Ateistą stałem się już w szkole podstawowej. Panowała komuna, ale – o dziwo – w podstawówkach mieliśmy wtedy w klasach lekcje religii. Pewnego dnia siedziałem w ławce z niejakim Branickim (imienia nie pomnę) i jak to dzieciaki zachowywaliśmy się głośno i swobodnie. Może zbyt swobodnie. Ksiądz zaszedł nas od tyłu, cicho i niepostrzeżenie jak kot. Pamiętam, iż był to kawał wypasionego, ostrzyżonego „na jeżyka” byczka z wiecznie różową okrągłą gębą. Złapał nas za głowy i z całej siły trzasnął jedną o drugą. Zobaczyłem pęk rozpryskujących się gwiazd, a Branicki zawył z bólu jak wilk. Ksiądz wygonił nas na korytarz nie wykazując żadnego zainteresowania naszym samopoczuciem. A mnie jeszcze nazajutrz dzwoniło w uszach. Nie powiedziałem o zajściu rodzicom, bo choć nie byli gorliwymi katolikami, to jednak sumiennie praktykowali i z pewnością nie poparliby mnie w starciu z katolickim księdzem. „Musiałeś zasłużyć, skoro ci przyłożył” – taka byłaby ich reakcja.