Trzeba było lepiej przygotować się na narodziny dziecka! Renia wraca ze szpitala do bałaganu, bez wózka i ubranek, bo mąż nie dotrzymał obietnicy – rodzina w szoku, a ona wstydzi się zaprosić kogokolwiek do domu. Czy to jej wina, czy bliscy zawiedli?

newskey24.com 1 miesiąc temu

Trzeba było pomyśleć wcześniej o pojawieniu się dziecka na świecie!

Moje wyjście ze szpitala przypominało dziwny sen, w którym wszystko jest na opak. Mój mąż, Artur, przyjechał po mnie starym fiatem wprost z pracy w centrum Warszawy, w garniturze jeszcze pachnącym kawą z automatów. Prosiłam go, by poprosił szefa o choćby jeden dzień wolnego, ale dyrektor w banku był nieugięty. Prosiłam go, żeby przygotował mieszkanie na narodziny synka, zapewnił mnie z uśmiechem, iż wszystkim się zajmie. Gdyby nie to, pewnie już pół roku wcześniej zrobilibyśmy generalne pranie, kupilibyśmy szafkę i przewijak, uporządkowalibyśmy salon. Ale tak westchnęła trzydziestoletnia Renata, przesuwając dłonią po obrusie we wzory z PRL-u.

Artur nie spełnił swoich obietnic?

Poszłam rodzić, nie mając nic przygotowane. Kiedy wróciłam na Pragę Południe, wszystko wyglądało jak w opuszczonej kamienicy. Było mi wstyd przed ciotkami i kuzynkami, które przyszły z gratulacjami. Kurz taki na półkach, iż można byłoby w nim wypisać imiona świętych. Nie stało łóżeczko, nie było przewijaka, choćby pieluszek nie kupił. Dobrze, iż koleżanki z pracy zostawiły mi paczkę tetrowych pieluszek i bodziaki w grochy ciągnęła Renata, patrząc przez okno na gołębie na dachu.

Renata wyszła za Artura sześć lat temu, w małym kościele na Mokotowie. Od dawna marzyli o dziecku, ale długo czekali, budując fundamenty pod życie najpierw własne, potem wspólne. Gdy w końcu poczuli się pewniej, postanowili, iż to czas.

Powiedziałam szefowej w księgarni, iż jestem w ciąży zwolniła mnie od razu, jakby to był jakiś grzech. Może inni by walczyli, może i powinnam, ale potraktowałam to jak znak, jakby powiedziała mi to sama święta Zofia. Oddałam się szyciu na drutach, haftowałam poduszki dla synka, piłam kawę zbożową i robiłam długie spacery nad Wisłą. Pieniędzy nie brakowało, bo akurat Artur dostał awans i premię opowiadała matka.

Ciąża była spokojna, prawie sielska, jakby świat zamienił się w powolny film ze słowiańską muzyką w tle.

Artur powtarzał, iż nie wolno mi kupować rzeczy z wyprzedzeniem, bo zapeszę tylko po porodzie można. Tak u nas w rodzinie mawiają. Siostra obiecała, iż odda komodę i łóżeczko po swojej Zosi. Zebrała też kilka zabawek i kocyk z owieczkami. Prosiła, żebym zawczasu wszystko zabrała, uprała, a ja tylko spakowałam torbę do szpitala i wiecznie czekałam na jakiś znak.

A kiedy wszystko zaczęło się dziać, w nocy, z księżycem nad Wisłostradą, Artur złapał się za głowę nagle wszystko trzeba było kupić i posprzątać. Ja w szpitalu myślałam o mokrych ubrankach, które zostawiłam w pralce, i których nikt nie rozwiesił, tak sobie leżały.

Na szczęście koleżanki mnie poratowały dostałam ciuszki, pieluszki, kocyk w chmurki, więc synek nie marzł. Artur biegał po sklepikach na Grochowie, odbierał od znajomych wózek czy ubranka, wszystko w poplamionych torbach, pełne kurzu i koci sierści. Musiałam prać to wszystko i czekać, aż wyschnie. Wtedy miałam dziwną ochotę uciec do swoich rodziców, a wszystkich innych zapisać do sanatorium.

Przez kilka dni doprowadzałam mieszkanie do stanu używalności, błądząc między pokojami jak we śnie, w którym brakuje drzwi. Minęły dwa miesiące od narodzin syna, a ja jeszcze nie miałam odwagi zaprosić nikogo w odwiedziny.

Rodzina już uznała, iż najwyższy czas zorganizować chrzciny, obiad, wręczyć upominki w złotówkach i czekać na kawę z sernikiem. Oni mają już zaplanowane moje życie, jakby to była telenowela mówiła Renata, kręcąc głową.

Moja mama nie rozumie, czemu wciąż jestem przygnębiona. Twierdzi, iż wszystko mogłam przygotować sama dziewięć miesięcy w domu, a ona nic nie załatwiła? Przecież mogłam poprosić Artura, żeby wniósł komodę, posprzątał, choćby przekupiła go pierogami wszyscy mówią, iż facetów trzeba prowadzić za rękę. Kto ufa w tej sprawie mężczyznom?

Co myślisz czy Renata słusznie ma żal do rodziny? Czy powinna była sama zadbać o wszystko? A może to los, sen, fatum nad Wisłą? Co byś zrobiła na jej miejscu?

Idź do oryginalnego materiału