Prawda, która ścisnęła wszystko w środku Wieszając pranie na podwórku, pani Tatiana usłyszała ciche łkanie i zerknęła przez płot. Tam, pod ogrodzeniem, siedziała ośmioletnia Sonia – córka sąsiadów. Choć chodziła już do drugiej klasy, wyglądała drobno i chudo, jakby miała sześć lat. – Sonia, znowu cię kto skrzywdził? Wejdź do mnie, – powiedziała pani Tatiana, odsuwając poluzowaną sztachetę. Sonia często uciekała do nich, szukając wsparcia. – Mama mnie wyrzuciła. Powiedziała: „wynoś się!” i wypchnęła za drzwi. Teraz z wujkiem Andrzejem śmieją się w domu. – wyjaśniała dziewczynka, ocierając łzy. – No chodź, wejdź do domu. Ela z Michałem jedzą obiad, dam ci coś do jedzenia. Pani Tatiana nieraz ratowała Sonię przed twardymi rękami matki, która często wyładowywała swoje emocje na córce. Mieszkali po sąsiedzku za płotem, więc Tatiana zabierała Sonię do siebie, dopóki jej mama – Anna – nie ochłonęła i nie uspokoiła się. Sonia zawsze zazdrościła Eli i Michałowi – dzieciom pani Tatiany. W ich domu było spokojnie, a relacje między rodzicami pełne ciepła i troski. „Tantka” Tadek z żoną byli kochającymi i opiekuńczymi rodzicami. Sonia czuła, jak bardzo chciałaby takiego domu, aż ściskało ją w środku i dusił ją niemy żal. Bardzo lubiła przebywać w takiej atmosferze pełnej ciepła. W swoim domu Sonia miała wszystko zakazane. Matka kazała jej nosić wodę, sprzątać w komórce, plewić grządki, myć podłogi. Anna urodziła Sonię bez męża, sama, i od pierwszej chwili nie potrafiła pokochać córki. Gdy żyła jeszcze babcia – matka Anny, choć schorowana, bardzo kochała Sonię i broniła jej, ale po śmierci babci, gdy Sonia miała sześć lat, zaczęły się ciężkie czasy dla dziecka. Matka, zgorzkniała swoją samotnością, ciągle szukała kogoś do życia. Anna pracowała jako sprzątaczka w bazie autobusowej, gdzie dominowali mężczyźni. Pewnego dnia pojawił się tam nowy kierowca – Andrzej. gwałtownie nawiązali bliższą relację. Andrzej, rozwiedziony, miał syna i płacił alimenty. Anna gwałtownie zaproponowała mu wspólne zamieszkanie. Andrzej był zadowolony z dachu nad głową i nie przejmował się obecnością małej Soni. – Niech się plącze, podrośnie, będzie pomagać – myślał. Anna poświęcała Andrzejowi całą uwagę, a Sonię traktowała jak służącą, karcąc i bijąc, grożąc, iż odda ją do domu dziecka. Brakowało Soni sił na pracę w komórce. Siedziała więc pod krzakiem porzeczek przy płocie sąsiadki, cicho płacząc. Pani Tatiana gwałtownie zabierała ją do siebie, dając poczucie bezpieczeństwa. Sonia rosła wycofana i zamknięta w sobie. Mieszkańcy osiedla krytykowali Annę za sposób, w jaki traktowała córkę. Pani Tatiana głośno zabierała głos w obronie Soni, ale Anna rozpuściła plotki: – Nie słuchajcie tej Tadki, ona zazdrości mojego Andrzeja, dlatego wmawia wam, iż źle traktujemy