, iż blokuje się fizycznie – u nas będzie cierpieć. To jest baza w lesie, tu są wspólne przestrzenie i bliskość innych ludzi jest nieunikniona.
Nie jest to też miejsce dla tych, którzy nie lubią ruchu. Baranówka to duży teren. Między domkiem, stołówką a salą warsztatową robi się dziennie tysiące kroków. Dla kogoś może to być po prostu męczące i irytujące doświadczenie.
Kto szuka wakacji, na których wszystko jest podane na tacy, dopięte na ostatni guzik i wystarczy tylko konsumować gotowy plan – to też nie u nas. Na Campie współtworzymy doświadczenie. Pytamy o zdanie, dajemy wybór, tablica „open space” czeka na inicjatywy. Oczywiście, można zrobić „fikołek myślowy”, trzymać się tylko śniadania, warsztatu i plaży, wybierać plan minimum, ale jeżeli kogoś drażni sama konieczność współdecydowania o rytmie dnia, to może się u nas poczuć zagubiony.
Na pewno osoby, które szukają absolutnej, krystalicznej ciszy. Umówmy się – na terenie bazy cały czas słychać jakieś dźwięki. choćby jeżeli dzieci akurat śpią, to puszcza żyje, ptaki koncertują, a ktoś właśnie odsuwa suwak i odkleja rzep przy wyjściu z domku. To nie jest miejsce na odosobnienie w milczeniu.
Nie odnajdą się tu również osoby, które nie lubią zabawy – ani w niej uczestniczyć, ani jej obserwować. Camp pulsuje radością, wygłupami i spontanicznymi akcjami. jeżeli czyjaś ekspresja i entuzjazm te osoby drażnią, będą przebodźcowane. I wreszcie – jeżeli kogoś przytłacza wielość możliwości i woli, gdy wybór jest ograniczony do jednej, słusznej drogi, to ta nasza campowa wolność i tablica pełna propozycji może go po prostu zmęczyć, zamiast zregenerować.
Na koniec: osoby, które liczą na cud albo jakiś konkretny scenariusz.
Czy częściej przyjeżdżają ludzie odważni, czy właśnie ci, którzy się trochę boją?
Moim zdaniem ci niepewni to właśnie ci najodważniejsi. Przecież nie da się być odważnym, nie bojąc się w ogóle. Najczęściej trafiają do nas osoby, które wątpią w to, czy mogą gdzieś bezpiecznie przynależeć albo czy konfiguracja, w jakiej działa ich rodzina, „mieści się” w jakiejś ogólnie przyjętej kategorii. Dostaję mnóstwo pytań: „Czy to wyjazd dla solo rodziców?”, „Czy dla rodzin patchworkowych?”, „Czy babcia z wnukami się u was odnajdzie?”, „Czy tata sam z dzieckiem może przyjechać?”, „A co, jeżeli mieszkamy za granicą i dzieci słabo mówią po polsku?”. Szukamy tysiąca powodów, by wykluczyć się z miejsca, które nas przyciąga, bo boimy się oceny. A prawda jest taka, iż wszystkie te osoby, które wymieniłam, realnie u nas były i znalazły swoje miejsce. Więc tak, przyjeżdżają niepewni, którzy robią ten wielki, odważny krok w stronę wspólnoty.
Jak tworzysz przestrzeń, w której obcy ludzie zaczynają się wspierać, a nie tylko „być obok siebie”?
Wierzę, iż ludzie z natury są zwierzętami stadnymi. My tę umiejętność bycia razem mamy w kodzie DNA, tylko potrzebujemy odpowiednich warunków, żeby sobie o niej przypomnieć. Na Campie, który organizujemy jako Fundacja Pasikonie, te warunki są kluczowe.
Przede wszystkim jesteśmy w zamkniętym ośrodku, który jest tylko dla nas. To ogromny teren z naturą i wodą, gdzie każda przestrzeń jest „nasza”. To daje pierwsze, bazowe poczucie bezpieczeństwa: nikt obcy z zewnątrz się tu nie pojawi. Bardzo gwałtownie widać, jak to działa, gdy ludzie zaczynają zostawiać swoje osobiste rzeczy: kubki, klapki, zabawki. Po dwóch dniach wszyscy już rozpoznają swoje twarze, wiemy, które dziecko jest czyje. Ta wzajemna rozpoznawalność sprawia, iż dobrostan grupy staje się naszą wspólną sprawą.
To jest proces, który napędza się przez mikroakty odwagi. Ktoś, kto jest u nas kolejny raz i ma starsze, samodzielne dzieci, nagle się orientuje, iż ma wolne ręce. Widzi mamę z bobasem i po prostu proponuje, iż go chwilę potrzyma. Widząc to, inni też zaczynają się odważać – zarówno, by pomoc zaoferować, jak i o nią poprosić lub ją przyjąć. Podglądamy się nawzajem i uczymy, iż tu można odpuścić. Wtedy ta „obcość” błyskawicznie znika, a pojawia się bliskość.

