Wanda Kraszewska szła alejką osiedlową i czuła: coś jest nie tak. Był początek maja, w powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi i palonych liści — ktoś w ogródkach działkowych za blokiem palił zeszłoroczną trawę. Zwyczajny wieczór. Tyle iż dziś ludzie patrzyli na nią inaczej. Mówili "dzień dobry", ale odprowadzali wzrokiem zbyt długo. Ktoś szeptał sąsiadce na ucho, ktoś odwracał się, gdy ich spojrzenia się krzyżowały.
Wanda od dwudziestu trzech lat uczyła chemii i biologii w liceum przy ulicy Kopernika, w niewielkim mieście pod Radomiem. Znała tu prawie wszystkich — jeżeli nie samych mieszkańców, to ich dzieci. Jednym stawiała pierwsze piątki, innym pierwsze jedynki. Niektórych rodziców do dziś spotykała na targu, a oni dziękowali:
— Pani Wando, dzięki pani nasz Kubuś maturę zdał. Inaczej by nie wyszło.
Przywykła do szacunku. Do tego, iż na zebraniach rodzicielskich słuchają jej zdania. Że pierwsi się kłaniają. A teraz jakby coś pękło.
Przy furtce swojego domku na Osiedlu Ogrodowym zobaczyła sąsiadkę, Teresę Byczek. Ta stała pod płotem z dwiema kobietami i coś im żywo opowiadała. Gdy zauważyła Wandę, urwała w pół zdania. Kobiety też się odwróciły. Zawisła krępująca cisza.
— Dobry wieczór — powiedziała Wanda spokojnym tonem.
— Dobry… — mruknęła Teresa i zaraz zniknęła za swoją bramą.
Wanda weszła do domu, odstawiła siatkę z zakupami, usiadła przy kuchennym stole. Miała czterdzieści dziewięć lat. Od ośmiu żyła sama — mąż zmarł na zawał, syn po studiach wyjechał do Wrocławia, pracował tam w firmie informatycznej i wpadał rzadko. Wanda się nie skarżyła. Miała szkołę, książki, działkę za miastem. Zimą jeździła na nartach biegowych, latem zbierała grzyby w lesie koło Iłży.
Ale od kilku miesięcy dokuczało jej zdrowie. Najpierw osłabienie. Potem mdłości. Przytyła — jakieś siedem kilogramów, choć jadła mniej niż zawsze. I brzuch zaczął rosnąć. Twardy, wypięty do przodu, jakby…
Głupia myśl, odrzucała ją natychmiast. Czterdzieści dziewięć lat. I od kogo, niby? Pewnie zmiany hormonalne, wiek. Bywa. Jeździła do przychodni na Zdziechowskiej, lekarze brali krew, zlecali kolejne badania i rozkładali ręce:
— Trzeba poczekać na wyniki.
I czekała. A po osiedlu krążyły już zupełnie inne wyjaśnienia.
Pierwsza zauważyła Teresa Byczek. Kobieta o wyjątkowej spostrzegawczości — taka, co nic jej nie umknie i zaraz wszystkim opowie. Sama mieszkała samotnie, mąż dawno odszedł, dzieci porozjeżdżały się po kraju. Większość dnia spędzała przy oknie albo na ławce koło śmietnika, obserwując, kto przyjechał, kto wyszedł, do kogo zajrzał sąsiad.
Jeszcze w kwietniu zauważyła zmianę u Wandy. Przytyła. Chodziła wolniej. A brzuch… Teresa przyjrzała się dobrze, gdy Wanda rozwieszała pranie na sznurze między klonami. No i już. Wątpliwości prawie nie zostało.
— A niech to szlag — mruknęła do siebie. — Prawie pięćdziesiątka. I od kogo, ciekawe?
Tego samego wieczoru poszła do znajomej Grażyny, kasjerki w Biedronce przy rondzie. Przy herbacie zapytała jakby mimochodem:
— Grażka, zauważyłaś coś dziwnego? U tej naszej nauczycielki, Wandy.
— A co konkretnie?
