Nikomu nie oddam. Opowieść. Ojczym nigdy ich nie krzywdził. Przynajmniej nie wypominał jedzenia, nie robił awantur o naukę, czasem tylko, gdy Ania wracała później niż ustalono, potrafił się zdenerwować. — Obiecałem twojej mamie, iż będę cię pilnować! — grzmiał, gdy Ania nieśmiało przypominała, iż przecież jest już pełnoletnia. — Ja wiem lepiej, co wolno, a co nie! Pełnoletnia, phi! Myślisz, iż skoro masz świadectwo, to można wszystko? Najpierw zdobyć porządną pracę, a potem się wymądrzać! Później, gdy się uspokajał, mówił łagodniej. — I tak cię zostawi, zresztą co ja tam wiem, widziałem, kto cię odwozi – wóz drogi, twarzyczka śliczna, po co mu taka zwyczajna jak ty, Aniu? Potem będziesz płakać, zapamiętaj moje słowa. Ania mu nie wierzyła. Oleg był ładny, studiował już trzeci rok, na prywatnej uczelni co prawda, ale ona też chciałaby studiować prywatnie. Nie dostała się na uniwersytet, w technikum jej się nie podobało, teraz rozdawała ulotki, roznosiła gazety, a głównie szykowała się do kolejnych egzaminów. Z Olegiem poznali się, gdy wręczyła mu ulotkę, wziął jedną i drugą, po czym zaproponował: — Prosto: biorę od Ciebie wszystkie ulotki, a Ty idziesz z nami do kawiarni? Nie wiadomo, co w nią wtedy wstąpiło, ale się zgodziła. Trochę już nauczona, ulotki z tej dzielnicy schowała do plecaka i wrzuciła do zsypu, gdy wracała z kawiarni. W kawiarni Oleg przedstawił ją znajomym, częstował pizzą, lodami. Ona i siostra jadły takie rzeczy tylko w urodziny – pieniędzy było mało, a rentę ojczym kazał odkładać na czarną godzinę. Tak naprawdę ojczym zarabiał nieźle, ale połowę wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a drugą połowę przegrywał. Ania nie narzekała – ważne, iż ich z Alą z mieszkania nie wyrzucił, bo to mieszkanie należało do niego, a mamę pochowała, gdy zachorowała. Och, chciałoby się czekoladki, pizzę, colę, ale gdy już coś się trafiło, oddawała wszystko Ali. choćby Olega w kawiarni zapytała, czy może zabrać kawałek pizzy do domu, dla siostry. Popatrzył na nią zaskoczony, a potem kupił całą pizzę i dużą czekoladę z orzechami. Ojczym mylił się, sądząc, iż Oleg ją skrzywdzi. Był dobry. Ania przy nim czuła się nieudolna, jeszcze bardziej się przykładała do nauki, znalazła pracę w sklepie — na kasie. Zarabiała tak dobrze, iż mogła sobie kupić porządne jeansy, fryzurę w prawdziwym salonie, by Oleg się nią chwalił. Gdy Oleg zaprosił ją na działkę, Ania wiedziała, co może się wydarzyć, i nie bała się — nie była już dzieckiem. Przecież on ją kocha, i ona jego. Martwiła się tylko, czy ojczym ją wypuści, ale ojczym sam zaczął wracać późno, czasem wcale. Ania wiedziała, gdzie nocuje — u pani Luby, pielęgniarki z ich rejonu. Lubie nie podobało się związać z mężczyzną z dwoma dziewczynkami po pierwszej żonie, sama już była rozwiedziona, ale w końcu dała się namówić. Zdarzenia przydały się Ani — choć Ala płakała, gdy dowiedziała się, iż nocuje sama, Ania kupiła jej czekoladę, chipsy i colę, i jakoś dziewczynka się pogodziła. O tym, iż jest w ciąży, Ania dowiedziała się późno. Zawsze miała nieregularny cykl i nie śledziła go, nikt jej tego nie uczył. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika, zapytała żartem: — Coś taka promienna, zaokrąglona – nie w ciąży przypadkiem? Pośmiały się, ale wieczorem Ania kupiła test. Dwie kreski. Nie, to niemożliwe! Oleg nie był zachwycony. Powiedział, iż to nie w porę i dał jej pieniądze na lekarza. Ania przepłakała noc, poszła, ale okazało się — za późno, szesnasty tydzień. Wszystko wydarzyło się na działce, a ona sądziła, iż pierwszy raz nie można zajść w ciążę. Udało się długo ukrywać wszystko przed ojczymem, ale brzuch gwałtownie rósł. Trzeba było przyznać się. Jak on krzyczał! — Gdzie twój chłopak? Chce się żenić? Ania spuściła wzrok. Olega już miesiąc nie widziała, odkąd dowiedział się, iż dziecko