fot. Monika Lęk
Co się musi wydarzyć, by ktoś powiedział: tu czuję się swobodnie?
Camp robimy w niesamowitym miejscu, na skraju Puszczy Kampinoskiej, w Bazie Baranówce. Jest to tzw. glamping, domki-namioty pośród drzew. Są piękne, estetyczne, ale to nie jest hotel z białymi ścianami, gdzie obecność kilkulatka zwiastuje kłopoty. To środowisko sprawia, iż rodzice przestają być „na straży”.Większość z nas na co dzień żyje w trybie surykatki – to taki wieczny alert, oczy dookoła głowy, sprawdzanie, czy dziecko zaraz czegoś nie wyleje, nie dotknie brudną ręką, nie przewróci, nie zirytuje kogoś obok. Na Campie ten tryb się po prostu wyłącza. Wokół są ludzie, którzy przyjechali po to samo. Swoboda płynie też od „starych wyjadaczy” – osób, które są u nas kolejny raz. One są takim zaczynem wioski; mają w sobie spokój i pewność, iż wszystko będzie dobrze, iż prośba o wsparcie to nie wstyd ani obciach. I nie zapominajmy o samych dzieciach – ich naturalna beztroska i autentyczność po prostu „hajpują” tę atmosferę. Swoboda staje się zaraźliwa.
Jak reagujecie na osoby, które na początku stoją z boku?
Mamy różne temperamenty i nie każdy ma ochotę być pośród ludzi 24 godziny na dobę. Sama jestem taką osobą! Na Campie mamy bardzo duży odsetek osób neuroodmiennych, więc dawkowanie sobie intensywności relacji mamy wpisane w nasze niepisane „statuty”. Nasza przestrzeń gwarantuje, iż możesz być w centrum wydarzeń, ale możesz też być na uboczu – i oba te wybory są OK.Czasami jednak bycie „z boku” nie wynika z wyboru, tylko z braku zasobów albo lęku. Dlatego mamy zespół kotrenerek. Przy setce osób, które są na Campie, one są dodatkową parą oczu i serc, wyczulonych na potrzeby różnych uczestników. Każdy na start dostaje informację, kto jest jego kotrenerką. Wiadomo, o której godzinie i gdzie ta osoba czeka na spotkanie w małej grupie. To stwarza bezpieczne okazje, żeby albo pozostać „na „boku”, czując się wciąż częścią całości, albo zrobić „skok na główkę” i spróbować się zbliżyć. Można nie być razem cały dzień, a przyjść tylko wieczorem na ognisko. Dajemy przestrzeń na każdą wrażliwość.
Czy zdarza się, iż relacje z Campu realizowane są długo po wyjeździe?
Na maksa! Po 11 latach organizowania Campów wiem o setkach takich relacji. Ludzie nie tylko się przyjaźnią, ale kontynuują praktyki, które u nas są codziennością. Jedną z nich są spotkania w małych grupach, na których posługujemy się „mapą pytań”: „Czy czuję się fizycznie i psychicznie OK?”, „Czy doświadczam tu tego, czego chcę doświadczać?”, „Czy jeżeli na któreś z tych pytań odpowiedziałam »nie«, to czy mam jakieś prośby do siebie lub do innych?”. Ta prosta praktyka, powtarzana przez tydzień, daje niesamowity wgląd w siebie. Wiem, iż grupy kontynuują te spotkania online po powrocie.
Wiem też, iż uczestnicy odwiedzają się w różnych zakątkach Polski, wymieniają się mieszkaniami na wakacje, jeżdżą do siebie za granicę. Ale co najważniejsze, pomagają sobie w sytuacjach kryzysowych: przy rozwodach, chorobach, pobytach w szpitalach czy utracie pracy. Campowe relacje w wielu przypadkach stają się fundamentami codzienności. To już nie są „znajomi z wyjazdu”, to realne wsparcie.
Piszesz, iż Camp daje dzieciom „poczucie wpływu”. Jak to wygląda w praktyce?