dziewczynę. Anna i Andrzej często urządzali huczne spotkania, Sonia wtedy uciekała do sąsiadów, gdzie była traktowana z serdecznością. Tatiana rozumiała jej stan jak nikt inny. Czas mijał. Sonia dobrze się uczyła i rosła. Po ukończeniu podstawówki chciała iść do liceum medycznego w mieście, ale matka postawiła sprawę ostro: – Idź do pracy, już jesteś dorosła! Do nauki to my pieniędzy nie mamy – Sonia z płaczem wybiegła z domu, bo tam choćby płakać jej nie pozwalano. Po uspokojeniu się Sonia poszła do sąsiadów i zwierzyła się pani Tatianie. Jej dzieci już studiowały w mieście. Tym razem Tatiana nie wytrzymała i poszła prosto do Anny: – Anka, ty nie matka, ale złośliwość wcielona! Inni dla dzieci się poświęcają, a ty własną córkę gubisz. Masz obowiązek matki i zwykłą ludzką przyzwoitość. Sonia świetnie ukończyła dziewiątą klasę, powinna się dalej uczyć! To twoje dziecko, pamiętaj, potem sama będziesz do niej przychodziła. – A co ty się wtrącasz? Zajmij się własnymi dziećmi! – Anka, ogarnij się. Twój Andrzej własnego syna wysłał do miasta, a ty krzywdzisz córkę. Obudź się! Anna wściekała się i krzyczała, ale w końcu, zmęczona, siadła na sofie. – No tak, jestem surowa, ale to dla jej dobra. Nie chcę, żeby skończyła jak ja. Niech jedzie, niech próbuje się uczyć – burknęła. Sonia bez problemu dostała się do medycznej szkoły. euforia była ogromna. Trochę wstydziła się skromnego ubioru, wyróżniała się, ale nie była odosobniona, bo były tam także dziewczyny z wsi. Do domu wracała rzadko. Nie chciała odwiedzać matki i Andrzeja. W czasie wakacji najpierw biegła do pani Tatiany, która serdecznie ją przyjmowała, częstowała obiadem i obdarowywała uwagą. Tatiana i jej mąż byli dla niej jak druga rodzina. Anna miała swoje zmartwienia; Andrzej w końcu zostawił ją dla młodszej kobiety. Anna była roztrzęsiona, wyładowywała złość na Soni, gdy ta wracała na wakacje. – Po co przyjechałaś, tylko siedzisz mi na głowie… Masz wakacje, idź do pracy. Pewnego dnia Andrzej spakował swoje rzeczy. – Dokąd to się wybierasz? – krzyczała Anna. – Rita czeka na moje dziecko. Ja nie zostawię swojego potomka. Tobie własna córka jest niepotrzebna, a ja swojego syna nie porzucę. Moje dziecko musi znać matkę i ojca, żyć w miłości, – odpowiedział, po czym wyszedł. Te słowa zrujnowały Annę. Prawda, która zamknęła jej usta, przygniotła serce, nie miała siły płakać. Sonia wszystko słyszała. Przed oczami przypomniała sobie sceny bicia i wyganiania z domu, braku wsparcia. Andrzej nigdy jej nie bronił, a matka za byle co potrafiła ją uderzyć. Na ostatnim roku Sonia zaczęła pracować w szpitalu, sama się utrzymywała. Do matki już nie wracała, Anna piła, była zaniedbana, prawie nie starczało jej na życie. Sonia zmieniła się – stała się piękną, odpowiedzialną młodą