Odkryłam pamiętnik mojej matki. Po jego przeczytaniu zrozumiałam, dlaczego przez całe życie traktowała mnie inaczej niż moje rodzeństwo.

newsempire24.com 1 miesiąc temu

Pamiętam, jak pewnego deszczowego popołudnia w starej kamienicy przy ulicy Grochowskiej w Warszawie natknęłam się na zapomniany dziennik mojej matki, Krystyny. Przeglądając jego pożółkłe kartki, po raz ostatni zrozumiałam, dlaczego przez całe życie byłam traktowana inaczej niż moi bracia.

Zawsze czułam, iż nie wpasowuję się w rodzinny obrazek jakby mój fragment układanki był zupełnie niepasujący. Mój starszy brat Michał i młodsza siostra Helena zdawali się idealnie leżeć w ramionach mamy. Na ich rzecz matka zawsze lśniła czułością, cierpliwością i troską.

Ja natomiast spotykałam się z chłodnym dystansem, który dręczył mnie od dziecka. Nie potrafiłam pojąć przyczyny tego obojętnego spojrzenia, więc przez lata szukałam własnych wyjaśnień.

Może nie spełniłam jej oczekiwań? Może popełniłam jakąś gafę? Te pytania nękały mnie aż do dnia, kiedy odkryłam coś, co odwróciło mój obraz rodziny.

Matka odeszła kilka miesięcy temu, w chłodny październikowy poranek w Krakowie. Dopiero wtedy odnalazłam w sobie siłę, by uporządkować jej rzeczy. Michał i Helena zajęli się papierologią i formalnościami, a ja wzięłam na siebie najtrudniejszy obowiązek przegląd osobistych drobiazgów, których nikt nie odważył się dotknąć.

W szafie, pachnącej jeszcze zapachem perfum, które mama nosiła, przeglądałam jedwabne suknie, dotykając ich z bólem i wspominając zimne wieczory dzieciństwa, kiedy pragnęłam jej bliskości, a otrzymywałam jedynie chłodne spojrzenie i szept Teraz nie mam czasu.

Na samym dnie jednej z szuflad natrafiłam na zakurzony notes, przewiązany szarym wstążką. Otworzyłam go ostrożnie, a serce zaczęło mi bić szybciej. Na pierwszej stronie widniało imię Krystyna i rok 1978 rok mojego przyjścia na świat.

Pierwsze kartki wypełnione były młodzieńczymi marzeniami i codziennymi notatkami. Czytałam je ze smutkiem i ciekawością. Gdy dotarłam do wpisów z jesieni, poczułam, jak ziemia usuwa się spod moich nóg.

Dzisiaj powiedziałam Janowi, iż jestem w ciąży. Milczał długo, w końcu rzucił tylko: Nie mogę, Krystyno. Mam rodzinę. Nic więcej nie obiecałem. Odeszło mnie, zostawiło samą na ławeczce w parku. Myślałam, iż zginię z rozpaczy. Co powiem mężowi? Co powiem dzieciom?

Czytałam dalej, a łzy coraz częściej spływały po policzkach. Każdy wpis odsłaniał przed moimi oczami prawdę, której podświadomie się obawiałam. Ojciec, którego znałam, nie był moim biologicznym tatą. Mężczyzna, którego mama kochała bez odwzajemnienia, odrzucił ją i zostawił samą. Jej małżeństwo, choć trwało, nosiło już bliznę mojego przyjścia.

Urodziłam dziewczynkę, Jadwigę. Gdy na nią patrzę, widzę jego twarz. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mogła ją kochać tak, jak pozostałe dzieci. Jest dowodem mojej słabości, wstydu. Każde spojrzenie na nią rani.

Powtarzałam te słowa raz po raz, nie mogąc powstrzymać płaczu. Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego matka zawsze była wobec mnie inna. Byłam nieświadomym przypomnieniem o jej najgłębszym życiowym błędzie, o miłości, która nigdy nie zawiązała się w pełni. Nie potrafiła odróżnić własnego bólu od dziecka, które urodziła.

Siedziałam długo w jej przytulnym pokoju, notes w kolanach, płacząc nad losem swoim i jej. Czułam gniew, żal i smutek, a przede wszystkim ogromną stratę za wszystkie lata, kiedy zamiast miłości otrzymywałam obojętność. Jednocześnie, po raz pierwszy, odczułam współczucie. Jak bardzo musiała cierpieć, nosząc tę tajemnicę przez tak długie lata?

W kolejnych dniach patrzyłam na własne życie zupełnie inaczej. Zawsze obawiałam się odrzucenia, nie wierzyłam, iż zasługuję na miłość teraz wiedziałam, dlaczego. Moja matka nosiła w sobie żal, który nieświadomie przeniosła na mnie. To odkrycie zmusiło mnie do przemyślenia, kim naprawdę jestem córką niechcianą, czy kobietą, która mimo wszystko potrafi kochać.

Postanowiłam porozmawiać z rodzeństwem. Opowiedziałam im o dzienniku. Michał objął mnie ramieniem, Helena łkała długo. Przyznali, iż zawsze czuli, iż jestem traktowana inaczej, ale nie potrafili tego nazwać. Ich miłość nie słabła raczej zdawała się rosnąć.

Dziś, choć rany wciąż są świeże, nie dręczy mnie pytanie dlaczego?. Wiem już, iż matka nigdy nie potrafiła przezwyciężyć własnej traumy. Wybaczyłam jej, bo rozumiem, jak ciężko nosić tajemnicę, która krwawiła przez całe życie. Samodzielnie postanowiłam nie pozwolić przeszłości definiować reszty mojego losu. Rozpoczęłam terapię, buduję na nowo poczucie własnej wartości. Uczę się kochać siebie czego nigdy wcześniej nie zaznałam.

Bo choć urodziłam się z cudzego błędu, moje życie jest tak samo cenne, jak każde inne. Mam prawo do szczęścia, akceptacji i miłości, której matka nie potrafiła mi dać.

A może właśnie teraz, znając prawdę, nauczę się żyć naprawdę bez lęku, bez wstydu, w zgodzie ze sobą samą.

Idź do oryginalnego materiału