To dzieje się na wielu poziomach. Najbardziej spektakularne są dziecięce inicjatywy „biznesowe”. Dzieciaki zakładają sklepiki: z tatuażami wodnymi, bransoletkami, salonami piękności, a choćby „importem” gum do żucia z okolicznej Żabki. Te, które są u nas kolejny raz, przywożą zabawki czy książki i rozstawiają własne straganiki. To ich świat, ich reguły. Chociaż zawsze zapraszają kogoś dorosłego jako wsparcie, choćby logistyczne.Druga sprawa to formuła open space, zaczerpnięta z narzędzi konferencyjnych. Mamy tablicę, na której każdy, bez względu na wiek, może wpisać swoją propozycję spędzania czasu. Dzieciaki prężnie z tego korzystają. Pojawiają się kluby komiksowe, sesje RPG, gra w mafię czy mistrzostwa w badmintonie. To uczy dzieci, iż ich pomysł ma znaczenie i może przyciągnąć innych.
Co dzieci wynoszą z tego wyjazdu, czego nie dostają na co dzień?
Przede wszystkim wolność od wspomnianego „trybu surykatki” u swoich rodziców. Wynoszą też kontakt z dorosłymi, którzy nie są postaciami z pozycji władzy, jak nauczyciel czy opiekun w szkole, ale przychodzą z miejsca życzliwości. Wiele dzieci nawiązuje tu głębokie, autonomiczne relacje z mamami lub tatami innych dzieci. Obaj moi synowie mieli na Campie swoje „koleżanki-mamy”, które najlepiej na świecie przyklejały plasterki, potrafiły spektakularnie „umrzeć” w udawanej walce albo rzetelnie grały z nimi w „Among Us”. Camp pozwala im też przełamywać własne bariery. Są rzeczy, których dzieci boją się w codzienności, a na Campie te lęki puszczają – jak choćby strach przed ciemnością. Na początku biegają po Bazie z latarkami, a pod koniec tygodnia bez nich, bo czują się u siebie. Klasykiem są skoki do wody z pomostu. Zawsze znajdzie się dziecko, które pierwszego dnia obiecuje sobie: „Skoczę”. I procesuje to przez cały tydzień. Najpiękniejsze jest to, iż zwykle towarzyszy mu w tym inny dorosły – ktoś, kto ma w sobie akurat te pokłady cierpliwości, które rodzicowi, po godzinie stania na słońcu, mogły się już wyczerpać. To jest właśnie siła tej grupy.
Jak wygląda równowaga między wolnością a bezpieczeństwem?
Tu najważniejsze jest kolektywne zaufanie. Ponieważ na Campie jest „dużo oczu do patrzenia”, bardzo gwałtownie buduje się przekonanie, iż dzieci są bezpieczne, choćby jeżeli rodzic w tej chwili nie wie dokładnie, gdzie są. Ufamy, iż inny dorosły zareaguje, jeżeli trzeba będzie pomóc lub powstrzymać coś niebezpiecznego. Dzieci to czują i ta niewidzialna sieć wsparcia daje im niesamowitą odwagę. Dla wielu z nich Camp to czas „pierwszych razów”: pierwsza nocowanka u koleżanki z domu obok, pierwsze pływanie, pierwszy rejs tratwą, pierwsze niespanie całą noc przy ognisku, pierwsza jazda na dwóch kółkach. Ludzie często stawiają te dwie wartości jako przeciwieństwa, a ja uważam, iż one mogą iść w parze. Na Campie proporcja dorosłych do dzieci jest taka, iż rzadko zdarza się sytuacja zagrażająca, której nikt by nie namierzył. Kluczem jest jednak to, iż ta troska i uważność są rozproszone.
Dziecko ma poczucie swobody, bo nie skupia się na nim jeden konkretny dorosły, który co chwilę je koryguje, powstrzymuje czy ogranicza. Ta „siatka bezpieczeństwa” jest dla dziecka niemal niewidoczna, dzięki czemu bezpieczeństwo nie zakłóca mu poczucia wolności. Ono po prostu czuje, iż świat jest mu przychylny, a nie iż jest pod ciągłym nadzorem.
Czy dzieci szybciej się odnajdują niż dorośli?
Tu nie ma sztywnej reguły. Są maluchy, które znajdują „swoich” pierwszego dnia i to one stają się przewodnikami dla rodziców. Ale bywa też odwrotnie i to jest dla dorosłych trudniejszy moment, gdy dziecko ma kłopot ze znalezieniem kompanów. To zdarza się częściej starszakom, tym powyżej 10 lat. One mają już więcej filtrów, obaw i doświadczeń, nie wchodzą w relacje z taką lekkością jak przedszkolaki.
Czasami jest tak, iż dzieci chodzą wokół siebie przez pięć dni, a dopiero szóstego coś „kliknie” i dwa ostatnie dni są cudowne. To też jest ważne doświadczenie – budowanie relacji w swoim tempie. W takich momentach bardzo pomaga nasz zespół: towarzysze dzieci wyłapują tych, którzy się „szwendają”, sprawdzają, czego im potrzeba i jak można im pomóc znaleźć swoje miejsce.