zostanie, zniknął. — Wiadomo, — mruknął ojczym. — Ostrzegałem cię. Nie od razu powiedział, chyba z Lubą ustalał. — Stało się, — rzekł. — Urodzisz, ale będziesz musiała je zostawić w szpitalu. Nie potrzebuję jeszcze jednego gęba do wykarmienia. Bo… żenię się, Aniu. Luba jest w ciąży, będziemy mieli bliźniaczki. Rozumiesz, trzy niemowlaki w jednym domu – to za dużo. — Ona tu zamieszka? — zdziwiła się Ania. — No a gdzie? To moja żona, musi tu mieszkać. Myślała, iż żartuje. Ale nie żartował. Codziennie o tym mówił, groził, iż wyrzuci je z Alią, jeżeli przyniesie dziecko do domu. Ania rozumiała, iż to nie jego słowa, powtarzał to, co Luba mu kazała. Nic to jednak nie zmieniało — nie mogła zostawić dziecka. — Nie martw się, — mówiła Luba. — Takie maluchy mają wzięcie, gwałtownie je przysposobią, będą kochać jak własne. Ania płakała, dzwoniła do Olega, myślała, gdzie zamieszkać z Alią i dzieckiem, nic nie wymyśliła. Wtedy Weronika, wskazując na parę małżeńską, powiedziała: — Zobacz, tyle lat, a wciąż chodzą w czerni. Całe życie w żałobie, no nie wiem… Mogliby mieć drugie dziecko, albo przysposobić. Tę parę Ania często widywała — razem, osobno. Byli uprzejmi, sympatyczni, choć smutni, nie wiedziała jednak, co się stało. — Ich córka zginęła, pamiętasz? Była głośna sprawa — wypadek busa z dziećmi. Jechali na wycieczkę, kierowca chyba zasnął. On zginął i ona, dziewczynka. Tacy dobrzy ludzie – on lekarz, ona uczy angielskiego. Mieszkałam obok, gdy byłam mężatką. Przynosiliśmy im wtedy aniołki… Córka złapała na wycieczce figurkę aniołka, potem wyciągali ją z ręki. Potem kto pierwszy pomyślał, by przynieść jej aniołka, inni poszli za przykładem. Myślałam, iż to ich jeszcze bardziej zaboli, ale wydaje się, iż to im pomaga. Ania kiedyś widziała w filmie scenę, gdy dziewczyna oddaje dziecko parze, która nie może mieć dzieci. Tamci mogli mieć, pewnie choćby nie chcieli, ale i tak Ania myślała o nich ciągle. Była w ósmym miesiącu, wciąż pracowała, nie chciała stracić stanowiska, para stanęła przy jej kasie, a mężczyzna powiedział: — Młoda damo, chyba czas na urlop macierzyński? Jeszcze tu pani urodzi przy kasie. Ania nie narzekała, ale było jej ciężko – plecy bolały, żołądek palił, nogi puchły do końca dnia. Nikt nie spytał o zdrowie, tylko lekarka się złościła, ale to się nie liczy. Ta troska wzruszyła Anię do łez – zdarzało się jej to często ostatnio. Parę dni później, gdy wracała po pracy z zakupami, mężczyzna ją dogonił i zaoferował pomoc. Czuła się skrępowana, ale jednocześnie wdzięczna. Pomyślała: dobry człowiek. Aniołka zobaczyła w sklepowej witrynie na wyprzedaży – lato, mało kto kupuje figurki. Pod wpływem impulsu kupiła, zapytała Weronikę o adres i poszła. Przycisnęła dzwonek, przestraszyła się — czy wypada, przecież minęły lata? Może nikt już nie przynosi im aniołków. Drzwi otworzyła kobieta. Poznała Anię od razu, brwi uniosły się z zaskoczeniem. Ania szybciutko wręczyła figurkę, chowając głowę, przekonana, iż drzwi zaraz się zatrzasną, albo kobieta wykrzyczy jej coś w twarz. Ale nic takiego się nie zdarzyło. Kobieta uśmiechnęła się, wzięła aniołka i powiedziała: — Wejdź. Napijesz się herbaty? Przy herbacie spokojnie opowiedziała Ance swoją historię, którą ta już słyszała, ale z ust tej kobiety wszystko było boleśniejsze i twardsze. — Dlaczego nie urodziliście kolejnego dziecka? — szepnęła Ania. — Miałam ciężki poród. Musieli usunąć mi macicę. Więcej już nie mogłam urodzić. Zrobiło się niezręcznie – jakie ona miała prawo wtrącać się w cudze życie? Bardzo chciała zapytać o adopcję, ale zabrakło jej odwagi. — Myśleliśmy o adopcji, — powiedziała kobieta, jakby czytała jej myśli. — Przeszliśmy choćby kurs. Ale w ostatniej chwili nie dałam rady. Prosiłam córkę, by dała mi znak. Ale nie wydarzyło się nic. W tym momencie w innym pokoju rozległ się dźwięk, jakby szklanka spadła i się rozbiła. Kobieta