Zaczęło się od czerwonego fletu znalezionego przypadkiem w szkolnym pudle. Potem były pierwsze melodie wygrywane na prostych pasterskich piszczałkach, odkrywanie muzycznych dziejów rodziny, szkoła muzyczna w Żywcu, studia w Katowicach, Wiedeń i lekcje muzyki okupione pracą przy sprzątaniu oraz graniem na ulicy. Dziś Katarzyna Gacek-Duda ma w swojej kolekcji około 250 etnicznych fletów, koncertuje z artystami reprezentującymi bardzo różne gatunki, komponuje, prowadzi projekt artystyczny „Królestwo Beskidu” i jako doktor sztuki dzieli się swoją wiedzą o muzyce. A przede wszystkim pokazuje, iż muzyka Beskidów nie musi być zamknięta w skansenie. Może żyć, rozwijać się, przenikać z innymi gatunkami i trafiać na największe sceny.
Brzmienie Beskidów
– Jestem góralką z Żywca – mówi bez wahania. Beskidy nie są dla niej jednak jedynie miejscem pochodzenia. Są przestrzenią, z której wyrósł jej język artystyczny. Muzyka była obecna w rodzinie od pokoleń. Dziadek Mieczysław grał na skrzypcach. W czasie okupacji Niemcy zabrali mu instrument i roztrzaskali go przy studni, przy ponadstuletnim rodzinnym domu. Grał wtedy polską, beskidzką melodię. To wydarzenie stało się dla niego traumą. Dopiero kiedy wnuczka sama zaczęła interesować się muzyką, otworzył się i zaczął opowiadać jej o tamtych czasach. Wspominał również o dawnych rzemieślnikach i rodzinie, którzy tworzyli kierpce i gunie. Babcia Genowefa pochodziła z pasterskiej rodziny, wywodzącej się z rodu, który miał choćby około 400 owiec w Cięcinie Górnej.
– Tato pracował przy straży granicznej, jego ojciec był właścicielem młyna i potężnej ilości ziem w górach świętokrzyskich, a matka grała na bębnach. U babci od strony taty grano na akordeonie i okarynach, śpiewano – opowiada.
Katarzyna Gacek-Duda dorastała w świecie, w którym muzyka i piękno były czymś naturalnym. W domu były koronki koniakowskie, piękne obrusy i stare pianino. Wokół – beskidzkie krajobrazy, potoki, lasy i stada jeleni. Do dziś wspomina widoki na Lipowską, Romankę, Muńcuł i Baranią Górę. – Dzieciństwo miałam jak z bajki. Nie pamiętam prozy życia – mówi. Pamięta za to piękne łanie nad potokiem, rozległe widoki i zwierzęta. – Brzmienie Beskidów jest dla mnie niezwykłe. Słyszę szum igliwia, mgły przesuwające się i chmury.
Przyznaje, iż gdy pierwszy raz zobaczyła polskie miasto, była wręcz zdumiona jego brzydotą. Wychowała się bowiem wśród natury i piękna, w domu, w którym dbało się o estetykę. To doświadczenie do dziś jest obecne w jej muzyce.
Pierwszy flet pojawił się adekwatnie przypadkiem. Była mała, kiedy w szkole znalazła czerwony instrument. W szkolnym pudle znajdowały się zabawki i instrumenty perkusyjne, ale to właśnie flet przyciągnął jej uwagę. – Zwinęłam go sobie – wspomina z uśmiechem. Tak zaczęła się fascynacja, która trwa do dziś. Niedługo później pojawiły się proste pasterskie piszczałki. Lokalny rzeźbiarz potrafił niemal w kilka chwil zrobić z lipy trzy- lub czterootworowy instrument. Wykorzystywano też pozostałości po owcach – piszczałki mogły być czarne albo czarno-białe, jak beskidzkie owce. Katarzyna Gacek-Duda, mając sześć czy siedem lat, próbowała na nich odtwarzać beskidzkie melodie. Z czasem zaczęła tworzyć własne.
