Nocna zmiana zaczęła się o dziewiętnastej, a już o dziewiętnastej trzydzieści dwie Kalina miała za sobą siniaka na łokciu i plamę z betadyny na lewym rękawie. Zanim zdążyła dopić kawę z automatu — tę samą, co zawsze, za cztery złote, z mlekiem w proszku, które pachnie jak tektura — przywieźli kobietę w ósmym miesiącu ciąży. Karetka stała pod rampą, kierowca jeszcze nie zdążył zgasić silnika, a sanitariusz już pchał nosze przez śluzę.
Ratownik rzucił przez ramię: tętno płodu spada, ciśnienie siada, wody odeszły w karetce dwanaście minut temu. Kalina nie zapytała o nic więcej. Nie było o co.
Pielęgniarka Bogna, dwadzieścia osiem lat na oddziale, wiąże fartuch na podwójny supeł i nigdy nie traci rytmu, już rozcinała bluzkę pacjentce. Pani Magda, lat trzydzieści cztery, pierwsza ciąża. Kalina znała ten scenariusz na pamięć, bo taką kartę widziała w tym tygodniu czwarty raz. Ale ta była inna — bo Magda chwyciła ją za przegub i powiedziała coś, czego Kalina nie usłyszała przez szum pulsoksymetru, ale przeczytała z ruchu warg.
„Niech pani jej nie da umrzeć."
Potem było już tylko standardowe piekło SOR-owskiej akcji: wenflony, monitory, ktoś krzyczy o zestaw do intubacji, Bogna liczy gaziki na głos, a Kalina stoi po prawej stronie stołu i czuje, jak świat zwęża się do kwadratu lampy nad głową.
Tętno płodu: osiemdziesiąt. Potem siedemdziesiąt dwa. Potem sześćdziesiąt osiem.
Stara położna, pani Halina, która przeszła na emeryturę dwa lata temu, ale wraca co drugi tydzień, bo „w domu głupieję", powiedziała kiedyś Kalinie: w takiej sali nie ma miejsca na modlitwę. Jest miejsce tylko na ręce. Kalina nie była wierząca, ale w tamtej sekundzie pomyślała, iż ręce to za mało.
Zdecydowała się w trzydzieści sekund. Cięcie cesarskie tutaj, na SOR-ze, bez przenoszenia na blok — bo na przeniesienie nie było już czasu, a blok operacyjny na górze i tak zajęty był po dach. Zespół wbiegł, ale ktoś krzyknął, iż nie ma na miejscu zestawu do cięcia, bo leży w innej szafce po remoncie korytarza. Bogna pobiegła po niego sama, klnąc pod nosem, a Kalina liczyła w głowie sekundy, patrząc na monitor. Wróciła po niecałej minucie, zdyszana, i rzuciła: „Mam, mam, dawajcie."
Dziecko urodziło się o dwudziestej dwudziestej osiem. Cztery punkty w skali Apgar w pierwszej minucie. Kalina masowała je sterylną pieluchą, wcierała ciepło w sine stópki i powtarzała w myślach tylko jedno: oddychaj. Ampułka, puls, znowu ampułka.
W dziewiątej minucie chłopiec dostał dziewięć punktów.
Magda leżała z zamkniętymi oczami, blada jak pościel, ale żywa. Kalina położyła noworodka na jej piersi, chociaż protokół mówił, iż najpierw badania, potem kontakt. Pani Halina mrugnęła do niej zza szyby. To była najkrótsza rozmowa, jaką odbyły w tym tygodniu.
Ale to nie był koniec nocy. Kalendarz w dyżurce nad biurkiem Bogny wisi krzywo od września i nikt go nie poprawia, a pod dzisiejszą datą ktoś napisał flamastrem: „15 października, Dzień Dziecka Utraconego". Kalina zobaczyła to dopiero, kiedy wracała po rękawiczki. Stanęła na chwilę z paczką lateksowych rękawiczek w ręku. Wtedy Bogna weszła z termosem i powiedziała, iż właśnie przywieźli następną.
