Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć Wiesz, całe moje dzieciństwo spędziłem bez taty, wychowywały mnie mama i babcia. Tęskniłem za ojcem już od przedszkola. A w podstawówce? No masakra! Jak bardzo zazdrościłem kolegom, którzy szli za rękę z wysokimi, silnymi ojcami, jeździli z nimi na rowerach, samochodami, bawili się. Najbardziej bolało, gdy któryś tata całował swoją córkę albo synka, brał na ręce i wszyscy się śmiali Myślałem wtedy: Boże, jakie to musi być szczęście
Mojego ojca widziałem adekwatnie tylko raz na jednym zdjęciu, gdzie uśmiechał się ale nie do mnie. Mama mówiła wtedy, iż tata jest polarnikiem, iż pracuje gdzieś bardzo daleko na północy, tak daleko, iż nie może przyjechać. Wyjechał, ale regularnie przesyła mi prezenty na urodziny. Dopiero w trzeciej klasie zrozumiałem, iż żadnego taty-polarnika nie mam I nigdy nie miałem! Przypadkiem usłyszałem, jak moja mama mówi babci, iż nie ma już siły okłamywać dziecka i dawać prezenty od ojca, który w rzeczywistości ich porzucił. Mimo iż żyje dostatnio, ani razu nie zadzwonił, nie złożył mi życzeń ani na urodziny, ani na święta.
A Michał tak uwielbia te dni To jedyne momenty wsparcia chociaż odległego, wyimaginowanego, ale jednak od swojego ojca… I wtedy, przed kolejnymi urodzinami, powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę żadnych prezentów od taty, bo taki tata nie istnieje. Upieczcie mi tylko moją ulubioną Ptasie Mleczko i tyle.
Nie żyliśmy zbyt bogato dwie skromne emerytury, pensja mamy i babci. Więc kiedy zostałem studentem, dorabiałem na dworcu jako noszowy, a potem w sklepach. Pewnego dnia sąsiad Paweł zaproponował mi, żebym go w grudniu zastąpił jako Święty Mikołaj w domach i przedszkolach. Przedszkola, wiadomo, od razu odpuściłem stroje, scenki, para z Śnieżynką, to nie dla mnie. Ale na indywidualne wizyty w domach w Sylwestra się zgodziłem.
Paweł przekazał mi zeszyt z wierszykami i zagadkami oraz adresami klientów. Scenariusz był prosty zapamiętałem szybko. Ale bałem się, iż palnę coś głupiego. Pierwszy raz poszedłem wyobraź sobie, wszystko wyszło świetnie! Namęczyłem się, ale nie popełniłem żadnej wpadki, wróciłem zadowolony do domu i jak policzyłem zarobek no, prawie zacząłem tańczyć z radości! W jeden dzień zarobiłem tyle, co przez całą sesję, nosząc kartony i worki!
Od tego roku co zimę byłem Mikołajem, w wakacje próbowałem pracować na budowie z ekipą ze studenckiej brygady. Związków jakoś specjalnie nie miałem wiadomo, nauka, praca, wieczne dorabianie. Oczywiście miałem dziewczyny, ale do ślubu nie dochodziło.Jak skończę studia, znajdę dobrą pracę, wyremontuję mieszkanie wtedy będę myśleć o zakładaniu rodziny, rozmyślałem.
Po dyplomie dostałem pracę jako inżynier póki co na niższym stanowisku. Postanowiłem kupić używane auto, marzyłem o własnym środku transportu. Rodzina żyła już trochę lepiej, ale na samochód wciąż brakowało, więc znowu wróciłem do posady Mikołaja. Mama wyciągnęła z szafy kostium, odświeżyła go, doszyła mnóstwo cekinów aż błyszczał. Rozczesana, biała broda też była pierwsza klasa prawie mnie nie było widać. Przyklejone brwi, czapka zobaczyłem się w lustrze i byłem z siebie zadowolony.
Mama tylko westchnęła: Michał, pora, żebyś miał własne dzieci, a nie tylko cieszył cudze. Spokojnie, zdążę odpowiedziałem, pocałowałem ją w policzek i poszedłem zarabiać.
Na tydzień przed Sylwestrem puściłem ogłoszenie w lokalnej gazecie w Krakowie i wpadło mi piętnaście zgłoszeń. Po wizycie w sześciu domach przeczytałem kolejny adres: ul. Sadowa 6, mieszkanie 19.
Wysiadłem z tramwaju, poszedłem ciemną, prawie nieoświetloną ulicą. Sadowa to bliska obrzeży dom odnalazłem szybko, wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem. Otworzył mi chłopiec 5, może 6 lat.
