Sprzeczka na placu zabaw zakończyła się kłótnią matek. "Była niezadowolona, iż nazwałam ją kłamczuchą"

gazeta.pl 3 godzin temu
Plac zabaw bywa dla rodziców polem minowym. Maluchy często przynoszą ze sobą ulubione zabawki, które niestety bardzo gwałtownie stają się obiektem pożądania innych dzieci. Sytuacja staje się jednak napięta, gdy maluch nie chce oddać cudzej własności, a rodzic nie widzi w tym problemu.
Podobną sytuację opisała jedna z mam na portalu Reddit. Kobieta wybrała się ze swoim 4-letnim synem na plac zabaw. Chłopiec zabrał kilka ulubionych zabawek, w tym wóz strażacki. Z czasem inne dzieci zaczęły się nimi bawić, a on sam pobiegł na zjeżdżalnię i huśtawki.

REKLAMA







Zobacz wideo Wendzikowska dorastała w domu pełnym alkoholu. "Często bierzemy winę na siebie"



Doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań
Gdy mama postanowiła wracać do domu, zauważyła, iż jednej zabawki, a dokładniej samochodu strażackiego, brakuje. Okazało się, iż bawi się nim inny chłopiec i wcale nie zamierza go oddać. Najgorsze w tym wszystkim było to, iż mama chłopca nie widziała w tym większego problemu.
Między kobietami doszło do niezbyt przyjemnej wymiany zdań. Sytuację dodatkowo zaogniły słowa jednej z mam skierowane do jej własnego dziecka: "To nauczycielka, musisz oddać zabawkę, kiedy nauczycielka poprosi".


To właśnie wtedy autorka wpisu dolała oliwy do ognia. Najpierw spokojnie wyjaśniła, iż nie jest nauczycielką, tylko matką dziecka i iż przyszła jedynie odebrać własność syna. W odpowiedzi usłyszała zarzut, iż próbuje zrobić z drugiej kobiety kłamczuchę i iż siłą odbiera im zabawkę.
"Zabawki znikają nam w magiczny sposób"
Takie sytuacje wcale nie są rzadkością. Nasze czytelniczki już kilka razy dzieliły się z nami podobnymi historiami, a my przytoczymy dziś trzy z nich.



Pani Ola w rozmowie z portalem eDziecko.pl przyznała, iż jej córeczka przyniosła kiedyś na plac zabaw kredę do rysowania, lalki i kilka drobiazgów. Inne dzieci bez pytania zaczęły z nich korzystać, a kreda została zużyta niemal w całości. - Najgorsze było to, iż nikt choćby nie pofatygował się i nie zapytał czy może wziąć. Te maluchy przychodziły jak po swoje, a rodzice choćby okiem nie mrugnęli, tylko patrzyli w te telefony i cieszyli się, iż mają spokój - wyznaje.


Z kolei pani Natalia, mama pięcioletniego Mateusza, dodaje: Zabraliśmy kiedyś na plac zabaw piłkę. Kiedy poszliśmy budować z piasku, zostawiliśmy ją pod ławką. Po kilku minutach podszedł inny chłopiec i ją po prostu zabrał. Kiedy grzecznie poprosiłam, by zostawił, usłyszałam od jego matki, iż samoluba wychowuję. Ale ja już dmucham na zimne, bo jedna piłka i kilka resoraków już nam w jakiś magiczny sposób z placu zabaw zniknęło.
Pani Gosia, mama dwójki chłopców, opowiedziała nam z kolei, jak radzi sobie z zabieraniem zabawek przez inne maluchy. - Mam na to najlepszy sposób, od jakiegoś czasu żadnych koparek, dźwigów czy hulajnóg nie zabieramy ze sobą. Mam dość tych krzywych spojrzeń rodziców i tych dzieciaków, które od razu lecą do nas jak muchy do lepu. Nie mamy zabawek, ale mamy święty spokój - wyznaje w krótkiej rozmowie.
Chcesz dodać coś od siebie? A może masz ochotę podzielić się z nami inną historią? Napisz na adres: klaudia.kierzkowska@grupagazeta.pl. Gwarantujemy anonimowość.
Idź do oryginalnego materiału