Nie wiem, kto wymyślił, iż ciąża to najpiękniejszy okres w życiu kobiety. Chyba ktoś, kto nigdy nie spędził czterdziestu minut nad muszlą klozetową o piątej rano, modląc się, żeby chociaż woda utrzymała się w żołądku.
Moja Iga przechodzi przez to od dwudziestego trzeciego tygodnia. A ja stoję obok i patrzę, jak kobieta, którą kocham, zmienia się w cień samej siebie. Nie chodzi o brzuch — brzuch jest, rośnie, nosi go z taką godnością, iż czasem mam ochotę klęknąć. Chodzi o wszystko inne. O to, iż nie śpi. Że boi się zjeść, bo potem są wymioty. Że lekarz z przychodni przy Grabiszyńskiej powiedział "ciąża wysokiego ryzyka" i od tamtej pory te trzy słowa brzmią jak wyrok.
Więc kiedy w czwartek wieczorem zobaczyłem, jak siedzi na balkonie z kubkiem zimnej herbaty i patrzy w jeden punkt, odpuściłem. Zadzwoniłem do pracy, wziąłem dwa dni urlopu. Otworzyłem laptop, znalazłem hotel z basenem w Karpaczu — taki, co wygląda jak z folderu, biały, z przeszkloną restauracją. Trzy tysiące dwieście za dwie noce. Za dwa lata, jak już będziemy płacić za żłobek, ta suma pewnie będzie mi się śnić. Ale w tamtej chwili nie liczyłem.
— Jedziemy — powiedziałem, stawiając jej przed nosem telefon z rezerwacją.
Nawet nie zapytała, po co. Spakowała się w dwadzieścia minut. I to było najgorsze: zwykle pakowanie zajmuje jej godzinę, bo wszystko musi być idealnie złożone. Teraz wrzucała rzeczy do torby, jakby uciekała z pożaru.
Podróż z Wrocławia do Karpacza przez Jelenią Górę — godzina czterdzieści. Ona spała na przednim siedzeniu, a ja prowadziłem i myślałem, iż dawno nie widziałem, żeby ktoś tak spał. Głęboko. Z otwartymi ustami. Z pięścią przyłożoną do brody, jakby bała się wypuścić coś z ręki.
—
Hotel nazywał się Miraż. Sprawdziłem opinie — średnia 4,7, ale najważniejsze były zdjęcia basenu. Woda w turkusowym świetle, leżaki z drewna akacjowego, dużo szkła i zieleni. "Miejsce, w którym czas zwalnia" — tak napisali w opisie. W normalnej sytuacji rzuciłbym jakimś sarkastycznym komentarzem. Nie teraz.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła Iga po wejściu do pokoju, było podejście do okna i otwarcie go na oścież. Stanęła w przeciągu, wciągnęła powietrze tak, jakby przez ostatnie miesiące oddychała przez słomkę.
— Dobrze tu — powiedziała cicho. — Chyba pierwszy raz od miesiąca nie boli mnie nic konkretnego.
Zszedłem na dół z jej kostiumem w torbie, sprawdziłem temperaturę wody w basenie — dwadzieścia osiem stopni. W sam raz. Położyłem kostium na leżaku i wróciłem na górę.
Po drodze minąłem kelnerkę, która pchała wózek z ręcznikami. Zapachniało płynem do płukania i wanilią. Zatrzymałem się na sekundę, bo skądś znałem ten zapach. Dopiero w windzie sobie przypomniałem: tak pachniały ręczniki w jej mieszkaniu na Sępolnie, kiedy pierwszy raz mnie zaprosiła. Trzy lata temu. Miała wtedy na stole niedojedzoną sałatkę i stertę prania posortowaną na cztery kupki. Teraz walczy o każdy dzień ciąży, a ja wącham hotelowe ręczniki i się rozklejam.
Iga zeszła na basen godzinę później. Kostium, który jej kupiłem — niebiesko-biały, w kwiecisty wzór — leżał na niej jak coś między "pięknie" a "niewygodnie". Brzuch już wystawał spod materiału, taki twardy, napięty. Usiadła na brzegu, zanurzyła stopy po kostki.
— Zimna — stwierdziła.
— Dwadzieścia osiem stopni.
— No mówię. Zimna.
Roześmiałem się pierwszy raz od długiego czasu. Ten dźwięk — jej głos, kiedy wraca do normalności — działał jak otwarcie okna w dusznym pokoju.
Siedzieliśmy tak z godzinę. Ona moczyła nogi, ja podawałem jej wodę z cytryną. W pewnym momencie podszedł ratownik, młody chłopak, może dwadzieścia dwa lata. Zerknął na jej brzuch, potem na mnie i zapytał:
— Wszystko w porządku? Może podać coś pod plecy?