fot. Monika Lęk
„Na Campie nie musisz ogarniać” – co to realnie znaczy dla rodzica?
Realnie oznacza to koniec logistycznej gimnastyki. Weźmy jedzenie – nasza kuchnia wie, jak jedzą dzieci. Wiemy, iż „wymieszane” albo „posypane zielonym” to dla wielu maluchów bariera nie do przejścia. Składniki są podawane tak, by można było skomponować własne danie, a w odwodzie zawsze czekają bezpieczne bazy: naleśniki, bułki z masłem. Rodzic nie musi się pocić przy stole, by wynegocjować każdy kęs.
Nie trzeba też nosić ze sobą tych wszystkich wakacyjnych „tobołów”. Zapomniana łopatka to na zwykłych wakacjach dramat albo wyprawa do sklepu. U nas wiele zabawek jest wspólnych, dostępnych, dzieci pożyczają sobie rzeczy. Odpada stres związany z „zaliczaniem atrakcji”. Nie ma listy to-do: latarnia, fokarium, park linowy. Dzieci same się organizują, biegają, jeżdżą na rowerach, budują własne światy.
Kiedy przestajesz ogarniać logistykę, nagle zyskujesz przestrzeń, by zacząć „ogarniać” siebie. Można spotkać się ze sobą refleksyjnie, przyjrzeć się swoim myślom z miłością i troską. Na co dzień w naszych głowach jest zbyt głośno, a dzieci, choć kochane, są częścią tej intensywności. Na Campie rodzic wreszcie może odetchnąć, po prostu pobyć w swoim własnym towarzystwie i mieć przy tym pewność, iż świat wokół się nie zawali.
Co jest najtrudniejsze w odpuszczeniu kontroli?
Najtrudniejsze jest zaufanie. Zaufanie sobie, dziecku, społeczności i tak po prostu światu. To, iż można wreszcie „zejść z warty”. To, jak gwałtownie to następuje, zależy od naszych bagaży i oczekiwań. Często rodzice, zwłaszcza ci z malutkimi dziećmi, wpadają w pułapkę FOMO. Chcieliby być wszędzie, brać udział we wszystkim, a czują frustrację, bo dziecko akurat ma drzemkę albo płacze.Zawsze powtarzamy: Camp to szwedzki stół. Nie da się zjeść wszystkiego, co na nim leży. Kluczem do odpoczynku jest poczuć się sytym, a nie przejedzonym, i wiedzieć, po czym tę sytość u siebie rozpoznać.
Czy widzisz moment, kiedy ludzie zaczynają naprawdę zwalniać?
O tak. To ma bardzo konkretne zewnętrzne objawy. Najpierw są deklaracje: „Będę z wami, ale popołudniami muszę być na callach albo przy komputerze”. I jasne, czasem to konieczność, ale potem przychodzi ten moment…
Widzę tatusiów, którzy robią ustawkę na badmintona o siódmej rano, kiedy dzieci jeszcze śpią. Grają według własnych zasad, z hardkorowymi serwami, z totalną zajawką. Chociaż wstali o świcie, to ja wiem, iż oni już zwolnili. Wyskoczyli z codziennego kołowrotka prosto w czystą, chłopięcą frajdę.
Widzę to też po tym, jak ludzie zaczynają „gubić buty” i chodzić boso. Kiedy przestają przywiązywać wagę do tego, czy mają ułożone włosy, czy przyszli na śniadanie w piżamie. Kiedy zaczynają się spóźniać na warsztaty albo posiłki, bo czas przestał nimi rządzić. Albo gdy w środku dnia ktoś mówi: „Moje dziecko jest pod opieką, a ja idę wziąć długi, ciepły prysznic. To jest mój moment”. Te małe ucieczki w stronę własnego dobrostanu to najlepszy dowód, iż Camp zaczął działać.
Co najczęściej słyszysz od rodziców na koniec tygodnia?
Przez ostatnie dwa dni Campu mamy wyjątkową tradycję: piszemy do siebie listy. Każdy ma swoją kopertę wywieszoną we wspólnej przestrzeni, do której anonimowo – lub nie – wrzucamy karteczki z informacją o tym, jak ta konkretna osoba wzbogaciła nasze życie w tym tygodniu.
Te liściki nazywamy u nas Papierami Wartościowymi. Niektórzy czytają je w aucie, po drodze do domu, inni dawkują sobie tę przyjemność przez kolejne tygodnie, a są tacy, którzy czekają z nimi aż do połowy zimy. To są prawdziwe skarby – dowody na to, iż ktoś nas dostrzegł, iż nasza obecność miała dla kogoś znaczenie. Na koniec tygodnia słyszę więc rzadziej o „fajnych warsztatach”, a częściej o tym, iż ludzie czują się po prostu nakarmieni emocjonalnie.