kobietą, kochaną przez chorych i szanowaną w pracy. Wszyscy ją cenili i chwalili Annę za jej wychowanie, ale Sonia wiedziała, kto jej naprawdę pomógł: – Jakie wychowanie?! – myślała – To wszystko dzięki pani Tatianie: za wsparcie, za zrozumienie, za troskę, za nową drogę w życiu, za ukochaną profesję. Anna coraz częściej sprowadzała do domu nieznajomych pijaków. Sonia coraz rzadziej, ale zawsze z szokiem patrzyła na matkę. Anna dawno straciła pracę. Sonia nie miała już sił na rozmowy, prośby czy próby zrozumienia. Chciała wyrzucić wszystkich znajomych matki, odnowić dom i zacząć z Anną na nowo, zapomnieć o zawiedzionym dzieciństwie. Ale matka nie chciała zmian, pogłębiała swoje dno. Nie popłakała się ze wzruszenia Po ukończeniu szkoły medycznej Sonia przyjechała do domu. Anna, sama, spojrzała na córkę z niechęcią. – Po co wróciłaś? Na długo? Nie mam jedzenia, lodówkę wyłączyłam. Daj pieniądze, bo mnie głowa boli. Soni ścisnęło gardło, ale nie zapłakała. Powiedziała: – Nie zostanę długo. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem, wyjeżdżam do województwa, dostałam pracę w szpitalu. Nie będę często odwiedzać, postaram się wysyłać trochę pieniędzy. Do zobaczenia, mamo. Anna choćby nie zrozumiała słów córki, chciała tylko pieniędzy na alkohol. – Daj mi pieniądze… Nie żal ci matki? Co z ciebie za córka? Sonia wyjęła trochę gotówki, położyła na stole, cicho zamknęła za sobą drzwi. Stała chwilę za drzwiami, czekając, iż matka wybiegnie i ją przytuli. Ale nie doczekała się. Wolnym krokiem poszła do sąsiadów. Pani Tatiana była bardzo szczęśliwa. Posadziła Sonię za stołem. – Chodź, Soniu, akurat jemy obiad, – jej mąż już czekał. – Ach, zapomniałam – z drugiego pokoju przyniosła torebkę – To prezent za wyróżnienie, trochę pieniędzy na początek. Sonia podziękowała i rozpłakała się. – Ciociu Taniu, dlaczego tak? Skąd taka niesprawiedliwość – dlaczego mama mnie nie kocha, jakby była dla mnie obca? – Nie płacz, Soniu, – przytuliła ją Tatiana – nie płacz, już nic nie zmienisz… Anna taka jest. Po prostu urodziłaś się nie w tym miejscu. Ale jesteś mądra, piękna, znajdziesz szczęście i będziesz kochana. Sonia wyjechała do większego miasta, pracowała jako pielęgniarka na chirurgii, poznała przystojnego lekarza Olka, z którym gwałtownie się pobrali. Na weselu u boku Soni była pani Tatiana, prawdziwie szczęśliwa. Anna dostawała od córki pieniądze i chwaliła się przed znajomymi: – Taką wykształciłam córkę, teraz mi przysyła pieniądze. Ale na ślub nie zaprosiła, wnuków nie widziałam, zięcia nie znam. Po pewnym czasie Tatiana znalazła Annę martwą w domu. Leżała nie wiadomo jak długo. Sąsiadkę zaniepokoiła cisza na podwórku. Sonia z mężem pochowała Annę, dom niedługo sprzedali. Z czasem odwiedzali już tylko Tatianę i jej rodzinę.

