Mieszkałem w dziewięciopiętrowym bloku z szarymi panelem, gdzie ściany są tak cienkie, iż kichnięcie sąsiada odbija się w kaloryferach. Nie zwracałem uwagi na trzaskające drzwi, nie przejmowałem się kłótniami przy przeprowadzce mebli ani hałasem starego telewizora w mieszkaniu na dole.
Jednak to, co robił mój sąsiad z góry Aleksander doprowadzało mnie do szału. Każdą sobotę, bez wahania, wciągał w łóżko wiertarkę albo młot udarowy. Czasem o dziewiątej rano, czasem o jedenastej w południe, ale zawsze w dzień wolny dokładnie wtedy, gdy chciałem w końcu się wyspać.
Na początku podchodziłem do tego z filozoficznym nastawieniem: Może to remont, może się przedłużył da się zrozumieć. Przewracałem się w łóżku, zakrywałem głowę poduszką i czekałem. Tygodnie mijały, a hałas młota budził mnie w sobotnie poranki, raz krótko, raz długim, nieustannie przerywając moje marzenia o spaniu.
Czasem dźwięk wdzierał się nie tylko rano, ale i w środowy wieczór, gdy wracałem z pracy z nadzieją na ciszę. Za każdym razem chciałem wstać i powiedzieć sąsiadowi, co o nim myślę, ale zmęczenie, lenistwo i strach przed konfliktem powstrzymywały mnie.
Pewnego sobotniego poranka, gdy wiertarka znów zakrzyczała nad moją głową, nie wytrzymałem i pobiegłem na górę. Pukałem, dzwoniłem do drzwi, ale odpowiedź była jedynie echem kolejnego stukotu młota. W mojej głowie wybuchło: Kiedyś cię! nie dokończyłem, nie wiedząc, co dokładnie wtedy zamierzam zrobić.
Wyobrażałem sobie różne scenariusze: od odcięcia prądu w całym korytarzu po wezwaniu policjanta, aż po wypełnienie formularza skargi. Czasem myślałem, iż Aleksander sam zrozumie, iż denerwuje wszystkich i przeprosi, wyprowadzi się albo po prostu przestanie wkręcać w ścianę!
Ten hałas stał się dla mnie symbolem niesprawiedliwości. Myślałem: Gdyby chociaż ktoś w naszym bloku się oburzył i położył koniec tej nudy!. Wszystko jednak trwało w swoich korytarzach, a ludzie nie wtrącali się w cudze sprawy.
W końcu nastąpiło coś, czego nie mogłem przewidzieć.
***
Pewnej soboty obudziłem się nie od huku, ale od głębokiej ciszy. Leżałem, nasłuchując, czy jeszcze nie rozbrzmi wiertarka, ale cisza była tak gęsta, iż niemal czuła się ręką. Udało się! pomyślałem albo ten potwór odszedł! Dzień minął w nieznanym dotąd poczuciu wolności: odkurzacz pracował cicho, czajnik choćby nie brzmiał, a telewizor nie drżał razem z sufitem. Siedziałem na kanapie i po raz pierwszy od dawna, szeroko się uśmiechałem, jak dziecko.
Następny dzień niedziela też był cichy, a potem poniedziałek, wtorek, środa. Hałas, który niegdyś wypełniał moje życie, po prostu zniknął. Ten tydzień ciszy wydawał się nienaturalny, niepokojący, jakby był nagłym kontrastem po miesiącach nieustannego stukotu.
***
Stałem przed drzwiami Aleksandera, zbierając odwagę. Co mam zrobić? Sprawdzić, czy wszystko w porządku? Czy może potwierdzić, iż nie wyolbrzymiam? Nacisnąłem przycisk domofonu. Drzwi otworzyły się niemal od razu, a w progu stała kobieta w ciąży, bladą twarzą i spuchniętymi powiekami. Spotkałem ją kilka razy w korytarzu, ale teraz wyglądała znacząco starsza, jakby przyspieszyły jej lata.
Czy jesteś żoną Aleksandra? zapytałem ostrożnie.
Skinęła głową.
