Sąsiedzi chcieli nam udowodnić, iż to oni rządzą na klatce schodowej, zupełnie bez sensu.
To wydarzyło się pięć lat temu, choć równie dobrze mogłoby trwać kilka sekund w śnie wszystko wydaje się tam pozbawione logiki. Z mężem i dwójką dzieci mieszaliśmy jak sardynki w puszce, w ciasnej izbie przypominającej raczej warszawski schowek niż mieszkanie. Przez głowę przemykały nam myśli o nowych przestrzeniach, ale te myśli rozchodziły się jak dym i ulatywały za każdym razem, gdy pranie nie miało gdzie schnąć.
Kiedy okazało się, iż pojawi się u nas trzecia pociecha, przyszedł czas przebudzenia i nie był to przyjemny poranek. Staliśmy się więźniami potrzeby rozrastania się, a jedyna ulica wiodąca ku normalnym warunkom wiodła przez sprzedaż naszej mikro-nory i dorzucenie oszczędności, by kupić mieszkanie z trzema pokojami na obrzeżach Warszawy.
I tak wpłynęliśmy w nurt zwany „nowe mieszkanie”, dokładnie na drugim piętrze starej warszawskiej kamienicy z duszą i stukającymi rurami. Wnętrze było idealnie odremontowane, a ściany pachniały jeszcze świeżą farbą. Wstawiliśmy meble, ale ani szafa, ani kanapa nie spodziewały się tego, co miało nadejść.
Przez chwilę żyliśmy jak w bajce czytanej w śnie: z dźwiękiem spadających kropel wody i szeleszczących zasłon. Wszystko roztrzaskało się jednak o rzeczywistość niczym porcelana sąsiedzi z wyższych pięter zawiązali sojusz marszandów swojego porządku, by przypomnieć nam, kto tu jest dyktatorem korytarza.
Pretensje i żale oplatały nas jak pajęczyny w starej szkole w Kozłowie:
Czemu drzwi wejściowe tak długo otwarte?!
Przenosiliśmy meble, więc musiały stać, otwarte jak wrota do Narnii.
Dlaczego samochód stoi pod moim oknem?!
Bo to moje okno, droga pani, akurat mieszkanie mamy pod państwa balkonem.
Następna skarga wbijała się w uszy niczym sygnał karetki:
Dzieci wracają z przedszkola i biegają! Przeszkadzają mi ich bajki!
Ale przecież pani mieszka NAD nami dźwięk nie leci pod górę jak balonik!
Cierpliwość moja była już jak cienko rozsmarowane masło na kromce chleba. Przyszło apogeum: sąsiadki nawiedziły moją żonę, która za chwilę miała rodzić. Przyszły tuż po obiedzie, kiedy byłem poza domem. W przedpokoju śniły się dziwne rzeczy panie krzyczały, żona słuchała, a światło żarówki drgało jak powieka.
Przyszłyśmy porozmawiać.
O co chodzi?
Pani mąż, wychodząc na papierosa, wpuścił do klatki obcego mężczyznę! Ten chodził i oferował dorabianie kluczy do domofonu.
Ależ mój mąż nie pali odpowiedziała żona, a bańka absurdu pękła nad jej głową.
Gdy wróciłem i poznałem historię, poszedłem do sąsiadek, a rozmowa była tak dyplomatyczna, jak ruch tramwaju o piątej rano: jasno zakomunikowałem, iż mają zaprzestać tych podszytych lunatyzmem oskarżeń.
Od tamtej pory żyliśmy dalej sąsiadki przestały się z nami witać, ale na klatce piętrzyła się cisza. Wszystko wydawało się snem, który trwa i rozciąga się w nieskończoność, jak dźwięk dzwonu na katolickie południe w Warszawie.