się wzdrygnęła, Ania zaskoczona spojrzała tam — sądziła, iż są same w mieszkaniu. Poszły do salonu. Ania obawiała się, iż to pokój jak w grobie – ciemno, świeczki, zdjęcia. Ale była tylko jedna fotografia, pokój jasny, bez świec. Tylko figurki aniołków. Jedna leżała rozbita na podłodze. Kobieta długo patrzyła na kawałki porcelany. Potem powiedziała: — To ta figurka. Od niej. Ania się zarumieniła. Czyżby to był znak? Córeczka urodziła się w terminie. Tymczasem Luba z ojczymem już mieszkali w ich mieszkaniu, Luba też rodziła, przed terminem. Bliźniaki jeszcze w szpitalu, ale mieli już dwie białe, śliczne łóżeczka z kokosowymi materacami. Ani nikt nie kupił nic, miała zostawić dziecko w szpitalu. Ala pytała czasem szeptem wieczorem: — A nie da się jej tu schować? Żeby oni nie wiedzieli, iż to twoja dziewczyna. Pomogę ci. Po tych słowach Ania chciała płakać, ale przy siostrze się hamowała. Treść liściku przemyślała wcześniej. Napisała, iż nie może zatrzymać dziecka, jest zdrowe, nie muszą się martwić. Przypomniała o znaku – rozbitej figurce. Włożyła wszystkie oszczędności, rentę. Powinno wystarczyć, przecież to dobrzy ludzie. Ze szpitala wypisywano rano, ale podrzucać dziecko w biały dzień – strach. Cały dzień spędziła w galerii handlowej, choć bolało siedzenie i kręciło się w głowie. Najważniejsze była jej dziewczynka, której trzeba znaleźć kochających rodziców. Gdy galeria się zamknęła, siedziała jeszcze godzinę na ławce, dobrze, iż była ciepła noc. Dopiero gdy zapadł zmrok, przyszła pod blok, weszła za mężczyzną z psem. Córeczkę miała w nosidełku, kupionym za własne pieniądze, poprosiła Weronikę, by przyniosła na wypis. Nie zadawała pytań. Teraz, ustawiając nosidełko przy drzwiach, wsunęła pod koc liścik i pieniądze, już miała zadzwonić i uciec, gdy drzwi się otworzyły. W progu stanął mężczyzna, ojciec zmarłej dziewczynki. — Co tu się dzieje? Ania aż podskoczyła ze strachu. Wtedy zauważył nosidełko. — Co to jest? Łzy same płynęły. Ania opowiedziała wszystko – o Olegu, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał je z siostrą siedem lat, potem o żonie i bliźniakach, o Lubie, która wymyśliła, żeby Ania napisała w szpitalu zrzeczenie. On słuchał uważnie, potem rzekł: — Galina już śpi, nie będę jej budził. Pogadamy rano. Chodź, przygotuję Ci miejsce do spania w salonie. Spać w pokoju pełnym aniołków było dziwnie. Ale Ania zasnęła natychmiast, mocno przytulając córeczkę. Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. W tym momencie zrozumiała, iż nie potrafi się z nią rozstać. Nigdy. Chciała biec, szukać, zabrać ją… Już wstała, gdy do pokoju weszła Galina, trzymała dziewczynkę. — Weź, — uśmiechnęła się. — Trzeba nakarmić, uśpiłam ją, chciałam Cię trochę odciążyć, ale długo tego nie wytrzyma. Gdy Ania karmiła córeczkę, nie potrafiła spojrzeć Galinie w oczy. Co powiedział jej mąż? A jeżeli już zdecydowali się na adopcję? Jak powiedzieć, iż zmieniła zdanie? — Ile lat ma twoja siostra? — niespodziewanie spytała Galina. — Dwanaście, — zdziwiona odpowiedziała Ania. — Myślisz, iż zgodzi się do nas przeprowadzić? Pytanie było tak dziwne, iż Ania spojrzała na Galinę. — Słucham? — nie rozumiała. — No, Sasza wszystko mi opowiedział. Nie macie gdzie mieszkać, ojczym cię wyrzuca. Pomyślałam, iż jeżeli siostra zostanie, zrobią z niej służącą. Niech zamieszka u nas. — Co znaczy „też”? — jąkając się, spytała Ania. Galina skinęła na sklejonego aniołka przy zdjęciu — wyglądał dziwnie, ale był rozpoznawalny. — Myślę, iż to był znak. Że mamy wam pomóc, — powiedziała spokojnie. — Pomyśleliśmy – mamy dużo miejsca, wprowadźcie się do nas. Pomogę Ci z córeczką. Nie wygłupiaj się. Matki i dziecka nie wolno rozdzielać. Anię ogarnęła euforia i jednocześnie wstyd — znów się zarumieniła. — Więc… zgadzasz się? Ania skinęła głową, chowając twarz w kocu córki, by Galina nie widziała łez…