Co się dzieje w ciągu dnia, a co „między wydarzeniami”?
Mamy stałe ramy: śniadania, warsztaty, zwykle od dziesiątej do trzynastej), potem obiad i kolację. To są nasze punkty orientacyjne. Ale wszystko to, co dzieje się pomiędzy, to już czysty „open space”. Ludzie wpisują swoje propozycje na tablicę i często dochodzi do sytuacji, iż mamy kilka konkurujących ze sobą genialnych wydarzeń.
Dla mnie najpiękniejsze jest to, co rodzi się z impulsu. Sama nie jestem typem sportowca, ale na Campie gram we wszystko i bawię się wybornie. Mamy urodziny – ostatnio świętowaliśmy „ponowne” ósme urodziny jednego z dorosłych uczestników, bo tak sobie zażyczył. Mamy wieczorne ogniska, karaoke, wycinanki z gazet, zdarzyło się choćby wspólne kiszenie ogórków, po którym każdy wyjechał z kilkoma słoikami do domu. Tu naprawdę sky is the limit – program to tylko baza, a życie dzieje się w tych spontanicznych zaproszeniach.
W programie są rzeczy tak proste jak drzemki, karaoke czy wymiany ubrań.
Prawda jest taka, iż tych rzeczy de facto nie ma w programie. One się po prostu wydarzają, bo rodzą się z impulsu. Wymianka ubrań zaczęła się od jednego pytania na naszej zamkniętej grupie przed wyjazdem: „Może weźmiemy ciuchy, z których dzieci wyrosły?”. Dziś to jest nasza campowa Met Gala! Daje mnóstwo radości, a rzeczy, które nie znajdą nowych właścicieli, przekazujemy fundacji zajmującej się obiegiem wtórnym.
Podobnie z karaoke. Nasze pierwsze karaoke to był najlepszy „sylwester”, na jakim byłam w życiu – dzieci zbudowały scenę, zrobiły światła, a zabawa skończyła się grubo po północy. Czułam się jak na koncercie rockowym. Drzemki? Ludzie po prostu u nas drzemią w przestrzeni wspólnej, bo czują się na tyle bezpiecznie, iż mogą to robić przy innych. To się stało częścią naszej kultury.Nigdy do końca nie wiem, co się wydarzy na danym turnusie. Nigdy nie wiem, z czym ludzie przyjadą. Mamy uczestniczkę, profesjonalną fryzjerkę, która otwiera „sloty” na strzyżenie pod drzewami. Ale strzygą też amatorzy, którzy dopiero się uczą – ludzie chętnie oddają się w ich ręce. Ostatnio hitem były warsztaty białego śpiewu. To jest właśnie magia Campu: dajemy przestrzeń, a ludzie wypełniają ją swoimi talentami i potrzebami.
Co jest najważniejsze: program czy to, co dzieje się spontanicznie?
Nie traktowałabym tego jako konkurencji, te dwa elementy się nawzajem karmią. Warsztaty są niezwykle istotne – to proces rozwojowy, który dla wielu osób okazuje się transformujący. Często czytam w tych naszych pożegnalnych listach, iż Camp zmienił czyjeś życie: pomógł przetrwać kryzys, uratował – albo pomógł zakończyć – małżeństwo, naprawił relację z dzieckiem czy samym sobą. Ludzie piszą wprost: „Ten wyjazd był moim kołem ratunkowym”.
Z drugiej strony to wszystko, co dzieje się spontanicznie: wspólna radość, głupawki, te słoiki z ogórkami, daje życiu smak. Spontaniczność tworzy bezpieczną, miękką otoczkę dla tej trudnej warsztatowej pracy. Dzięki temu te wszystkie ważne wglądy nie zostają w głowie, ale osadzają się w ciele, w doświadczeniu wspólnoty. Jedno bez drugiego nie miałoby takiej siły.
Jak wygląda „idealny” dzień na Campie?
Mogę powiedzieć, jak wygląda mój idealny dzień, bo pewnie każdy ma inaczej. Mój zaczyna się wcześnie, przed siódmą. Wstaję, gdy nad łąką za Bazą unosi się jeszcze mgła i widać sarny. Drepczę w piżamie do toalety i po drodze spotykam innego „rannego ptaszka”. Witamy się sennie, zaspani, bez masek. Ze wspólnej kuchni dobiega już dźwięk nastawianej kawy, słychać pierwsze ciche rozmowy. Później jest joga na polance nad wodą. Idziemy tam z matami, po drodze myjemy razem zęby, opowiadamy sobie, co nam się śniło. Przebiegają czyjeś dzieci, pytają: „Widzieliście moją mamę?”. „Tak, mama robi kawę, znajdziesz ją na pomoście”. To jest ten spokój – każdy wie, iż jest pod opieką.