W domu było stare pianino, na którym wcześniej uczyła się grać jej mama. Pamięta, jak grała poloneza Chopina. Mama grała i śpiewała również na starej harmonii w kościele filialnym parafii Zesłania Ducha Świętego w Lalikach, w przysiółku Pochodzita. Artystka także próbowała swoich sił przy pianinie. Później odnalazły się rodzinne skrzypce. Po renowacji okazało się, iż instrument jest znakomitej jakości. Lutnik, który go odnawiał, powiedział, iż nie powstydziłby się go profesjonalny muzyk.
Katarzyna Gacek-Duda w stylizacji Beaty Bojdy. Fot. Anna Góra
Podwójne skrzydła
Mama zasugerowała, iż być może warto pomyśleć o szkole muzycznej. Katarzyna Gacek-Duda trafiła do szkoły w Żywcu, gdzie spotkała się z dużą przychylnością wobec góralskich korzeni i muzyki regionalnej. To ciocia wspomniała o flecie poprzecznym, gdyż sama niegdyś przez rok chodziła do szkoły muzycznej i wybrała właśnie flet poprzeczny.
Ważną postacią była dyrektor Teresa Chrapek, silnie związana z muzyką żywiecką. Później przyszła szkoła muzyczna II stopnia w Bielsku-Białej. Przez kilka lat mieszkała przy ulicy Schodowej u sióstr zakonnych. To tam nauczyła się także grać na gitarze, prowadziła spotkania muzyczne, uczyła śpiewać i grać dziewczęta mieszkające w bursie na gitarze oraz flecie. Następnie ukończyła Akademię Muzyczną im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w specjalności flet poprzeczny.
Jedną z najważniejszych postaci na tym etapie była prof. Dorota Korpanty. – To była i jest wybitna profesor, jedna z najwybitniejszych pedagożek w Polsce. Nauczyła mnie dyscypliny, ale miała też świetne podejście do ucznia. Zafascynowała mnie muzyką klasyczną – wspomina artystka. Jej klasa odnosiła sukcesy na konkursach, deklasując konkurencję. – Dorota Korpanty to anioł fletu. W szkole była dla mnie „mamą” – wspomina flecistka.
Drugą istotną mentorką stała się prof. Jadwiga Kotnowska, u której później ukończyła studia podyplomowe w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. – Jadwiga Kotnowska zdobywała międzynarodowe nagrody, nie godziła się na kompromisy, ale jednocześnie potrafiła uskrzydlać – mówi flecistka. To właśnie prof. Kotnowska zachwyciła się kolekcją etnicznych instrumentów swojej studentki i namawiała ją, by nie porzucała tej pasji, ale rozwijała ją równolegle z muzyką klasyczną. – To były podwójne skrzydła.
Złoty flet
Już na studiach klasycznych pojawiło się zainteresowanie muzyką innych kultur. Jej praca magisterska dotyczyła twórczości japońskiego kompozytora Toru Takemitsu, a konkretnie utworu „Voice” na flet solo. Takemitsu inspirował się w nim tradycyjnym japońskim fletem shakuhachi, próbując jego brzmienie przełożyć na zachodni instrument. Katarzyna Gacek-Duda wykonała ten utwór po raz pierwszy w historii katowickiej uczelni podczas swojego koncertu dyplomowego.
Podczas studiów w Akademii Muzycznej w Katowicach artystka zamarzyła o stypendium w Wiedniu. Najpierw musiała zdać egzamin, aby zdobyć stypendium. Udało się. Miała 21 lat, kiedy rodzice zawieźli ją do Wiednia i zostawili w akademiku. Trafiła do tureckiej dzielnicy, w czasie ramadanu. – To był kosmos. Jak w Turcji – wspomina. Mama wyjechała przed zachodem słońca, a później do młodej Polki przychodzili sąsiedzi z jedzeniem i specjałami przez całą noc. Wokół były młode kobiety mocno zakryte, zupełnie inna kultura i obyczaje. Pierwszy miesiąc był dla niej ogromnym zderzeniem z nowym światem, ale wspomina to bardzo ciepło.
W klasie flecistek była jedyną Polką. Wokół niej były głównie Japonki, często ze złotymi fletami. – Musiało być coś dobrego w moim egzaminie, iż mnie zauważyli – mówi. W Wiedniu nie było jednak taryfy ulgowej. – Nie było przebacz. Od razu musiałam się uczyć koncertów Mozarta. Śniło mi się to po nocach. Ćwiczyłam codziennie po sześć, siedem godzin Mozarta i Bacha. Był ogromny nacisk na kunszt w tym repertuarze.