polregion.pl 15 godzin temu

Prawda, która ścisnęła wszystko w środku

Wieszając świeżo wyprane ubrania na sznurku w ogrodzie, Zofia usłyszała ciche szlochanie, więc zajrzała przez płot. Tam, pod jej ogrodzeniem siedziała sąsiadka ośmioletnia dziewczynka, Kasia. Choć już chodziła do drugiej klasy, wyglądała drobno, raczej na sześciolatkę.

Kasia, znowu cię ktoś skrzywdził? Chodź do mnie Zofia odsunęła odstającą deskę w płocie. Kasia sama często przybiegała do nich po pomoc.

Mama mnie wyrzuciła z domu, powiedziała wynocha i wypchnęła za drzwi. Bawią się tam z panem Staszkiem, ścierała łzy Kasia.

Chodź, wejdź do domu, Ania z Michałem właśnie jedzą, to i ciebie nakarmię.

Zofia nie raz ratowała Kasię przed surową ręką matki, która wyładowywała na córce złość. Całe szczęście, były sąsiadkami przez płot. Zawsze, gdy matka Kasi, Elżbieta, wpadała w złość, Zofia zabierała dziewczynkę do siebie i nie oddawała, póki ta się nie uspokoi.

Kasia zawsze zazdrościła sąsiadującym Ani i Michałowi. Ciocia Zosia i jej mąż byli pełni ciepła, zawsze kochali swoje dzieci, nigdy ich nie krzyczeli. W ich domu panował spokój, relacje między Zofią a jej mężem były dobre i serdeczne, z troską traktowali dzieci. Kasia odczuwała, iż bardzo chciałaby tak u siebie aż w środku ściskało ją na widok tego ciepła.

W domu Kasi wszystko było zabronione. Matka zmuszała ją do noszenia wody, sprzątania w komórce, pielenia ogródka, mycia podłóg. Elżbieta urodziła córkę bez męża i od samego początku nie polubiła jej. Za życia babci, matki Elżbiety, było inaczej babcia bardzo Kasię kochała i broniła, pilnowała wnuczki i zajmowała się nią. Elżbieta córką nie interesowała się.

Dopóki babcia żyła, Kasi było lepiej, ale umarła, gdy dziewczynka skończyła sześć lat. Wtedy nastał trudny czas. Matka, rozgoryczona samotnym życiem, szukała mężczyzny. Pracowała jako sprzątaczka w miejskiej zajezdni, a tam przeważali panowie. W końcu pojawił się nowy kierowca Stanisław. gwałtownie zawiązała się między nimi znajomość.

Stanisław był po rozwodzie, miał syna, na którego płacił alimenty. Elżbieta zaproponowała mu mieszkanie u siebie ucieszył się, bo była to dla niego okazja na dach nad głową, po tym jak żona wyrzuciła go z domu. gwałtownie pozwolił Elżbiecie sobą się zajmować, lubił wygody.

Zorientował się, iż życie z Elżbietą mu służy, a Kasia mu nie przeszkadzała:

Niech się kręci pod nogami myślał podrośnie, będzie pomagała.

Elżbieta całą swoją uwagę i troskę przekazała Staszkowi, a córkę ciągle karciła, zmuszała do roboty, nieraz dawała klapsy, a choćby potrafiła uderzyć.

jeżeli mnie nie posłuchasz, oddam cię do domu dziecka groziła.

Kasia nie miała siły porządnie sprzątać w komórce, za to znów dostawała reprymendy, więc siadała pod krzakiem porzeczki przy płocie sąsiadki i płakała. Gdy Zofia to widziała, od razu zabierała ją do siebie. Kasia rosła cicha i zamknięta w sobie.

Znajomi i sąsiedzi krzywo patrzyli na Elżbietę, wszyscy mieszkali w małej miejscowości i dobrze się znali. Potępiali jej zachowanie wobec córki. choćby Zofia upominała Elżbietę, ale ta puściła plotkę:

Nie słuchajcie tej Zosi, ona ma chrapkę na mojego Staszka, dlatego wymyśla, iż źle traktuję Kasię.

Elżbieta i Stanisław często urządzali imprezy, pili, wtedy Kasia uciekała z domu na noc do sąsiadów. Zofia dobrze rozumiała jej sytuację, żałowała dziewczynę.

Czas płynął. Kasia dobrze się uczyła, dorastała. Po ukończeniu dziewięciu klas chciała wyjechać do miasta i zapisać się do liceum medycznego. Matka stanowczo powiedziała:

Idziesz do pracy, już jesteś dorosła, nie będziesz mi siedzieć na karku Kasia rozpłakała się i wybiegła z domu, bo w domu płakać jej nie wolno było.

Gdy trochę się uspokoiła, poszła do sąsiadki, zwierzyła się Zofii. Jej dzieci już studiowały w mieście. Tym razem Zofia nie wytrzymała, po rozmowie poszła do matki Kasi.