Śniadanie to radosny chaos. Placki, owoce, dobre mleko do kawy. Ktoś woła: „Chodźcie do nas!”, dosiadamy się, gadamy. Potem warsztaty – jeżeli w nich nie uczestniczę, to jest mój czas na spacer z psem, pracę albo bycie z partnerem i dziećmi. Popołudnia to czysty chill na plaży, pływanie, sprawdzanie tablicy „open space”. Wtedy też spotykają się małe grupy wsparcia – ułożone tak, by rodzice mogli się wymieniać opieką nad dziećmi. Wieczorem? Karaoke, sauna albo kalambury, przy których płaczemy ze śmiechu. Około dwudziestej drugiej, dwudziestej trzeciej wracam do mojego domku. Zasypiam z poczuciem, iż świat jest na swoim miejscu.
Dlaczego natura jest tak istotną częścią tego doświadczenia?
Po pierwsze dlatego, iż natura jest dla mnie osobiście niezwykle ważna – jestem praktyczką ekoterapii i wierzę, iż nasza kondycja psychiczna jest nierozerwalnie związana z kondycją świata wokół. Kontakt z przyrodą to podstawa dobrostanu. Baza Baranówka, gdzie realizowane są Campy, jest zanurzona w Puszczy Kampinoskiej. Domki mają cienkie ściany, więc zasypiamy i budzimy się przy odgłosach ptaków. Jesteśmy cały czas wyeksponowani na naturę, uzależnieni od pogody i rytmu dnia. To jest niesamowicie kojące i regulujące. Natura przestaje być „atrakcją”, którą trzeba wyeksplorować, odhaczyć i sfotografować. Staje się codziennym wsparciem i domem. Widzę osoby, które przez cały tydzień nie wychodzą poza teren Bazy – ta bliska, „podręczna” natura w zupełności im wystarcza, by poczuć, iż żyją.

fot. Monika Lęk
Co daje „brudna stopa” i brak perfekcji?
Dla mnie to przede wszystkim oznaka puszczenia kontroli, regeneracji i czystej frajdy. Ta „brudna stopa”, która raz po raz trafia do łóżka, to symbol dziecięcej autonomii i sensorycznego doświadczania świata. Wyjście poza schemat ułatwia spotkanie, bo dorośli i dzieci nagle lądują w tej samej, wspólnej przestrzeni, gdzie nie trzeba niczego udawać.
Mamy choćby coś takiego jak „moda campowa”. Zupełnie nie wpisuje się w codzienne trendy czy dbanie o to, by zawsze wyglądać nieskazitelnie. Tu liczy się wygoda i bycie sobą. Mówi się, iż brudne dzieci to szczęśliwe dzieci, a ja dodam, iż to dzieci zaangażowane, które eksperymentują i czują świat każdą komórką ciała. Nasza codzienność często to utrudnia, a świat na Campie do tego zaprasza.
Czy to celowe, iż ten świat jest trochę poza codziennym tempem?
Zdecydowanie. Codzienne tempo potrafi być wyczerpujące, a choćby wypalające. Mamy wobec siebie ogromne oczekiwania i choć próbujemy dopasować codzienność do naszych możliwości, nie zawsze się to udaje. Świat campowy płynie inaczej. Nasz plan, ograniczony do minimum, ma przede wszystkim oddać ludziom poczucie sprawczości.
Chcę, żeby uczestnicy zabrali ze sobą do domu przekonanie, iż można wyjść poza schemat i znaleźć swój wpływ tam, gdzie wydawało się, iż go nie ma. Tablica „open space”, każdego dnia zapełniająca się nowymi inicjatywami, pokazuje, iż wiele rzeczy, które mamy w sobie, jest cennych i ludzie chcą je zobaczyć, chcą wziąć udział w naszych inicjatywach. To, co wnosimy, choćby mały pomysł, może mieć ogromną wartość dla innych i zostać uznane. To tempo ma wydobyć z nas wszystkich poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Ma nas nauczyć, iż troska o siebie, rozumiana jako troska o siebie nawzajem, jest mądra, dobra i przede wszystkim możliwa.
Jak ważna jest dla ciebie estetyka tego miejsca?
Mieszkają we mnie dwa wilki. Jeden tęskni za estetycznością, pięknymi wnętrzami i dopracowanym każdym detalem. Drugi wie, iż to, co mamy – elementarna estetyka Bazy Baranówka plus potęga przyrody – to optymalny układ. Ta nasza specyficzna swoboda i autonomia dziecięca są możliwe właśnie dlatego, iż nie ma tu porcelanowych ozdób. Meble są proste, solidne. Nic nie daje się łatwo potłuc, zniszczyć czy trwale pomazać.