Początkowo studiowała rok, później jeszcze przez pięć lat mieszkała w Wiedniu, ucząc się prywatnie, grając i koncertując po Europie. Dla niej najważniejsze było, by móc uczyć się od konkretnych muzyków, chodzić na koncerty i chłonąć muzykę na najwyższym poziomie.
Na duże koncerty, na których grali mistrzowie i wirtuozi muzyki klasycznej, nie zawsze było ją jednak stać. Znalazła własny sposób. – Ubierałam się, malowałam, brałam flet i… udawałam, iż jestem muzykiem filharmoników wiedeńskich. Przepuszczali mnie, nikt nie pytał. Wchodziłam, szukałam sobie miejsca i siadałam z głową do góry – opowiada. Dzięki temu mogła słuchać najwybitniejszych muzyków świata.
Jeździła również grać koncerty na austriacką prowincję. Tam zobaczyła coś, co zrobiło na niej ogromne wrażenie – szacunek publiczności do muzyków. – W kościołach podczas koncertu słuchacze siedzieli od początku do końca i nikt nie wychodził. To była dla mnie niesamowita kultura. W Polsce publiczność potrafi wchodzić i wychodzić w trakcie koncertu, a tam było widać ogromny szacunek dla młodego artysty. Podczas wykonywania muzyki klasycznej skupienie jest ogromne, każdy ruch może wybić artystę i doprowadzić do drobnych pomyłek lub utraty skupienia. To straszne uczucie.

Czarne polewki
Wiedeń dawał jej muzyczne możliwości, ale był także brutalną szkołą życia. Kiedy chciała oddać instrument do serwisu, zaczęła szukać sposobów na zdobycie pieniędzy. W Wiedniu było jedno z najlepszych miejsc do serwisowania fletów w Europie, Werner Tomasi. Znani fleciści zostawiali tam swoje instrumenty. – Chciałam nazbierać pieniądze i zaczęłam grać na ulicy – opowiada.
Zdarzało się jej grać w metrze, zwłaszcza gdy pogoda nie pozwalała występować na zewnątrz. Początkowo choćby nie wiedziała, iż potrzebne jest pozwolenie. Kiedy pewnego razu znajoma zobaczyła ją z koszyczkiem na pieniądze, przestraszyła się i udawała, iż jej nie zna. Zarabiała na życie także graniem w restauracjach. Nie zawsze były to przyjemne doświadczenia. – Grałam Bacha solo na flecie poprzecznym w knajpie flamenco, gdzie wszyscy oczekiwali gitary. Ludzie nie byli zadowoleni. Jeden klient z pogardą rzucił mi 50 euro – chyba szczęśliwy, iż kończę grać – sięga pamięcią, śmiejąc się, do tamtej chwili.
Był również czas, kiedy po prostu sprzątała. Codziennie od 5.00 do 8.00 rano pracowała w samym centrum Wiednia. – Świetnie płacili, wtedy było to 10 euro za godzinę – wspomina.
Wcześniej bywało znacznie trudniej. – Miałam pięć euro w kieszeni. Rozkleiły mi się buty, chodziłam prawie w skarpetkach i szukałam nowych butów, wierząc, iż uda się je kupić za te kilka euro. W końcu w lumpeksie znalazłam kowbojki. Były okropne – śmieje się. Dziś żałuje tylko jednego: – Szkoda, iż ich nie zachowałam. Byłyby świetną pamiątką – wspomina. – To była niezła szkoła życia, radzenia sobie i poznawania różnych kultur. Tam jest cały świat. Bardzo dużo dała mi też ta praca, nauczyła mnie dyscypliny i pokory – podkreśla.