Mieszkałem w leśnej chatce przy skraju polany…” zacząłem świątecznym tonem, ale chłopiec przerwał: Ale my Mikołaja nie zamawialiśmy! Mnie się nie zamawia, do grzecznych dzieci przychodzę sam, odpowiedziałem, choć trochę zbity z tropu. Mama i tata w domu? Nie. Mama poszła do sąsiadki, babci Toni robić zastrzyk. Niedługo wróci.
A jak masz na imię? Michał. O kurczę, mój imiennik pomyślałem zaskoczony, ale przecież nie mogłem mu powiedzieć, iż ja też jestem Michał jestem przecież Mikołajem!
Gdzie macie choinkę? W moim pokoju. Chłopiec wziął mnie za rękę, zaprowadził do pokoju, malutkie mieszkanie, skromnie urządzone. Na stoliku przy łóżku zamiast choinki był tylko malutki, ozdobiony gałązkami słoik, z drobniutkimi bombkami i kolorowymi lampeczkami.
Obok dwie fotografie w identycznych ramkach mężczyzny i kobiety. Przyglądam się i nagle mnie zamurowało. Na zdjęciu to ja! Niemożliwe! myślę. Patrzę jeszcze raz. Po lewej moja studencka fotka w kurtce. Po prawej kobieta Anna Rogowska. Poznałem ją kiedyś na budowie w studenckiej ekipie. Jej zdjęcie już poważniejsze, kobieta patrzy smutnymi, pięknymi oczami ale to ta sama wesoła Anka z dawnych lat.
Kto to? spytałem głosem tak roztrzęsionym, iż ledwo sam siebie poznałem. To mama. Twoja?… Moja. A na imię Ania? blurtowałem. Ojej, tak! Trafił Pan! To Pan prawdziwy Mikołaj? Myślałem, iż tacy nie istnieją!
A to kto? wskazałem na swoje zdjęcie, już przeczuwając, iż Michał to mój syn. To mój tata! On jest prawdziwym polarnikiem! Wyobraź Pan sobie, żyje i pracuje na ogromnej krze! Mama mówiła, iż wyjechał dawno temu, kiedy byłem zupełnie mały. Nigdy go nie widziałem choćby nie pamiętam. Ale zawsze wysyła prezenty na urodziny i Nowy Rok. W tym roku też Mikołaj schowa mi prezent pod poduszką.
Zamurowało mnie przypomniało mi się moje dzieciństwo i wymyślony tata polarnik. Czy wszystkie matki wysyłają takich tatusiów na północ? Okazało się, iż ja też nim jestem. Poczułem, jakby życie mnie ugodziło prosto w serce. Przypomniałem sobie szalony, krótki romans z Anią. Wymieniliśmy się przecież telefonami, ale po powrocie do domu nie zadzwoniłem od razu, a za kilka dni mój telefon mi ukradli.
Często o niej myślałem ale nauka, spotkania z kumplami, przypadkowe dziewczyny wyparły ją z życia… A ona tu mieszka, nigdy mnie nie zapomniała, samotnie wychowuje naszego syna. Moje zdjęcie ustawiła obok swojego.
Chciałem już powiedzieć Michałowi, iż jestem jego ojcem, kiedy otworzyły się drzwi i weszła Anka: Syneczku, przepraszam, iż tak długo. Babci Tosi musiałam wezwać karetkę, wzięli ją do szpitala. Zobaczyła mnie: Ojej, ale my nie zamawialiśmy Mikołaja!
Z oczu popłynęły mi łzy radości. Zrzuciłem czapkę, brodę, oderwałem sztuczne brwi… Michał?! wykrzyknęła Anka. Usiadła na pufie w korytarzu i zaczęła płakać tak głośno, iż Michałek przestraszył się. Ale widząc syna, Anka gwałtownie się opanowała.
Powiedziałem Michałowi, iż przyleciałem z dalekiej północy, zostałem Mikołajem, żeby przygotować niespodziankę dla niego i mamy. Michałek był przeszczęśliwy. Śmiał się, recytował nam wiersze, ściskał za ręce, jakby bał się, iż znów zniknę. O prezencie choćby nie pytał wiedział, iż Mikołaj schowa prezent taty pod poduszką.
Michał zasnął, a ja z Anką gadaliśmy do rana, jakby nie było tych wszystkich lat rozłąki. Rano poleciałem do sklepu po jeszcze jeden prezent i dopiero wtedy zorientowałem się, iż omyłkowo wszedłem na Sadową 6A, a miałem iść na 6. W nocy nie zauważyłem żadnej literki Przez przypadek trafiłem tam, gdzie trzeba!
Taka szczęśliwa, przełomowa pomyłka! Teraz jesteśmy razem ja, Anka i Michał! Mamy tyle szczęścia, iż aż trudno uwierzyć. Mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem Michałem Michałowiczem!