Iga pokręciła głową, ale widziałem, iż to pytanie ją poruszyło. Bo on nie patrzył na nią jak na atrakcję — patrzył jak na kogoś, komu po prostu trzeba pomóc. A to w ostatnich miesiącach wcale nie jest oczywiste.
Wieczór spędziliśmy w restauracji na dole. Zamówiła zupę krem z dyni i wodę. Ja — schabowego z ziemniakami. Siedzieliśmy przy stole pod oknem i widziałem, jak zmienia się jej twarz, kiedy zupa okazała się znośna. Zjadła pół talerza. Pół. Dla kogoś, kto od tygodni nie trzymał nic poza krakersami, to była wygrana.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytała. — To, iż wszyscy dookoła myślą, iż ja to przeżywam pięknie. A ja po prostu chcę, żeby to się już skończyło.
Odłożyła łyżkę. Nie dokończyłem schabowego.
— Nie możesz przyspieszyć porodu? — zażartowałem niezgrabnie.
Nie roześmiała się. Ale nie skarciła mnie też. Po prostu wróciła do zupy, a ja wiedziałem, iż dostałem w tej rozmowie więcej, niż brzmiało w słowach.
W nocy obudziłem się o trzeciej, bo łóżko obok było puste. Iga stała przy oknie w samej koszulce, jedną ręką trzymając się parapetu, drugą — brzucha. Podszedłem, otuliłem ją kołdrą.
— Co robisz?
— Coś mnie ścisnęło. Tu, nisko. Nie wiem, czy to normalne.
Serce mi stanęło. Zapytałem, czy boli teraz, czy bolało. Powiedziała, iż już przeszło, iż może to od chodzenia po schodach, może od zimnej wody w basenie. Usiedliśmy na łóżku, ja z telefonem, gotowy dzwonić na numer alarmowy albo do jej lekarki, ona z dłonią na brzuchu, licząc w myślach, czy poczuje ruch. Minuta. Druga. Trzecia. W końcu maluch kopnął, mocno, widziałem to przez materiał koszulki.
Nie spaliśmy już do rana. Siedzieliśmy oparci o wezgłowie, ja trzymałem jej rękę, ona co jakiś czas mówiła "jeszcze raz kopnęła" i za każdym razem z jej głosu schodziło trochę strachu. Dopiero kiedy za oknem zrobiło się szaro, powiedziała:
— Chyba przewróciłam się za bardzo w tę stronę. Lekarka mówiła, iż to może uciskać.
Nie wiedziałem, czy to prawda, czy tylko to, co mówiła sobie, żeby móc zasnąć. Ale trzymałem ją, dopóki oddech jej się nie wyrównał.
—
Drugi dzień zaczął się inaczej, niż planowałem. Zadzwoniłem do przychodni z pytaniem, czy powinniśmy wracać wcześniej. Położna powiedziała, iż jeżeli ruchy są, jeżeli nie ma krwawienia i ból minął, można zostać, ale mamy obserwować. Powtórzyłem to Idze trzy razy, zanim uwierzyła, iż naprawdę nie musimy pakować się i jechać na ostry dyżur.
Zeszła na śniadanie później niż zwykle, blada, ale zjadła bułkę z masłem i dwie truskawki. Potem, przy basenie, usiadła na leżaku, podparła się rękoma i — pierwszy raz od miesięcy — wyprostowała plecy. Zamknęła oczy i powiedziała:
— Chciałabym tu zostać do końca. Nie w tym hotelu. W ogóle. Gdzieś, gdzie nie będę się bała własnego mieszkania.
Zapytałem, o co jej chodzi.
— O to, iż w naszej łazience klękam codziennie w tym samym miejscu i już nie wiem, czy to ja się boję ciąży, czy tamtych kafelków.
Wtedy zrozumiałem, co muszę zrobić. Nie mogłem cofnąć nocy, którą właśnie przeżyliśmy, ale mogłem sprawić, żeby kolejne miesiące nie kończyły się w tym samym miejscu, w którym zaczynał się każdy zły poranek.
Kiedy Iga poszła się zdrzemnąć, wyjąłem telefon. Znalazłem na OLX mieszkanie do wynajęcia na Krzykach — dwa pokoje, duży balkon od wschodu, remont skończony w zeszłym roku. Cztery tysiące dwieście, drogo, ale z dopłatą od rodziców dałoby się utrzymać przez kilka miesięcy, do porodu i trochę po. Zadzwoniłem do właścicielki. Powiedziałem, iż sprawa jest pilna, iż żona jest w ciąży wysokiego ryzyka i chcemy się przeprowadzić jak najszybciej. Zgodziła się pokazać mieszkanie tego samego wieczoru, przez wideorozmowę, bo sama była wtedy w Poznaniu.