Po powrocie do Polski nie wszystko potoczyło się jednak tak, jak mogła oczekiwać. – Musiałam przełknąć gorzką pigułkę. Były czarne polewki. Musiałam odpokutować to, iż byłam w Wiedniu – wspomina. Pobyt za granicą był jej wypominany, a profesor katowickiej Akademii uważała, iż skoro wyjechała, musi teraz udowodnić, ile naprawdę potrafi. Katarzyna zagrała dyplom z Mozartem i komisja doceniła pracę, jaką włożyła w przygotowanie. Drugi dyplom był jeszcze trudniejszy – sięgnęła po muzykę japońską. Później ponownie wróciła do Wiednia.
Po ukończeniu edukacji pojawiło się jednak znacznie trudniejsze pytanie: co dalej? Mogła grać w filharmonii albo zostać nauczycielką w szkole muzycznej. Odmówiła. – To był wręcz skandal, iż odmawiałam. choćby na Zachodzie mogłam grać na flecie w orkiestrach, ale coś mi podpowiadało, żeby tego nie robić. Do dziś nie wiem, co mną kierowało – mówi.
Przyszło poczucie zagubienia. – Człowiek kończy szkołę i nagle nie wie, co robić. Czułam się nikim – przyznaje. W tym czasie jej zainteresowanie tradycyjnymi instrumentami wcale nie wydawało się oczywistym atutem. Wręcz przeciwnie. Podczas studiów zdarzało jej się ukrywać, iż gra na beskidzkich piszczałkach. Koleżanki flecistki śmiały się z niej, a znajomi żartowali, iż gra z owcami na Ochodzitej. Ona sama wychodziła z piszczałką w góry, choć wcześniej nie przyznawała się do tego, znając podejście kolegów czy profesorów do tej pasji.
Królestwo Beskidu
A jednak właśnie ta pozornie egzotyczna pasja miała niedługo stać się jej największą siłą. – W moim sercu są Karpaty. Z tego wyrosłam – mówi. Założyła zespół Królestwo Beskidu, który stał się jej artystycznym korzeniem. Chodziło o promocję fletów karpackich i muzyki Beskidów, ale również o pokazanie jej związków z kulturą wołoską. W tej muzyce spotykają się wpływy Żywiecczyzny, Trójwsi Beskidzkiej z kulturą wołoską. To duża mieszanka – dawne wędrówki pasterskie, muzyka karpacka oraz współczesne poszukiwania.
W pewnym momencie ktoś ją usłyszał i zaprosił do współpracy. Później pojawiali się kolejni artyści. Przełomem okazał się konkurs „Nowa Tradycja” w Warszawie i nagroda Złote Gęśle. – Po tym konkursie moje życie się zmieniło. Telefony się rozdzwoniły. Pojawiły się nagrania, płyty, zaproszenia – wspomina. Od 2015 roku jej działalność artystyczna w Polsce nabrała zupełnie nowego tempa.
Zaczęła przemycać elementy kultury ludowej do bardzo różnych gatunków. Jej instrumenty pojawiały się na dużych scenach, w muzyce filmowej, projektach artystycznych, koncertach telewizyjnych i przedsięwzięciach muzyków reprezentujących zupełnie różne światy. Współpracowała w kontekście muzyki rozrywkowej m.in. z Adamem Sztabą, Marcinem Pośpieszalskim, Krzysztofem Cugowskim. Grała z Orkiestrą Kameralną AUKSO pod batutą Marka Mosia. Scenę dzieliła także z Grażyną Łobaszewską czy Igorem Herbutem. Współpracowała przez wiele lat z Marią Pomianowską. W dziale muzyki chrześcijańskiej współpracowała z Mateuszem Otrembą „Mate.0”.
W 2023 roku obroniła doktorat sztuki w Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie, poświęcony fletom etnicznym oraz autorskiej ornamentyce etnicznej na współczesny flet poprzeczny. W praktyce oznaczało to próbę przełożenia charakterystycznych brzmień tradycyjnych instrumentów na język klasycznego fletu. Jest autorką własnych miniatur etnicznych, komponuje muzykę, pisze poezję i teksty do swoich utworów.