twojacena.pl 20 godzin temu

Nie oddam nikomu. Dziennik.

Mój ojczym nigdy nas nie krzywdził. Przynajmniej nie wytykał każdej kromki chleba, nie narzekał z powodu szkoły, tylko czasem, gdy wracałam później niż zwykle, potrafił nakrzyczeć.

Obiecałem twojej matce, iż będę nad tobą czuwał! wrzeszczał, gdy próbowałam niepewnie tłumaczyć, iż przecież mam już osiemnaście lat. Lepiej wiem, co możesz zrobić, a czego nie! No proszę, dorosła mi się znalazła. Dyplom dostała i myśli, iż wszystko można? Najpierw znajdź normalną pracę, a potem udawaj dorosłą!

Po chwili się uspokajał i mówił już ciszej:

Zostawi cię, zobaczysz. Przecież widzę, kto cię odwozi. Drogi samochód, przystojniak, po co mu ktoś taki zwyczajny jak ty, Aneczka? A później będziesz płakać, jeszcze sobie przypomnisz moje słowa.

Nie wierzyłam ojczymowi. Oczywiście, iż Olek był przystojny i studiował na trzecim roku Uniwersytetu Warszawskiego, tylko iż na płatnych zresztą, ja też bym chętnie studiowała za pieniądze, ale nie dostałam się na bezpłatne, a kolegium okazało się nie dla mnie. Teraz rozdawałam ulotki, roznosiłam gazety i głównie uczyłam się do egzaminów, żeby spróbować jeszcze raz w przyszłym roku. Właśnie wtedy poznałam Olka podałam mu ulotkę, a on wziął jedną, drugą, trzecią i zagadał:

Pani Magdo, może zrobię tak wezmę od pani wszystkie ulotki, ale pani pójdzie z nami do kawiarni?

Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło, ale się zgodziłam. Już nawykłam, żeby ulotek nie wyrzucać w tym rejonie, więc wepchnęłam je do plecaka i potem, wychodząc z kawiarni, wrzuciłam do zsypu.

W kawiarni, Olek przedstawił mnie swoim znajomym, częstował pizzą i lodami. Takie pyszności jadłam tylko na urodziny pieniędzy u nas nigdy za dużo, a emerytury ojczym nie pozwalał ruszać, powtarzał, żeby odkładać na czarną godzinę, jakby coś się z nim stało.

W rzeczywistości zarabiał całkiem nieźle, ale połowę wypłaty wydawał na samochód, który ciągle się psuł, a resztę przepuszczał na zakłady bukmacherskie. Nigdy nie narzekałam dobrze, iż w ogóle nas z Alą nie wyrzucił z domu, bo przecież mieszkanie było jego, a mamę musiał sprzedać, kiedy zachorowała. Oczywiście, chciałam słodyczy i pizzy, gazowanego napoju, ale odkąd pamiętam, gdy tylko coś lepszego wpadło, oddawałam wszystko Ali. W kawiarni też spytałam Olka, czy mogę zabrać kawałek pizzy dla siostry. Spojrzał zdziwiony, a potem kupił mi całą pizzę na wynos i wielką czekoladę z orzechami.