Ela, nie jesteś matką, ale potworem. Inne kobiety starają się dla dzieci, a ty swoją córkę do grobu doprowadzasz. Nie kochasz jej, ale masz wobec niej obowiązek i choć trochę ludzkiego sumienia. Gdzie Kasia ma iść pracować, przecież powinna się uczyć! Prawie same piątki na świadectwie. Przecież to twoje dziecko, Ela! Ty na starość sama do niej przyjdziesz.

Kim ty jesteś, żeby się wtrącać wybuchła Elżbieta pilnuj swoich, a nie mojej Kasi. Ona tylko umie biegać do ciebie na skargę.

Ela, opamiętaj się. Twój Staszek swojego syna wysłał do miasta na studia, choć z nim nie mieszka, a ty znęcasz się nad swoją córką. Przejrzyj na oczy, kobieto!

Elżbieta wrzeszczała, aż w końcu opadła z sił i rzuciła się na wersalkę.

No dobra, jestem surowa, krzywdzę Kasię. Ale to dla jej dobra, by nie była taka jak ja, żeby nie sprowadziła wstydu. Niech jedzie do powiatu, niech się kształci machnęła ręką.

Kasia bez trudu dostała się do liceum medycznego. Była w siódmym niebie. Trochę się wstydziła jej ubrania były bardzo skromne, wyróżniała się w grupie. Nikt jej jednak nie wyśmiewał; były też dziewczyny z wsi czy małych miejscowości. Do domu wracała rzadko.

Nie chciała przyjeżdżać do matki i Staszka. Ale nadchodziły ferie, więc trzeba było wracać chociaż na chwilę; zawsze najpierw zaglądała do Zofii. Ta sadzała ją do stołu, pytała o wszystko, była serdeczna i troskliwa.

Elżbieta miała własne kłopoty Stanisław się zabawił z młodszą kobietą. Atmosfera była nerwowa, gdy Kasia akurat przyjechała. Matka przywitała ją złością:

Po co przyjechałaś, nie mam czasu dla ciebie, pasożytować będziesz Skoro masz wolne, idź do roboty.

Pewnego dnia Stanisław wrócił z pracy i zaczął pakować rzeczy.

Gdzie się wybierasz? Nie puszczę cię! krzyczała Elżbieta, a on spojrzał z przekąsem.

Rita spodziewa się ode mnie dziecka, ja swojego dziecka na pewno nie zostawię. Tobie córka jest zbędna, a mnie moje dziecko jest ważne. jeżeli Rita przyprowadzi do domu obcego faceta, on może skrzywdzić moje dziecko, na to nie pozwolę Twoja Kasia nie zna matczynej miłości, jakbyś ją spod płotu wzięła. A moje dziecko od początku będzie znało matkę i ojca, będzie żyło w miłości powiedział i wyszedł.

Ta prawda dosłownie zwaliła Elżbietę z nóg. W tamtej chwili nie była w stanie krzyczeć, błagać czy płakać. Stanisław powiedział prawdę taką, która zamknęła jej usta, oczy i ścisnęła wszystko w środku. Nie miała siły choćby westchnąć.

Kasia wszystko słyszała, nie próbowała pocieszać matki. Miała w głowie obraz, jak za najmniejsze zamieszanie podczas odpoczynku Staszka dostawała razy od matki i była wyrzucana na dwór. Ojczym nigdy za nią się nie wstawiał, nigdy jej nie uderzył, ale patrzył z uśmieszkiem, jak pan domu.

Na ostatnim roku Kasia zaczęła pracę w szpitalu, mieszkała na własny rachunek. Do domu nie wracała, matka piła, staczała się coraz niżej, pieniędzy z trudem jej wystarczało na jedzenie. Z zalęknionej dziewczynki Kasia wyrosła na piękną i odpowiedzialną młodą kobietę, która dobrze traktowała chorych i była przez wszystkich szanowana. Mówiono, iż jest dobrze wychowana, chwalono matkę, ale Kasia milczała i uśmiechała się.