Ta przestrzeń „wybacza” obecność dzieci, co jest niesamowicie uwalniające dla rodziców. Jednocześnie estetyka to dla nas coś więcej niż wygląd – to troska. Jedną z wartości, które przekazujemy, jest dbanie o to miejsce. Nikt po nas nie chodzi i nie sprząta zabawek z plaży czy pokoi. jeżeli coś zostawisz, rano będzie tam dalej leżeć. Uczymy się wspólnie dbać o tę naszą tymczasową bazę i myślę, iż to jeden z najważniejszych elementów zrównoważonego stylu życia, który stąd wynosimy.
Co najczęściej zmienia się w ludziach po tym tygodniu?
Mam wrażenie, iż zmienia się nastawienie do wdzięczności. Wiele osób wyjeżdża z Campu Pasikonie z bardzo „rozmiękczonym”, rozmasowanym mięśniem wdzięczności i silnym poczuciem przynależności. To jest ta największa zmiana – odzyskanie wiary w to, iż można być częścią świata, a przy tym być w pełni sobą.
Czy któraś historia uczestnika szczególnie zapadła ci w pamięć?
Poufność i zaufanie to dla mnie najwyższe wartości i drogowskazy, dlatego nigdy nie opowiadam osobistych historii naszych uczestników. To, co dzieje się na warsztatach czy w małych grupach, zostaje między nami. Czasami uczestnicy sami decydują się podzielić swoim doświadczeniem – na naszym koncie na Instagramie jest kilka nagrań, na których opowiadają, czym dla nich był Camp Pasikonie. Ale te najbardziej intymne procesy są bezpieczne w naszych wspomnieniach i trochę może w tych kopertach, o których mówiłam wcześniej.
Co jest największym zaskoczeniem dla osób, które przyjeżdżają pierwszy raz na Camp Pasikonie?
Wydaje mi się, iż nasza tradycja posiadania własnych talerzy, kubków i sztućców. Dla wielu osób to na początku ogromny szok: „Jak to? Mam sam dbać o swoje naczynia? To nie jest zorganizowane inaczej, bardziej ekskluzywnie?”. A to ma korzenie w naszym głębokim przekonaniu, iż wspólne dbanie o naczynia i ich zmywanie jest niesamowicie integrujące. Przy zmywakach realizowane są najważniejsze rozmowy! To tam zawiązują się pierwsze sojusze, gdy ktoś zapomni swoich talerzy i musi je pożyczyć od sąsiada. To tam dzieci uczą się życiowej dyscypliny, a dorośli rzucają: „Słuchaj, ja pozmywam za ciebie, widzę, iż masz teraz ciężki moment z dzieciakami”. Szczególnie u ojców i chłopaków – te „warsztaty przy zmywaniu” mają wielką moc budowania bliskości w sposób naturalny i nienachalny. To, co wydaje się utrudnieniem, okazuje się jednym z najsilniejszych spoiw naszej wioski.
Co jest najtrudniejsze w organizowaniu takiego pobytu?
Dla mnie osobiście najtrudniejsze jest rozdzielenie roli organizatorki od roli uczestniczki tej wspólnoty. Z wieloma osobami, które przyjeżdżają na Camp co roku, jestem bardzo zaprzyjaźniona. Chciałabym po prostu z nimi być, a jednocześnie muszę trzymać rękę na pulsie.
Wyzwania są też bardzo przyziemne. Chciałabym móc odpowiedzieć na absolutnie wszystkie potrzeby żywieniowe i wykluczenia – z roku na rok robimy to coraz lepiej, ale ograniczenia infrastrukturalne kuchni bywają trudne. Marzę o jeszcze większej ekologiczności i generowaniu mniejszej ilości odpadów. I pozostało kwestia biznesowa. Gdyby to było możliwe, chciałabym organizować Campy z jakiegoś niewyczerpywalnego funduszu, by nie musieć zajmować się tym, czego nie lubię: marketingiem i całym tym procesem budowania wizji w sposób, który czasem wydaje się przymusem. Chciałabym, żeby to po prostu płynęło.
Często myślę o tym, by mieć większy zespół do doglądania wszystkiego, ale potem orientuję się, iż to miejsce w dużej mierze dogląda się samo. Ludzie biorą za nie odpowiedzialność. Moim wyzwaniem jest więc znalezienie balansu: jak tworzyć tę przestrzeń, ale nie spalać się w procesach, które nie są moją pasją, po to, by mieć siłę na to, co najważniejsze, na spotkanie z drugim człowiekiem.

fot. Monika Lęk
Czy jest coś, co – patrząc z perspektywy czasu – zrobiłabyś inaczej?