— Zaokrągliła się. I brzuch do przodu jej poszedł. Jak u ciężarnej. I do przychodni jeździ co tydzień, a nic nie mówi, co tam u niej. Wiesz dlaczego nie mówi? Bo już nie ma czego ukrywać!
— Coś ty! — Grażyna aż otworzyła usta. — Ona ma prawie pięćdziesiątkę!
— No właśnie. Prawie pięćdziesiątka, a brzuch swoje robi.
Nazajutrz Grażyna opowiedziała to dwóm koleżankom z pracy. Te w domu mężom. Mężowie się uśmiechali, dorzucali od siebie. Za parę dni temat krążył prawie po każdym podwórku. Do końca kwietnia prosta plotka obrosła w szczegóły. Jedni twierdzili, iż Wanda ma romans z lekarzem z przychodni. Inni — iż to ktoś z osiedla, tylko dobrze się kryją. Jeszcze inni szeptali o żonatym mężczyźnie z sąsiedniej gminy, od którego niby jest w ciąży.
Wanda zaczęła to odczuwać wyraźnie. Rzadziej się z nią witano. Rozmowy milkły, gdy wchodziła. Na jednym z zebrań klasowych młoda matka, znana z tego, iż mówi bez ogródek, rzuciła głośno:
— A może dzieciom przydzielić innego wychowawcę? Żeby miały normalny przykład przed oczami?
Wanda nie od razu zrozumiała, o co chodzi. Wicedyrektorka Halina Woś gwałtownie zmieniła temat. Ale plotka zdążyła już wszystko zatruć.
W połowie maja wezwał ją do siebie dyrektor, Ryszard Ćwiek, mężczyzna po pięćdziesiątce, niegłupi, ale ostrożny do granic tchórzostwa. Przekładał długopis z ręki do ręki, odchrząkiwał.
— Pani Wando, niech mi pani wybaczy pytanie… Rodzice się niepokoją. choćby pisma składają. Mówią o wizerunku moralnym nauczyciela…
— Nie rozumiem — odpowiedziała spokojnie, choć ręce pod biurkiem jej drżały. — Proszę powiedzieć wprost.
Ćwiek poczerwieniał.
— No… krążą plotki, iż pani… iż jest pani w ciąży.
— I co dalej?
— To znaczy… kto jest ojcem?
Wanda wstała. Krzesło zaskrzypiało głośno na panelach.
— Panie dyrektorze, nie jestem panu winna tłumaczeń ze swojego życia prywatnego. Ale skoro tak pana to niepokoi, powiem wprost: nie, nie jestem w ciąży. Żadnego "ojca" nie ma. Mam problemy zdrowotne, jestem w trakcie diagnostyki i czekam na wyniki. Wystarczy?
— Oczywiście, oczywiście… — dyrektor pokiwał głową. — Ja tak właśnie myślałem. Niech pani wybaczy. Po prostu rodzice…
Wanda nic więcej nie powiedziała i wyszła. W pokoju nauczycielskim zapadła cisza, gdy weszła — koledzy wpatrzyli się w dzienniki, telefony, papiery. Tylko Halina podeszła i szepnęła:
— Nie przejmuj się. Ludzie bywają głupi, sama wiesz.
— Wiem — odparła Wanda. — Tylko łatwiej od tego jakoś nie jest.
Wieczorem siedziała długo przy oknie. Za szybą kwitł jeszcze bez, ten sam, co rósł wzdłuż płotu od lat. I nagle zrobiło jej się tak przykro, iż łzy same napłynęły do oczu. Dwadzieścia trzy lata oddane szkole. Tylu uczniów, którym pomogła się odnaleźć. A teraz jedna paskudna plotka zamieniła ją w oczach wszystkich w hańbę osiedla.
Zadzwonił telefon. Syn.
— Mamo, cześć. Jak tam u ciebie?
— Dobrze, Piotrek. Wszystko w porządku.
— Na pewno? Głos masz jakiś dziwny…
— Po prostu zmęczona. Koniec roku szkolnego, matury się zbliżają.
— Uważaj na siebie. Może przyjadę?
— Nie trzeba. Masz pracę. Poradzę sobie.