Następna miała dwadzieścia dwa lata. Kalina nie zapytała o nazwisko, dopóki nie usłyszała, co się stało. Dziewczyna przyszła z bólem brzucha, bez skierowania, bez dokumentów, z jednym zdaniem: „Chyba poroniłam."
Diagnoza potwierdziła się w dwadzieścia minut. Kalina siedziała przy niej na kozetce, nie w fartuchu, tylko w zwykłym swetrze, bo fartuch został na oddziale. Trzymała w dłoni wynik USG i obracała go w palcach, nie wiedząc, gdzie go położyć. Dziewczyna patrzyła w okno. Za szybą padał deszcz, ten październikowy, drobny jak igły, co zacina z ukosa i zawsze dostaje się za kołnierz.
Kalina podała jej kubek wody, chociaż dziewczyna o nią nie prosiła. Postawiła obok na parapecie. Wyszła.
Wróciła po dwudziestu minutach z dokumentem. Skierowanie na oddział ginekologiczny, wypisane manualnie, bo system w przychodni znów się zawiesił. Położyła je na krześle obok torby dziewczyny. Nie powiedziała „przykro mi". Nie powiedziała „tak bywa". Powiedziała tylko: „Zostaniemy tu razem, aż przyjadą po panią z góry. To będzie może pół godziny."
Dziewczyna zacisnęła palce na brzegu skierowania, jakby sprawdzała, czy papier jest prawdziwy. Kiedy sanitariusz przyszedł po wózek, wstała sama, bez pomocy, i powiedziała cicho: „Dziękuję, iż pani nie wyszła."
Kalina odprowadziła ją do windy, poczekała, aż drzwi się zamkną, potem wróciła do dyżurki. Automat z kawą migał na czerwono, bo skończył się kubek. Wyciągnęła z kieszeni cztery złote, wrzuciła do maszyny obok — tej z herbatą. Herbata wyszła przezroczysta jak deszcz na parapecie.
W dyżurce Bogna siedziała nad papierami i liczyła leki. Zapytała, nie podnosząc głowy znad kartek: „Ta dwudziestodwuletnia — pojechała na górę?"
„Pojechała. Sama poszła do windy" — odpowiedziała Kalina i usiadła. Wypiła łyk. Herbata smakowała jak nic.
O siódmej rano, dokładnie w momencie zmiany, Kalina wyszła ze szpitala. Pod rampą stał ten sam kierowca karetki, z papierosem schowanym w dłoni, chociaż nie wolno palić na terenie. Patrzył na nią, jakby chciał zapytać, czy dziecko przeżyło. Nie zapytał.
Kalina minęła go bez słowa. Przystanęła na przystanku, gdzie przez całą noc nikt nie poprawił rozkładu jazdy — autobus linii 12 jeździ teraz co dwadzieścia minut zamiast co dziesięć, a nikt tego nie zmienił na tabliczce.
Wyjęła telefon. Otworzyła aplikację banku. Przez dziesięć sekund patrzyła na saldo, potem wróciła do wiadomości od matki, które wisiały nieodczytane od czwartku: „Przyjedziesz w sobotę na obiad? Ojciec robi schab."
Odpisała: „Postaram się. Muszę się teraz przespać."
I wtedy przyszedł SMS z numeru, którego nie znała. Krótki: „Pani doktor. To ja, Magda. Synek ma 3800 i krzyczy cały czas. Dziękuję, iż go pani nie oddała."
Kalina przeczytała wiadomość jeszcze raz, potem schowała telefon do kieszeni płaszcza i wsiadła do autobusu linii 12. Usiadła przy oknie. Deszcz nie przestał padać ani na chwilę.
Wyjęła telefon jeszcze raz już w połowie drogi i odpisała Magdzie jedno słowo: „Ja też dziękuję."
Schowała telefon, oparła czoło o zaparowaną szybę i wytarła na niej palcem mały pasek, przez który było widać ulice Przemyśla, budzące się bez pośpiechu.