Pewnie wcześniej i odważniej zaczęłabym prosić o pomoc. Na początku brałam wszystko na swoje barki: od logistyki, przez marketing, aż po bycie emocjonalnym filarem dla wszystkich uczestnika. Myślałam, iż jako twórczyni muszę być wszędzie i wiedzieć wszystko. Dzisiaj wiem, iż siłą Campu Pasikonie nie jest moja wszechobecność, ale to, ile przestrzeni oddaję innym. Gdybym mogła cofnąć czas, szybciej zaufałabym w to, iż ta wioska potrafi nieść nie tylko uczestników, ale i mnie. Pozwoliłabym sobie na bycie „nieidealną organizatorką”, tak samo jak pozwalam uczestnikom na bycie „nieidealnymi rodzicami”.
Jedno podsumowujące zdanie: czym jest Camp Pasikonie?
To pytanie zadawałam uczestnikom w zeszłym roku i padło wiele pięknych odpowiedzi, pod którymi podpisuję się całym sercem. Camp Pasikonie to rezerwat dla ludzi i poligon doświadczalny człowieczeństwa w jego najróżniejszych przejawach. To schronienie, sanatorium i ośrodek rehabilitacyjny dla osób ze złamanymi sercami. To bezpieczna przystań, która w sercach i głowach wielu dzieci zajmuje drugie najważniejsze miejsce zaraz po Bożym Narodzeniu.
Gdyby ktoś się wahał, co byś mu powiedziała?
Powiedziałabym: chodź, zaryzykuj. jeżeli to miejsce cię „woła”, to jest ogromna szansa, iż jest dokładnie tym, czego potrzebujesz. To lekarstwo dla twojej przebodźcowanej głowy, zmęczonego ciała i oczu, które są już wyczerpane ciągłym byciem „na nasłuchu” i reagowaniem na wszystko wokół. Wyciągnęłabym rękę w zapraszającym geście. Nie przekonywałabym na siłę, bo jeżeli ktoś potrzebuje twardych dowodów, to może nie być ten moment. Ale jeżeli czujesz to lekkie wahanie i przyciąganie jednocześnie – to znak, iż twoja wioska na ciebie czeka.
Co czujesz, kiedy przychodzi ostatni dzień i wszyscy wyjeżdżają?
Ostatni dzień to emocjonalny rollercoaster. Śniadanie ciągnie się w nieskończoność, nikt nie chce kończyć, nikt nie chce odjeżdżać. Pakowanie, szukanie zagubionych skarpetek, a potem finałowy krąg – to wszystko jest przesycone wzruszeniem i łzami. Kiedy w końcu docieram do domu, jestem po prostu wyczerpana. Często po prostu idę spać i śpię do końca dnia.
Ale potem zaczyna się „koncert powrotów”. Na naszej grupie facebookowej po kolei meldują się uczestnicy: „My dojechaliśmy!”, „A wy gdzie jesteście?”. Kolejnego dnia rano sypią się wiadomości: „Gdzie kawa? Nie mam z kim zjeść śniadania!”. Ktoś w zeszłym roku pięknie to nazwał: powrót do domu po Campie jest jak stan zakochania. Jesteś zakochana w życiu, w tej jakości bycia z ludźmi i nagle wracasz do codzienności, w której brakuje tego „obiektu zakochania”. Ta tęsknota jest jednak piękna – to ona inspiruje nas, by zapraszać te campowe jakości do naszej zwykłej codzienności i podtrzymywać relacje, które się tam narodziły.
W tym roku można wziąć udział w trzech turnusach Campu Pasikonie. Wszystkie realizowane są w Bazie Baranówce w miejscowości Augustówek w Puszczy Kampinoskiej.
Campy 7-dniowe to:
- Camp Wpływ, na którym warsztaty prowadzą Sylwia Włodarska (certyfikowana trenerka NVC) i Majka Mazur (psychoterapeutka Gestalt) 28 czerwca – 5 lipca.
- Camp Focus, na którym warsztaty prowadzi psycholożka i autorka książek dla rodziców Gosia Stańczyk: 12-19 lipca.
Ostatni, 10-dniowy Camp Bez Przesady obejmuje warsztaty prowadzone przez Anastazję Bernad – coachkę świadomego rodzicielstwa: 2-12 sierpnia.
link do wszystkich informacji o Campie Pasikonie https://pasikonie.pl/camp-2026/
link do rezerwacji https://pasikonie.pl/kategoria-produktu/camp/

![Alżbeta Lenska: Córka bała się mojej blizny. Siadała obok mnie tak, by jej nie widzieć [PODCAST]](https://m.mamadu.pl/cfd8dc18ed9b1979b3a19a4abab1aa5c,1920,1080,0,0.webp)