Coś się stało? Nie słyszałam go od jakiegoś czasu…
Zatrzymałem się, nie wiedząc, jak odpowiedzieć na pytanie, które przychodziło z powodu ciszy. Kobieta cofnęła się o krok, wpuszczając mnie do środka. Nagle, cicho, wypowiedziała:
Leśni go już nie ma.
Nie zrozumiałem od razu, co to znaczy. Kilka sekund zajęło mi, by połączyć słowa.
Kiedy? spytałem.
W zeszłą sobotę, wcześnie rano wytrzeszczyła łzy. Ten niekończący się remont zmęczył go. Zawsze pracował w weekendy, bo w tygodniu nie miał czasu. Tego dnia wstał wcześniej niż ja, chciał dokończyć kołyskę. Był w pośpiechu i bał się, iż nie zdąży.
Wskazała w głąb mieszkania. Przy ścianie stała rozłożona na pół pół kołyska dziecięca po prostu połowa zestawu. Instrukcje, opakowania z wkrętami, części leżały na podłodze.
Po prostu spadł szepnęła. Serce. Nie zdążyłam się obudzić.
Stanąłem, jakby wrosły w podłogę. Jej słowa powoli, ciężko wchodziły w moje myślenie.
***
Hałas Ten sam, który tak mnie denerwował, budził w soboty! Przeklinałem go i człowieka, który go wytwarzał. Spojrzałem w dół, na karton z elementami kołyski małe śruby, klucz imbusowy, naklejki z numerami części. Wszystko starannie poukładane, jakby tylko ktoś naprawdę chcący zrobić coś ważnego potrafił tak postępować.
Czy mogę jakoś pomóc? zacząłem cicho, ale kobieta odrzekła głową:
Dziękuję, niczego nie potrzebuję
Wyszedłem prawie na palcach, jakby uciekając od świeżo zadanej rany. Schodząc po schodach, trzymałem się poręczy. Każdy krok był ciężkim poczuciem winy, które nie miało kształtu, ale paliło wewnątrz.
***
W domu podniosłem wzrok ku sufitowi. Cisza była gęsta, gęsta jakby mnie potępiała. Może dlatego tak nienawidziłem Aleksandra? Bo zakłócał mój sen? Bo tak go przeklinałem? Dla mnie nie był człowiekiem, a jedynie hałasem, niewygodą. A teraz
Teraz go nie ma. Została jedynie kobieta, która go opłakuje. niedługo urodzi się dziecko, które już nie będzie miało ojca. I kołyska, którą chciał złożyć, leży nierozebrana.
Muszę odwiedzić jego żonę i pomóc pomyślałem. Samo nie da rady
Wieczorem, gdy myśli się uspokoiły, znów spojrzałem w sufit. Tam wciąż panowała martwa cisza. Siedziałem w przyćmionej kuchni i zdałem sobie sprawę, iż nie zaśnę tej nocy. Poszedłem na górę, zadzwoniłem do drzwi. Kobieta otworzyła je z zaskoczeniem, nie spodziewała się mnie.
Przepraszam wiem, iż ledwo się znamy, ale jeżeli pozwolisz, mogę złożyć kołyskę. On chciał, żeby była gotowa. I jeżeli mogę, chciałbym pomóc powiedziałem, nieco niepewnie.
Spojrzała na mnie długo, jakby szukała sensu w moich słowach. Potem powoli skinęła głową.
Proszę, wejdź.
Wszedłem ostrożnie, omijając kartony z częściami. Pracowałem długo i w ciszy. Kobieta siedziała na kanapie, głaszcząc brzuszek, od czasu do czasu cicho jękając, starając się nie zakłócać. Gdy przykręciłem ostatni wkręt i poprawiłem oparcie kołyski, w pokoju poczułem zmianę jakby napięcie rozproszyło się w powietrzu.
Podeszła bliżej i dotknęła gładkiej drewnianej belki.
Dziękuję wyszeptała. Nie wyobrażasz sobie, jak to dla nas ważne.
Stałem, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Kiwnąłem głową.
Wychodząc, pomyślałem, iż po raz pierwszy od dawna zrobiłem coś naprawdę adekwatnego i poczułem, iż będę tu wracał.









