Pamiętam ten dzień, kiedy Mikołaj przekroczył próg naszego domu. Miał pięć lat chudy, z czujnymi oczami, które wydawały się za duże jak na jego twarz. W dłoniach zaciskał wytarty plecak wszystko, co miał. Ja i Agata czekaliśmy na tę chwilę trzy lata.
Witaj w domu, championie powiedziałem, kucając, żeby znaleźć się na jego wysokości.
Milczał. Tylko patrzył. Mieszanka strachu i nieufności jakby nie wiedział, czy ma prawo nam uwierzyć.
Pierwsze miesiące były trudne. Krzyczał przez sen, chował się pod łóżko, gdy słyszał głośne dźwięki. Na zmianę wstawaliśmy do niego w nocy, głaskaliśmy jego włosy, szeptaliśmy, iż wszystko będzie dobrze, iż nikt go już nie odda.
Nie oddacie mnie, prawda? zapytał pewnego razu po kolejnym koszmarze.
Nigdy, synku odpowiedziałem. I choć mówiłem to pewnie, coś ścisnęło mi się w środku: samo słowo oddać boleśnie drapało serce.
Minął rok. Mikołaj rozkwitł. Śmiał się, biegał po podwórku, malował nas trójkę na lodówce moja rodzina. Gdy pierwszy raz nazwał mnie tato, nie powstrzymałem łez. Byliśmy szczęśliwi.
A potem wiadomość, na którą czekaliśmy i której się baliśmy.
Jestem w ciąży szepnęła Agata, trzymając test, który drżał jej w dłoniach.
Przytuliliśmy się, płakaliśmy z radości. Po latach leczenia i rozczarowań to był cud. Ale razem z nim do domu wpełzło coś niewidzialnego. Cisza między nami stawała się coraz gęstsza.
Ludzie wokół sypali dobrymi radami:
Teraz będziecie mieli prawdziwe dziecko.
Jak dobrze, iż będziecie mieć kogoś swojego.
Te słowa ciąły jak nożem. Mikołaj też je słyszał. I choć zapewnialiśmy, iż nic się nie zmieni, widział, jak nasze spojrzenia coraz częściej zatrzymują się na brzuchu Agaty, a nie na nim.
Gdy urodziła się Zosia, trzymałem ją na rękach i poczułem coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem: instynktowną więź, niemal zwierzęcą. Była moją kopią. Moją krwią. I w tej chwili euforii wkradł się cień.
Mój brat powiedział to, czego ja nie umiałem choćby pomyśleć:
A co teraz z chłopcem? Przecież możecie go oddać. Teraz macie swoje dziecko.
Machnąłem ręką, ale słowa wbiły mi się w głowę jak trucizna. Z każdą nieprzespaną nocą, z każdą godziną, gdy kołysałem Zosię i słyszałem, jak Mikołaj samotnie bawi się w swoim pokoju, ta myśl wracała.
Agata odezwała się pierwsza:
Może rzeczywiście będzie mu lepiej w innej rodzinie? Gdzie będzie jedynakiem? Teraz sobie nie radzimy.
Przeszedł mnie zimny dreszcz. Ale milczałem. A gdy następnego dnia wybrałem numer pracownicy socjalnej, mój głos drżał:
Chcielibyśmy porozmawiać o zmianie opieki.
Na drugim końcu zapadła cisza.
Panie Kowalski, czy pan rozumie, iż ten chłopiec uważa was za swoją rodzinę? zapytała w końcu.
Tak. Ale okoliczności się zmieniły.
Po rozmowie długo siedziałem w ciemności. Czułem do siebie wstręt a jednocześnie dziwny spokój, jakby zrzuciłem ciężar. Ale gdy wieczorem Mikołaj podszedł do mnie, przytulił się do mojej ręki i szepnął:
Tato, zrobiłem coś źle? wszystko we mnie pękło.
Tej nocy patrzyłem, jak śpi, i nagle zrozumiałem: Zosia pojawiła się w naszym życiu przez przypadek. A Mikołaj przez nasz wybór. I to ten wybór czyni nas rodzicami o wiele głębiej niż wspólna krew.
Agatko, nie możemy tego zrobić powiedziałem w środku nocy. Nie możemy go stracić.
Rozpłakała się. Wypłakała cały wstyd, zmęczenie, strach.
Następnego ranka usiedliśmy z Mikołajem.
Synku zaczęła cicho Agata chcemy, żebyś wiedział: zostajesz z nami. Na zawsze.
Patrzył to na nią, to na mnie. W oczach błysnęły łzy.
Nie oddacie mnie?
Nigdy przytuliłem go. Jesteś naszym synem. A Zosia twoją siostrą. To nasza rodzina.
Tego wieczora pomagał Agacie zmieniać pieluchy, nucił kołysankę, którą kiedyś śpiewaliśmy jemu. I po raz pierwszy zobaczyłem: już stał się starszym bratem.
Minęło wiele lat. Mikołaj wyrósł mądry, wrażliwy, z tą samą głęboką uśmiechniętą twarzą, która kiedyś kryła ból. Zosia uwielbia go. Gdy ktoś pyta, czy są rodzeństwem, śmieje się:
Tak, najprawdziwszym na świecie.
Czasem, gdy widzę ich razem, przypominam sobie ten ciemny okres i myślę: jak blisko byliśmy zniszczenia tego, co najcenniejsze. O mało nie odrzuciliśmy miłości, którą sami wybraliśmy.
Teraz wiem na pewno: rodzicielstwo to nie biologia. To decyzja. Codzienna, świadoma, czasem bolesna.
I za każdym razem, gdy Mikołaj mówi do mnie tato, słyszę w tym nie tylko zwrot ale drugą szansę.