Jej instrumentarium trudno porównać z typowym wyposażeniem flecisty. Dziś kolekcja liczy około 250 etnicznych fletów oraz kilka instrumentów strunowych szarpanych. Każdy z nich ma własną historię, pochodzenie i sposób wydobywania dźwięku. Podróżowanie po świecie, do miejsc, gdzie flet stanowi część tradycyjnej kultury, stało się jedną ze ścieżek jej artystycznego życia. Nie chodzi wyłącznie o zdobywanie kolejnych instrumentów. Chce poznawać ludzi, którzy na nich grają, ich tradycje i sposób myślenia o muzyce. – Uwielbiam podróżować z mężem i córką i na te wydarzenia czekam najbardziej – mówi.
Jej fascynacja etnicznym brzmieniem prowadziła ją m.in. do Rumunii. Na przełomie lipca i sierpnia 2024 roku pojechała do Sybinu, by w Muzeum Cywilizacji Ludowej ASTRA rozpocząć mistrzowski kurs gry na nai, znanej szerzej jako fletnia Pana, a w Polsce jako multanka. Uczyli tam pedagodzy będący w pierwszej linii absolwentami legendarnego Gheorghe Zamfira, jednego z najwybitniejszych wirtuozów tego instrumentu. W Polsce multanka jest niemal zapomniana. Katarzynę interesują również ślady jej obecności na ziemiach polskich, w tym związki z Żywiecczyzną.
– Próbuję o tym pisać oraz mówić, ale nie widzę zainteresowania ze strony instytucji, które powinny wspierać charakterystyczne dla Żywiecczyzny atrybuty dotyczące rodzimej muzyki tradycyjnej. To fascynujący instrument, w którym można się zakochać bez reszty – przekonuje.
W ostatnich latach jej instrumenty coraz częściej trafiały także do muzyki filmowej. W marcu 2024 roku jako solistka wykonała partie na fletach etnicznych podczas polskiego prawykonania koncertowego muzyki Johna Debneya z filmu „Pasja” Mela Gibsona, występując z Polską Orkiestrą Muzyki Filmowej w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Dwa miesiące później, podczas koncertu „Polish Gala: Modern Roots” w ramach Kraków Film Music Festival w ICE Kraków Congress Centre, zagrała solową partię fletu basowego oraz polskiej piszczałki z jabłoni do suity z muzyki do netfliksowej wersji „Znachora” w reżyserii Michała Gazdy. Następne wersje koncertowe muzyki z filmu „Znachor” również były wykonywane przez Katarzynę Gacek-Dudę.
W lipcu 2024 roku została zaproszona na pierwszą edycję Tarnowskiego Lata Fletowego, gdzie w gronie wybitnych polskich i zagranicznych flecistów dzieliła się wiedzą na temat autorskiej ornamentyki etnicznej i wykonała koncert solowy na wybranych fletach etnicznych oraz flecie poprzecznym. Kilka miesięcy później, podczas finału Ethno Jazz Beskidy, zagrała u źródeł Wisły, m.in. obok zespołu Vołosi. Prowadziła także warsztaty dla flecistów klasycznych i zajęcia poświęcone tradycyjnym instrumentom. W listopadzie 2024 roku prowadziła warsztaty oraz wykłady flażoletowe w Akademii Muzycznej w Poznaniu oraz w Ośrodku Kultury w Swarzędzu. Również wykładem o charakterystyce i nauce gry na fletach etnicznych dzieliła się ze studentami Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.
Jej działalność obejmuje także współpracę międzynarodową. W duecie z harfistką Małgorzatą Komorowską wykonuje prawykonania muzyki meksykańskiego kompozytora Arturo Márqueza. Jedno z takich wydarzeń odbyło się w auli Akademii Muzycznej w Bydgoszczy w obecności ambasadora Meksyku w Polsce. Wcześniej występowała m.in. dla ambasady RP w Stambule, w Pekinie, a także podczas koncertów telewizyjnych w Polsce, na Węgrzech i we Lwowie. W latach 2018-2023 była zapraszana jako muzyk towarzyszący do projektów prof. Marii Pomianowskiej, która była również promotorką jej pracy doktorskiej. W 2019 roku w ramach festiwalu Warszawska Jesień zrealizowała projekt „Tchnienie” na etniczne flety świata, instrumenty perkusyjne i elektronikę.