Ojczym myśli, iż Olek mnie skrzywdzi. Tak nie jest. On był dobrym człowiekiem. Przy nim zaczęłam ostrzej poważnie podchodzić do nauki, żeby zdać egzaminy i dostać się na studia. Znalazłam pracę jako kasjerka w Biedronce tam płacili przyzwoicie, mogłam kupić sobie porządne jeansy i fryzurę u prawdziwego fryzjera, żeby Olek był ze mnie dumny.

Gdy zaprosił mnie na działkę pod Konstancinem, od razu zrozumiałam, co się tam wydarzy, ale nie bałam się przecież nie jestem dzieckiem. Kochaliśmy się. Na początku stresowałam się, iż ojczym mnie nie puści, ale ostatnio sam coraz później wracał, a czasem w ogóle nie pojawiał się w domu. Wiedziałam, gdzie nocuje u cioci Lubki, pielęgniarki z naszej przychodni. Ojczym od dawna się do niej przystawiał, Lubka wcześniej nie chciała mężczyzny z dwoma dziewczynkami z pierwszego małżeństwa, sama też była rozwódką, ale w końcu dała się przekonać jego nieporadnym zalotom.

Mnie to było na rękę, ale Ala wyła, gdy usłyszała, iż zostanie sama na noc. Kupiłam jej czekoladę, chipsy i Fantę pogodziła się ze swoim losem.

O tym, iż jestem w ciąży, dowiedziałam się późno. Zawsze miałam nieregularny cykl, choćby się tym nie przejmowałam, nigdy nikt mnie tego nie uczył. Dopiero druga kasjerka, pani Weronika, zażartowała:

Magda, promieniejesz, brzuszek się zaokrągla może zaciążyłaś?

Śmiałam się, ale wieczorem kupiłam test. Dwie kreski… Nie, to niemożliwe!

Olek nie ucieszył się. Powiedział, iż to nie w porę i dał mi pieniądze na lekarza. Przepłakałam całą noc i poszłam. Okazało się, iż za późno szesnaście tygodni… Czyli stało się tam, na działce. Myślałam, iż za pierwszym razem to niemożliwe.

Przez jakiś czas udawało mi się ukrywać przed ojczymem, ale brzuch rósł. Trzeba było się przyznać.

Jak on krzyczał!

Gdzie ten twój chłopak? Ożeni się z tobą?

Opuściłam oczy. Olka nie widziałam od miesiąca, odkąd dowiedział się, iż dziecko zostanie, zniknął.

No tak powiedział tylko ojczym. Przecież ostrzegałem.

Pewnie najpierw poradził się Lubki.

Skoro już tak wyszło urodzisz. Ale w szpitalu zostawiasz, nie potrzebny mi kolejny głodny. Słuchaj, żenię się, Lubka też w ciąży, bliźniaki będziemy mieli. Wyobrażasz sobie tu troje niemowląt?

Ona tu zamieszka? spytałam zdziwiona.

A gdzie ma mieszkać? Będzie moją żoną, tu jej dom.

Myślałam, iż żartuje. Ale nie. Codziennie to powtarzał, groził, iż wyrzuci mnie i Alę, jeżeli tylko spróbuję przyjść z dzieckiem. Widziałam, iż powtarza to, co mu Lubka wmówiła. Ale nie mogłam zostawić dziecka.

Nie przejmuj się powiedziała mi raz Lubka. Takie niemowlaki idą jak świeże bułeczki, zaraz ktoś adoptuje, będą je kochać jak własne.

Płakałam, dzwoniłam do Olka, myślałam, gdzie mogłabym zamieszkać z Alą i maleństwem, ale nic nie wymyśliłam. Wtedy Weronika, wskazując na małżeństwo, powiedziała:

Tyle lat minęło, a oni wciąż chodzą w czerni. Całe życie poświęcone żałobie… Lepiej urodziliby drugie dziecko. Albo kogoś adoptowali.

Często widywałam tych dwoje w sklepie byli grzeczni, sympatyczni, choć zawsze trochę smutni. Nie wiedziałam, co ich spotkało.