Rozłączyła się i odłożyła telefon na stół. Powiedzieć synowi wszystko? Nie. Zacznie się martwić. Sama sobie poradzi.
Ale nazajutrz zadzwoniła przychodnia — i tego telefonu Wanda się nie spodziewała.
Głos w słuchawce, spokojny, ale stanowczy, poprosił, żeby przyjechała jak najszybciej, jutro rano, na czczo, i żeby wzięła kogoś ze sobą. Wanda spytała, czy to coś poważnego. Pielęgniarka odpowiedziała wymijająco, iż lekarz wyjaśni wszystko na miejscu. Tej nocy Wanda nie zasnęła. Leżała, patrząc w sufit, licząc miesiące odkładanych badań, myśląc o synu, o szkole, o brzuchu, który od kwietnia jakby żył własnym życiem.
Rano pojechała sama, autobusem numer 4, bo nie chciała nikogo wtajemniczać. W gabinecie na Zdziechowskiej czekał na nią lekarz, doktor Bartosz Rzepka, z teczką pełną wyników USG i tomografii.
— Pani Wando — zaczął, kładąc na biurku zdjęcia. — Mamy diagnozę. To nie ciąża, tak jak podejrzewaliśmy od początku. To duży guz jajnika, torbiel o średnicy prawie osiemnastu centymetrów. Stąd powiększenie brzucha, przyrost wagi, złe samopoczucie. Zmiana wygląda na łagodną, ale ze względu na rozmiar konieczna jest operacja. Im szybciej, tym lepiej.
Wanda słuchała, patrząc na czarno-białe zdjęcie na ekranie, na kształt, który przez miesiąc zrujnował jej dobre imię w całym mieście. Poczuła nie strach, tylko coś w rodzaju gniewu, twardego i chłodnego, jak metal.
— Kiedy operacja? — spytała tylko.
— Za tydzień, w szpitalu wojewódzkim. Skierowanie przygotuję dziś.
Wyszła z przychodni i zamiast na przystanek, poszła prosto do szkoły. Zabieg czekał ją za tydzień, ale zanim się położyła na stole operacyjnym, chciała załatwić jedną sprawę.
Zwołanie zebrania rady pedagogicznej wymagało zgody dyrektora — Ćwiek nie odmówił, bo po prostu się bał. Stanęła przed całym gronem, z wydrukowanym skierowaniem i opisem badania w ręku, i położyła kartki na stole.
— To jest diagnoza, którą dostałam wczoraj. Guz jajnika, osiemnaście centymetrów, operacja za tydzień. Nie ciąża. Nikt mnie nie musi przepraszać — chcę tylko, żeby ci, którzy przez miesiąc rozpowiadali po mieście, iż jestem w ciąży z żonatym mężczyzną, przeczytali to na głos przy swoich sąsiadkach. Tak samo głośno, jak plotkowali.
W pokoju zapadła cisza gęstsza niż tydzień wcześniej. Halina Woś pierwsza podeszła i wzięła kartkę do ręki, jakby chciała się upewnić, iż to prawdziwy dokument, a nie kolejna plotka.
Operację przeprowadzono tydzień później, guz okazał się łagodny, jak przewidywał lekarz. Wanda wróciła do domu po dziesięciu dniach, chudsza o dawny ciężar i o coś jeszcze — o potrzebę tłumaczenia się komukolwiek.
Teresa Byczek przyszła pod jej furtkę dzień po powrocie ze szpitala, z avoską jabłek z własnej działki, próbując zagadać o pogodzie. Wanda otworzyła jej, wzięła jabłka, podziękowała krótko i powiedziała, iż jest zmęczona, i zamknęła drzwi. Bez krzyku, bez wymówek. Po prostu zamknęła.
Do liceum wróciła we wrześniu, na pierwszy dzwonek nowego roku szkolnego, w tym samym zielonym żakiecie, który nosiła od lat. Na apelu stanęła przy mikrofonie i powiedziała uczniom, iż w tym roku znów będzie uczyć chemii tych, którzy jej ufają — bo im samym się to opłaca, nie jej.