Z hartu ducha
Mimo wszystkich tych podróży, współprac i wielkich scen najważniejsze pozostają dla niej Beskidy. – Jestem czasem podwójnie zachwycona, jak piękną mamy muzykę. Martin Wałach i Łukasz Juroszek, koledzy z zespołu Królestwo Beskidu, przynoszą czasem nieznane melodie, piękne melodie i piękne słowa – zachwycam się kierunkiem ich melodii i nietuzinkową harmonią.
Jej zdaniem region jest niezwykle bogaty muzycznie, a tradycja wcale nie oznacza wyłącznie tego, co wydarzyło się dawno temu.
– W Królestwie Beskidu owszem gramy stare melodie, ale czerpiemy również inspirację z kierunków tych kantylen. Uciekam wtedy do lasu lub w góry i tworzę nową muzykę na podstawie muzycznej przestrzeni, jaką dają nam skale i mikrotony, ale i akcentacja – tłumaczy. Właśnie w tym widzi sens swojej pracy. – Muzyka tradycyjna nie musi być martwa i byle jaka, powtarzaną bez końca. Może być punktem wyjścia do tworzenia czegoś nowego. Muzyka instrumentalna ma również to do siebie, iż można improwizować i dodawać ornamentykę charakterystyczną dla Beskidów. Wbrew pozorom jest to niesamowity płaszcz możliwości. Uwielbiam szybkie tempa, dlatego zmieniamy tradycje i muzycznie przyspieszamy ją. Gramy również muzykę z Rumunii, która sama w sobie ma tendencje do rywalizacji o tempo – zwraca uwagę. – Nasza muzyka beskidzka pozwala ciągle tworzyć coś nowego – dodaje.
Źródłem tej muzyki pozostaje przede wszystkim natura. Potoki, ptactwo, woda, lasy, mgły przesuwające się nad dolinami. Wszystko to – jak przekonuje – można odnaleźć w brzmieniu Beskidów. – Natura i pasterstwo były pierwotną inspiracją dla muzyki karpackiej. To ma znaczenie, w jakim miejscu jesteś i jakie to jest piękne. Piękno przyciąga. Uważam, iż my jesteśmy uprzywilejowani jako górale. Jeżdżę na Podhale, ale to jest dla mnie równina, bo to ja, gdy wracam z podróży i koncertów, żyję w sercu Beskidów – albo z góry, albo pod górę. Kiedy widzę mgły w dolinach, bardzo dużo rzeczy się we mnie uwalnia. To jest ogromna inspiracja. Widzę Tatry, Małą Fatrę, Orawę, Kysucę i Beskid Śląsko-Morawski, to obłęd – stwierdza.
W górskim krajobrazie widzi nie tylko piękno, ale również charakter ludzi, którzy od pokoleń musieli nauczyć się radzić sobie z trudnymi warunkami. Beskidzkie melodie mają, jej zdaniem, oddawać ducha i atmosferę tych miejsc, ale również ludzkie rozterki. – Zima to ciężka sprawa. Są dwa wyjścia – albo się załamać, albo zahartować i działać. Ludzie, którzy mieszkają tutaj od pokoleń, wiedzą, iż trzeba walczyć, dostosować się i pokonywać trudności – wskazuje.
Pamięta jeszcze czasy, kiedy muzyka towarzyszyła codziennej pracy. Jako dziecko chodziła z rodziną na pola. Były termosy, kanapki, przerwa na polanie i śpiew. – Szliśmy na pole, potem była przerwa i zostawało się na tej polanie. Z muzyką i śpiewem. Te czasy już nie wrócą. Ja to tylko „dotknęłam”, bo to już wtedy się kończyło – wspomina.
Rodzimy się z tą muzyką
Tym bardziej zależy jej na tym, żeby muzyka, która towarzyszyła dawnemu życiu, nie zniknęła razem z nim. – Cieszę się, iż tę kulturę upowszechniam po swojemu. Ten mój sposób na życie stał się też pracą. Nigdy nie chciałam odtwarzać muzyki, zawsze musiałam coś dodać, coś zmienić. Ale to nic nowego. To dzisiaj są twarde zasady, które podcinają skrzydła tym, którzy czują trochę inaczej tradycje. Nie rozumiem, iż na Spiszu nie można podczas konkursów muzyki tradycyjnej grać na piszczałce. To jakieś chore ramy. Przecież duszą Karpat jest flet pasterski, tego nie można odciąć tylko dlatego, iż nie znaleziono gdzieś śladów instrumentu lub „zaginął”. To jest straszne. W moim odczuciu, jeżeli instrument zaginął – to co stoi na przeszkodzie, aby go „odnaleźć” ze względu na przodków – stwierdza.