Ich córka zginęła tragicznie. Była taka głośna sprawa… Pojechali na wycieczkę, bus się rozbił, kierowca zasnął. On zginął, córka też. Tacy porządni ludzie on jest lekarzem, ona uczy angielskiego. Mieszkałam obok, jeszcze z mężem. Wtedy wszyscy chodzili z aniołkami do matki, bo jej córka na tej wycieczce kupiła figurkę anioła, trzymała ją w ręce. Udało się ją wydostać. Potem ludzie zaczęli przynosić jej kolejne aniołki myślałam, iż to ją dobije, ale chyba pomagało.

W jednym filmie widziałam, jak dziewczyna oddaje swoje dziecko małżeństwu, które nie może mieć dzieci. Wiedziałam, iż ci państwo mogą, ale nie wiem czemu myślałam o nich. Byłam wtedy już w ósmym miesiącu, przez cały czas pracowałam, nie chciałam tracić miejsca, i akurat para podeszła do mojej kasy, a on powiedział:

Pani Magdo, nie czas już na urlop macierzyński? Jeszcze nam tu na kasie urodzi pani!

Nie narzekałam, choć coraz trudniej mi było pracować plecy bolały, zgaga, nogi puchły po całym dniu. Nikt nigdy nie pytał, jak się czuję, tylko lekarz w przychodni miał pretensje, ale to się nie liczyło. Jego troska tak mnie poruszyła, iż łzy napłynęły mi do oczu ostatnio płakałam często.

Chyba dwa dni później, gdy wracałam z pracy z zakupami w reklamówce, ten pan mnie dogonił i zaproponował pomoc. Poczułam się niezręcznie, ale jednocześnie miło. Był naprawdę porządnym człowiekiem.

Zobaczyłam aniołka w sklepie na wystawie była wyprzedaż, lato w pełni, więc mało kto je kupował. Uległam impulsowi, kupiłam figurkę, a potem poprosiłam Weronikę o adres tych ludzi i poszłam.

Stojąc pod ich drzwiami wystraszyłam się może to nie na miejscu? Może nie powinnam. Pewnie nikt teraz nie przynosi im już aniołów.

Drzwi otworzyła kobieta, od razu mnie rozpoznała, uniosła brwi. gwałtownie wyciągnęłam figurkę z dłoni, głowę schowałam w ramionach bałam się, iż w najlepszym wypadku trzaśnie drzwiami, w najgorszym ochrzani.

Nic z tych rzeczy. Wzięła aniołka, uśmiechnęła się i powiedziała:

Wejdź. Napijesz się herbaty?

Przy herbacie spokojnie opowiedziała mi historię, którą znałam już od Weroniki ale z jej ust brzmiała boleśniej.

Dlaczego nie urodziła Pani kolejnego dziecka? zapytałam cicho.

Po porodzie musieli usunąć mi macicę. Więcej nie mogłam rodzić.

Zrobiło mi się głupio co miałam prawo wtrącać się do czyjegoś życia? Chciałam zapytać o adopcję, ale nie miałam odwagi.

Myśleliśmy o adopcji powiedziała, jakby czytała w moich myślach. choćby przeszliśmy szkolenie dla rodzin adopcyjnych. Ale w ostatniej chwili nie mogłam się zdecydować. Prosiłam córkę o znak… Ale nic się nie wydarzyło.

W tym momencie rozległ się brzęk, jakby szklanka spadła i rozbiła się o podłogę. Kobieta zadrżała, spojrzałam w tamtą stronę myślałam, iż mieszkanie jest puste.

Obydwie weszłyśmy do salonu. Bałam się, iż zobaczę coś w rodzaju mauzoleum ciemno, wszędzie świeczki i zdjęcia. Ale było jasno, jedno zdjęcie, żadnych świec. Tylko mnóstwo aniołków. Jeden z nich leżał na podłodze, rozbity. Kobieta długo oglądała kawałki porcelany, w końcu powiedziała dziwnym głosem:

To ta figura. Od niej.

Spłonęłam ze wstydu. Czy to nie był znak?

Córeczkę urodziłam w terminie. Lubka już mieszkała u nas i też urodziła wcześniej bliźniaki. Dzieci wciąż były w szpitalu, lada dzień mieli je wypuścić, już kupili łóżeczka dwa białe, śliczne, z kokosowymi materacami. Moje dziecko nic nie dostało, miało zostać w szpitalu. Tylko Ala wieczorami pytała cicho:

A nie dałoby się jej gdzieś ukryć? Żeby oni nie wiedzieli, iż jest tu, twoja córeczka. Pomogę ci.

