Sąsiedzi z naszej kamienicy postanowili pokazać, kto tu rządzi – bez żadnego powodu rozpętali wojnę o drobnostki, choćby wobec mojej ciężarnej żony

twojacena.pl 5 dni temu

Sąsiedzi z bloku postanowili jasno pokazać, kto tu rządzi. Bez absolutnie żadnego powodu po prostu, żebyśmy pamiętali, gdzie nasze miejsce na tej wspaniałej mapie osiedla.

To było pięć lat temu. Ja i mój mąż Tomek mieliśmy już dwójkę dzieci Julkę i Zosię a cała nasza rodzina upychała się w klitce, która choćby studenckie standardy ledwo spełniała. Nic dziwnego, iż marzyliśmy o własnych czterech kątach a w zasadzie choćby pięciu metrach więcej. Ale na tamtym etapie wielkie plany kończyły się na rozmowach przy herbacie (i czasem czymś mocniejszym z butelki po Żubrówce).

Sprawy przyspieszyły, gdy okazało się, iż lada moment rodzina powiększy się o kolejną polską księżniczkę tym razem Marysię. Nie było odwrotu musieliśmy powiększyć metraż. Opcje były dwie: spać na zmianę albo wyprowadzić się dalej niż parking pod Biedronką. Więc sprzedaliśmy nasze M2, dołożyliśmy trochę złotówek (bolesny wydatek, bo kurs złotego wtedy nie rozpieszczał) i kupiliśmy wymarzone M3 na obrzeżach Warszawy, w kamienicy z duszą, która widziała już zbiórki harcerek i grilla sąsiadów pod drzwami wejściowymi.

Mieszkanie było cudem polskiej myśli remontowej, czyli czekały na nas gładzie, panele i łazienka w stylu polskiej Hiszpanii. Wstawiliśmy meble z Ikei i byliśmy niemal szczęśliwi, gdyby nie fakt, iż osiedlowe dynastie postanowiły wybrać nas na chłopca do bicia. Wyglądało na to, iż sąsiedzi z góry stworzyli specjalną „Koalicję Obywatelską Anty-Nowi” i wzięli nas na celownik.

Zarzutów było tyle, iż czułam się jak na komisji śledczej:
Czemu drzwi były tak długo otwarte pytała pani Halinka z drugiego piętra.
Bo przenosiliśmy meble, a nie pluszaki, odpowiadałam jak typowa Matka Polka z czwartkowym zmęczeniem.

Dlaczego parkujesz auto pod moimi oknami? dopytywał pan Edmund.
Parkuję pod swoimi, ale iż twoje są dwa piętra wyżej, to nie znam sposobu, by unosić mój samochód do góry odpowiadał Tomek, mistrz ciętej riposty.

Kolejny zarzut rozbroił mnie kompletnie:
Twoje dzieci biegają po powrocie z przedszkola, a potem puszczasz im bajki i to wszystko słychać!
Ale mieszkasz nade mną, więc jeżeli już, to twoje podłogi są winne.

Kulminacja przyszła, gdy sąsiedzi jakby się zmówili z losu zorganizowali lincz na mojej brzemiennej żonie, która miała rodzić już za miesiąc. Weszli jak po swoje, gdy byłam w pracy, i urządzili żonie spotkanie z pogranicza psychodramy i Kółka Gospodyń Wiejskich.
Bo, pani mąż wychodzi na papierosa i wpuścił obcego faceta, co chodził po klatce i dorabiał klucze do domofonu!
Mój mąż nie pali choćby szyszek w kominku, a kluczy ma więcej niż do szczęścia potrzeba!

Gdy wróciłem, zagotowałem się do poziomu polskiego piekła – i poszedłem na rozmowę pokoleń do sąsiadów. Może nie byłem szczególnie uprzejmy, ale skuteczny. Od tamtej pory nastała niepisana zgoda: sąsiedzi już się nie burzą, my oddychamy, a jedyne co spina sąsiedzką lwią grzywę, to brak dzień dobry na klatce. Ale umówmy się i tak nikt nie lubi small talku w windzie.

Idź do oryginalnego materiału