Jakie tam wychowanie myślała to wszystko dzięki cioci Zosi. To jej jestem wdzięczna, za opiekę, zrozumienie, ciepło i wsparcie, za wybór profesji.

Elżbieta coraz częściej sprowadzała do domu przypadkowych przyjaciół na alkoholowe spotkania. Choć Kasia rzadko przyjeżdżała, za każdym razem była zszokowana widokiem matki. Elżbieta dawno już została zwolniona z pracy. Kasia wiedziała, iż nie warto przekonywać, prosić to nic nie da. Po prostu miała ochotę wyrzucić kompanię z domu, zrobić remont, nawiązać nową relację z matką, zapomnieć o krzywdach. Ale matka nie chciała zmian, pogrążała się coraz bardziej w piciu.

powstrzymała się, nie popłakała z żalu

Po ukończeniu liceum medycznego, Kasia przyjechała do domu. Elżbieta była sama, spojrzała na córkę z pogardą:

Po co tu się zjawiłaś? Na długo? Nie mam nic do jedzenia, lodówka wyłączona. Daj mi trochę pieniędzy, boli mnie głowa.

Kasia poczuła ścisk w gardle, ale powstrzymała się i nie pozwoliła sobie na łzy. Potem powiedziała tylko:

Nie zostanę długo, nie martw się Skończyłam szkołę z wyróżnieniem. Wyjeżdżam do województwa, będę tam pracować w szpitalu. Nie będę często przyjeżdżać, trochę pieniędzy będę ci wysyłać. Do widzenia, mamo.

Chyba nie dotarło do Elżbiety, co powiedziała jej córka. Myślała tylko o jednym zdobyć coś do picia, dlatego domagała się pieniędzy.

Daj mi pieniądze, muszę poprawić głowę, nie szkoda ci matki Co z ciebie za córka…

Kasia wyjęła z kieszeni trochę złotych, położyła na stole, cicho zamknęła za sobą drzwi. Stała chwilę z nadzieją, iż matka wybiegnie, obejmie ją. Ale nie doczekała się. Powoli poszła do sąsiadki.

Zofia ucieszyła się, usadziła ją przy stole.

Siadaj, Kasiu, właśnie jemy obiad, mąż już czekał przy stole.

Och, zapomniałam Zofia przyniosła z drugiego pokoju torebkę to prezent dla ciebie, za świadectwo z wyróżnieniem, i trochę złotych dołożone. Przydadzą ci się na początek.

Kasia podziękowała i rozpłakała się.

Ciociu Zosiu, dlaczego tak jest? Dlaczego mama traktuje mnie jak obcą?

Nie płacz, Kasiu Zofia ją objęła nie płacz, bo już nie możesz zmienić mamy Taka już jest Elżbieta. Może urodziłaś się w nieodpowiednim czasie. Ale jesteś mądra i piękna, na pewno będziesz kochana i szczęśliwa.

Kasia wyjechała do miasta wojewódzkiego, podjęła pracę jako pielęgniarka na oddziale chirurgicznym. Tam spotkała swoją miłość, młody chirurg Marek zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Niedługo potem pobrali się. Na weselu przy Kasi siedziała Zofia, cieszyła się, jakby własną córkę wydawała za mąż.

Elżbieta otrzymywała od córki pieniądze i chwaliła się przed swoimi znajomymi:

To ja wychowałam taką córkę, teraz wysyła mi złotówki, jest wdzięczna. To ja ją wykształciłam. Tylko na ślub mnie nie zaprosiła, nie przyjeżdża, wnuków nie widzę. choćby zięcia na oczy nie widziałam.

Po jakimś czasie Zofia znalazła Elżbietę martwą w domu leżała na podłodze. Ile tak leżała, nie wiadomo. Sąsiadka zaniepokoiła się, bo na podwórku u Elżbiety była cisza. Kasia z mężem pochowali matkę, dom sprzedano. Rzadko, ale odwiedzali jeszcze Zofię i jej męża.

Idź do oryginalnego materiału