Nie chce przy tym sprowadzać góralskiej kultury do stereotypu karczmy, alkoholu i rubaszności. – Nie lubię tej nagonki na górali, iż to karczma, pijaństwo i chamstwo. Ja tego nie znam. Mój dziadek miał bibliotekę, był światłym człowiekiem, dyrektorem szkoły. To samo cała rodzina – mówi.
Za kulturą, z której wyrasta, widzi wiedzę, rzemiosło, muzykę, opowieść i ogromną wrażliwość na otaczający świat.
Jednym z najważniejszych momentów jej artystycznej drogi była jej kompozycja „Suita Karpacka”, której premiera odbyła się w Narodowym Forum Muzyki.
Flety karpackie spotkały się tam z orkiestrą kameralną NFM Leopoldinum pod batutą Radosława Labahua, a za orkiestrację odpowiadał Mateusz Walach. Dla artystki było to uwieńczenie wielu lat pracy i szczególny moment – muzyka wyrastająca z beskidzkiej tradycji zabrzmiała przed publicznością kojarzoną przede wszystkim z muzyką klasyczną. – To było dla mnie uwieńczenie tych wielu lat pracy. To było niezwykłe – zagrać swój utwór z tak wspaniałą orkiestrą i w tak wspaniałym miejscu – wspomina.
W grudniu 2024 roku ukazała się jej druga płyta „Zimowe Śpiewy”, zawierająca autorską muzykę i teksty. Kolejny album jest w trakcie pracy, inspirowany podróżami od Izraela, przez Stambuł, po regiony Morza Czarnego. Jej muzyczna mapa jest więc ogromna, ale kiedy mówi o tym, co najważniejsze, wraca do jednego miejsca. W Beskidy.
– Podczas jednego z koncertów Królestwa Beskidu w Tychach burza przerwała nasz występ – przypomina sobie. Organizatorzy zaprosili muzyków ponownie – tym razem zimą. To już 13 stycznia podczas Tyskich Wieczorów Kolędowych.
Na koncert w Tychach przyjechała również młoda publiczność. Dla Katarzyny Gacek-Dudy takie sytuacje są dowodem, iż tradycja może mieć przyszłość. – Gram z muzykami z Beskidów, ale takimi, iż nikt po akademii nie potrafi grać jak oni. Urodzili się z naszą muzyką. Czują ją, ta muzyka płynie w ich krwi i to słychać. To nie zaginie – mówi z przekonaniem. Przywołuje obraz trzyletniego dziecka z Istebnej, które ledwo mówiło, a już świetnie grało na akordeonie.
Sama tę muzykę zabrała znacznie dalej – na sceny Krakowa, Warszawy, Wilna, Pekinu, Stambułu, Wiednia i wielu innych miejsc w Europie i na świecie. Jej kolekcja około 250 fletów jest dziś czymś znacznie więcej niż zbiorem instrumentów. To zapis fascynacji kulturami, podróży i poszukiwania brzmień, które potrafią opowiedzieć o miejscu bez używania słów. A w centrum tej muzycznej mapy wciąż pozostają Beskidy – krajobraz dzieciństwa, rodzinne historie, pasterskie piszczałki i melodie, które kiedyś towarzyszyły pracy na polu.
Droga Katarzyny Gacek-Dudy pokazuje, iż tradycja może być początkiem, a nie końcem. Że można zabrać ją ze sobą na wielkie sceny, połączyć z muzyką klasyczną, filmową i współczesną, a jednocześnie zachować jej najważniejszy pierwiastek. I iż czasem wystarczy czerwony flet znaleziony w szkolnym pudle, w maleńkiej szkole prowadzonej przez jej dziadków w Lalikach.
Stronę internetową artystki znajdziesz TUTAJ.
Katarzyna Gacek-Duda w stylizacji Beaty Bojdy. Fot. Anna Góra