Obejrzałem każdy kąt przez ekran telefonu, siedząc na hotelowym korytarzu, żeby Iga nie usłyszała. Zapytałem o wilgoć w łazience, o ogrzewanie, o to, czy da się wjechać z wózkiem bez schodów. Umówiliśmy się na podpisanie umowy elektronicznie, jeszcze tego samego wieczoru — właścicielka miała wysłać dokument mailem.
Kiedy wróciłem do pokoju, Iga oglądała serial, siedząc po turecku na łóżku, z ręką wciąż odruchowo na brzuchu.
— Gdzie byłeś? — zapytała.
Usiadłem obok i po prostu jej powiedziałem. Wszystko: mieszkanie, cenę, rodziców, wideorozmowę na korytarzu. Nie chciałem już nic chować do torby między skarpetki.
Milczała dłużej, niż się spodziewałem.
— Podpisałeś to beze mnie — powiedziała w końcu, a głos jej drżał. — Wybrałeś mieszkanie, w którym mam rodzić dziecko, beze mnie.
— Jeszcze nie podpisałem. Chciałem najpierw z tobą porozmawiać.
— To dlaczego dzwoniłeś do niej z korytarza, żebym nie słyszała?
Nie miałem na to dobrej odpowiedzi. Powiedziałem, iż po tamtej nocy, kiedy stała przy oknie i trzymała się za brzuch, poczułem, iż muszę coś zrobić natychmiast, iż nie umiem już czekać, aż wszystko samo się poukłada. Że bałem się, iż jeżeli zapytam ją wprost, to i tak powie "nie teraz, nie mamy siły na przeprowadzkę" — i zostaniemy w tamtej łazience jeszcze pół roku.
— To moje ciało się boi tych kafelków, nie twoje — powiedziała. — Mogłeś chociaż zapytać, zanim zacząłeś oglądać mieszkania.
Miała rację i wiedziałem to, siedząc obok niej z telefonem, na którym wciąż czekał niewysłany mail od właścicielki. Powiedziałem, iż przepraszam, iż więcej nic nie zrobię za jej plecami, choćby jeżeli będę przekonany, iż to dla niej dobre. Że umowa może poczekać do rana, do jej zgody.
Przez chwilę patrzyła na ekran telewizora, nie na mnie. Milczenie ciągnęło się tak długo, iż zdążyłem zamknąć maila z ofertą i otworzyć go jeszcze raz, dwa razy, zanim się odezwała.
— Pokaż zdjęcia — powiedziała w końcu.
Pokazałem. Kuchnię, balkon, sypialnię z oknem na wschód. Oglądała długo, przesuwała palcem po ekranie, zatrzymała się na łazience.
— Kafelki są jasne — powiedziała. — To dobrze. Łatwiej będzie mi tam klęczeć, jeżeli już muszę.
Nie był to entuzjazm. Ale nie było też odmowy.
Ostatniego wieczoru zeszliśmy na basen po zamknięciu. adekwatnie nie powinniśmy, ale portier, starszy mężczyzna z siwym wąsem, machnął ręką.
— Tylko cicho — powiedział i zniknął.
Staliśmy w wodzie po kostki, trzymając się za ręce. Wokół tylko szum filtrów i odbite od sufitu światło lamp. Iga oparła głowę o moje ramię.
— Wiesz, iż ja ją kocham? — położyła dłoń na brzuchu. — Tę małą. choćby jak rzygam do południa. choćby po tamtej nocy, kiedy myślałam, iż coś się dzieje.
— Wiem.
— Ale to mieszkanie — dogadamy się, gdzie ma stać łóżeczko. Beze mnie już nic nie podpisujesz.
— Już nie.
Staliśmy tak długo, aż zrobiło nam się zimno.
W niedzielę rano spakowaliśmy się. Iga wyjęła z torby kostium, złożyła go starannie i położyła na wierzchu, żeby się nie pomiął. Wyjechaliśmy po śniadaniu, w milczeniu, ale to było dobre milczenie, nie takie, które trzeba wypełniać.
Zatrzymałem się przy pierwszej stacji benzynowej. Wyjąłem telefon, otworzyłem maila z umową, którego wciąż nie odesłałem. Podałem telefon Idze.
— Czytaj ze mną — powiedziałem.
Przeczytała wolno, zatrzymując się przy każdym punkcie, dopytując o kaucję i termin wypowiedzenia. Kiedy skończyła, oddała mi telefon.
— Podpisuj. Ale od jutra to ja dzwonię do właścicielki, nie ty.
Podpisałem tam, na parkingu, przy stacji, z kubkiem kawy w drugiej ręce. Iga patrzyła na mnie przez szybę, okrążając palcem kółko na zaparowanej szybie od środka, jedno, drugie, trzecie, jakby rysowała coś, czego jeszcze nie ma nazwy.
— To ja jutro dzwonię — powtórzyła, kiedy odłożyłem telefon. — Zapamiętaj.