Po tych słowach chciało mi się płakać, ale przy Ali zawsze się powstrzymywałam.

List napisałam wcześniej, długo przemyślałam treść. Wyjaśniłam, iż nie mogę zatrzymać dziecka, ale jest zdrowe, nie muszą się martwić. Dodałam wzmiankę o znaku o aniołku, który się rozbił. Do koperty włożyłam wszystkie zaoszczędzone przez lata pieniądze z emerytury. Powinno wystarczyć, przecież to porządni ludzie.

Ze szpitala wypisywali mnie rano, ale bałam się zostawić dziecko w ciągu dnia. Cały dzień spędziłam w Galerii Mokotów, choć ciężko było siedzieć, kręciło mi się w głowie. Ale wszystko dla mojej córeczki potrzebowała kochających rodziców.

Kiedy centrum handlowe się zamknęło, jeszcze godzinę siedziałam na ławce na szczęście było ciepło. Dopiero gdy zapadł zmierzch, zdecydowałam się wejść do klatki prześlizgnęłam się, gdy jakiś pan z psem wychodził na spacer.

Córeczkę nosiłam w nosidełku, kupiłam je z własnych pieniędzy i poprosiłam Weronikę, żeby przyniosła do szpitala na wypis. Nie zadawała żadnych pytań. Teraz ustawiłam nosidełko tak, by drzwi go nie potrąciły, wsunęłam pod kocyk list z pieniędzmi i już chciałam zadzwonić i uciec, gdy drzwi się otworzyły. Stał w nich ojciec zmarłej dziewczynki.

Co tu robisz?

Aż podskoczyłam ze strachu.

Zobaczył nosidełko.

Co to?

Łzy leciały mi same z oczu. Opowiedziałam wszystko o Olku, który zniknął, gdy dowiedział się o dziecku, o ojczymie, który i tak utrzymywał mnie i Alę siedem lat, a teraz będziemy mieli bliźniaki, o Lubce, która kazała mi zostawiać niemowlę w szpitalu.

Słuchał uważnie, potem powiedział:

Galia już śpi, nie będę jej budził. Rano porozmawiamy. Chodź, pościelę ci w salonie.

Spać w pokoju z dziesiątkami aniołków było dziwnie. Ale zasnęłam od razu, mocno tuląc córeczkę.

Obudziłam się z poczuciem pustki. Córeczki nie było. Zrozumiałam, iż nie mogę jej oddać. Nigdy nie oddam! Chciałam ją znaleźć, odebrać…

Wstałam, ale zanim zdążyłam podejść, weszła Galia. Trzymała dziewczynkę.

Trzymaj uśmiechnęła się. Musisz nakarmić, usypiałam ją, chciałam dać ci się wyspać, ale to nie potrwa długo.

Karmiłam córeczkę, nie mogłam spojrzeć na Galinę. Co powiedział jej mąż? Co jeżeli już podjęli decyzję, iż adoptują dziecko? Jak powiedzieć im, iż się rozmyśliłam?

Ile lat ma twoja siostra? zapytała nagle Galia.

Dwanaście odpowiedziałam z zaskoczeniem.

Myślisz, iż zgodziłaby się tutaj zamieszkać?

Pytanie wydawało się tak dziwne, iż spojrzałam Galii w twarz.

Co? zapytałam zdezorientowana.

Szymon wszystko mi powiedział. Nie macie gdzie mieszkać, ojczym cię wyrzuca. jeżeli Ala tam zostanie, zrobią z niej służącą. Może chce zamieszkać tutaj.

Co znaczy też? załkałam.

Galia spojrzała na aniołka przy zdjęciu sklejony, wyglądał dziwnie, ale można było rozpoznać.

Myślę, iż to był znak. Że mamy wam pomóc stwierdziła po prostu. Postanowiliśmy, iż miejsca jest dość przeprowadzicie się do nas. Pomogę ci z małą. I przestań z tymi głupotami matki nie powinno się rozdzielać z dzieckiem!

Tak się ucieszyłam, a zarazem wstydziłam policzki mi się rozgrzały.

Więc co, zgadzasz się?

Kiwałam głową, chowając twarz w kołdrze córeczki, żeby nie widziała moich łez.

Idź do oryginalnego materiału