Z ukraińskiego wojska w krakowski plener. Niezwykła historia Jarosława Tarnowskiego

krknews.pl 3 godzin temu

„Kraków sam podpowiada: maluj mnie” – mówi Jarosław Tarnowski, artysta z Ukrainy, który każdego dnia rozstawia sztalugę w sercu miasta i próbuje uchwycić to, czego nie da się zatrzymać: światło, powietrze i nastrój chwili. Zanim jednak trafił pod Bazylikę Mariacką, jego życie prowadziło przez Zadnieprze, wojsko, wojnę i emigrację. Poznajcie tę fascynującą historię.

Najpierw było Zadnieprze

Zadnieprze – historyczny region Ukrainy, który Polacy kojarzą głównie z postacią Jeremiego Wiśniowieckiego, jednego z najpotężniejszych magnatów i dowódców wojskowych Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ojca późniejszego króla – Michała Korybuta Wiśniowieckiego. To właśnie stamtąd pochodzi Jarosław Tarnowski i tam też zaczęła się jego pasja – najpierw do rysunku, a później do malowania. Wychowuje się w latach 90., kiedy zajęć plastycznych dla dzieci jest jak na lekarstwo, więc rozpoczyna naukę na własną rękę. Impulsem staje się… kogut:

„Pewnego razu poprosiłem ojca, żeby namalował mi koguta na zajęcia z biologii w szkole. Ojciec namalował go „z głowy” tak pięknie, iż byłem szczerze zachwycony jego umiejętnościami. Nie miał związków ze sztuką, był inżynierem samochodowym. Trzeba jednak pamiętać, iż były to czasy, kiedy nie było programów i narzędzi, z których korzysta się obecnie, więc wszystko robił właśnie od ręki. Wracając do koguta: zaniosłem go do szkoły i dostałem piątkę, więc pomyślałem, iż to musi być proste – rysowanie ptaków. Otworzyłem grubą encyklopedię, zacząłem odtwarzać rysunki i tak to się zaczęło” – mówi Jarosław Tarnowski.

Po ptakach przyszedł czas na samochody, później portrety ulubionych muzyków i w końcu portrety dziewczyn kolegów. Pierwsze pudło z farbami trafiło do jego rąk nieco później – podczas służby wojskowej.

Zainteresowanie sztuką… wojskową

Rysunki rysunkami, ale marzeniu o byciu artystą towarzyszyło inne – o byciu wojskowym. To od swojego dowódcy Jarosław Tarnowski otrzymuje pierwszy zestaw farb. Trudno jest pogodzić służbę i pasję, ale nie poddaje się i szlifuje umiejętności chociażby nocami. Jednocześnie w Kijowie uczęszcza do pracowni bardzo dobrego malarza. To wtedy zaczyna podchodzić do rysunku i malarstwa poważnie, niemniej wciąż tworzy w tzw. czasie wolnym, nie porzuca wojska. Przez kilka lat łączy obowiązki służbowe z edukacją artystyczną. Jego zawód wymaga wielu podróży – wyjeżdża najpierw do Aten, później do Budapesztu. W obu miastach znajduje nauczycieli, którzy pomagają mu w rozwoju talentu i warsztatu.

Czas na malarstwo!

W 2015 r. Jarosław Tarnowski odchodzi z wojska z powodu kontuzji i stawia na malarstwo. Początki są obiecujące: razem z kolegą-artystą w sercu Kijowa wynajmuje piękną pracownię z czarnym skrzydłowym fortepianem, dużymi arkadowymi oknami i zwisającymi mosiężnymi żyrandolami. „Czułem się tam na swoim miejscu” – wspomina. Pojawiają się pierwsi studenci, własne wystawy, praca kuratorska. Niestety poleganie głównie na intuicji i brak umiejętności marketingowych skutkuje problemami z opłacaniem czynszu i przygoda kończy się po dwóch latach. Pracownia zostaje zamknięta, a Jarosław Tarnowski wraca w rodzinne strony, gdzie rozpoczyna pracę jako mechanik samochodowy i jednocześnie zastępca dyrektora firmy w biznesie ojca. Potem uczy też w szkole języków obcych. W trakcie naszej rozmowy podkreśla jednak, iż nigdy nie porzucił pasji, jaką jest dla niego malarstwo, i zawsze znajdował na nią czas mimo pracy zawodowej.

Małżeństwo artystów

Przebywając w rodzinnych stronach, Jarosław Tarnowski poznaje swoją przyszłą żonę, Alinę Honcharovą, absolwentkę Akademii Sztuk Pięknych we Lwowie. Działają od tej pory w tandemie, przenoszą się do Połtawy, miasta w środkowo-wschodniej części Ukrainy, gdzie otwierają prywatną galerię, która przynosi zyski. Organizują wystawy indywidualne i zbiorowe oraz zajęcia dla mieszkańców. Są coraz bardziej doświadczonymi artystami, pracują jako kuratorzy. Ta bajka również jednak nie trwa długo. Najpierw przychodzi COVID, a później wojna.

„Ja pamiętam, jak szedłem do galerii i widziałem wojskowe myśliwce, które krążyły nad naszym miastem. To był ranek 24 lutego, z mediów już wiedzieliśmy, co się stało. Nie było już więc ani studentów, ani żadnej sztuki, bo kto będzie przejmował się sztuką, kiedy trzeba uciekać, kupować produkty. Pojawił się chaos” – wspomina nasz rozmówca.

Połtawa znajduje się około 350 kilometrów od linii frontu, więc Jarosław i Alina decydują się zostać na miejscu. Tymczasem do miasta przyjeżdżają liczni uchodźcy ze wschodu kraju. Małżeństwo artystów organizuje dla przybyłych dzieci bezpłatne zajęcia plastyczne, żeby mogły one w tych ekstremalnie trudnych czasach poczuć chociaż namiastkę dzieciństwa. W inicjatywę angażują się też migrujący w bezpieczniejsze miejsca ludzie sztuki. W ten sposób zaczyna się duży projekt artystyczny, który nie dotyczy już tylko malarstwa, ale też tańca, sztuk wizualnych, muzyki, a choćby nauki. Oprócz dzieci zaczynają przychodzić dorośli. Dzieje się, pojawia się pomoc organizacji, pieniądze na czynsz, sprzęt, materiały i wynagrodzenie dla prowadzących. Powstaje centrum sztuki z prawdziwego zdarzenia, ale znowu nic nie trwa wiecznie.

Przeprowadzka do Krakowa

W 2024 r. wojna się toczy, ludzie zdążyli się już zaadaptować do nowych warunków, wsparcie organizacji pozarządowych słabnie. Jarosław Tarnowski z żoną zaczyna myśleć o wyjeździe i podjęciu tak bardzo wyczekanych studiów. Zna już Polskę, ponieważ w trakcie projektu bywał tu w ramach podróży służbowych. Wybór pada na Kraków. Przyciąga go nie tylko samo miasto, ale również Akademia Sztuk Pięknych, której wnętrzami zachwycał się podczas jednego z pobytów. To wreszcie jego szansa na edukację. Niemal dokładnie dwa lata temu małżeństwo melduje się więc w stolicy Małopolski, która do dziś jest ich domem, a Jarosław – studentem swojej wymarzonej uczelni, w tej chwili drugiego roku.

Wyjście w plener

Kiedy Jarosław i Alina mieszkali w Ukrainie, przede wszystkim prowadzili warsztaty. W Krakowie dla niego głównym zajęciem staje się malowanie. Robi to codziennie – na uczelni i w plenerze. Praca na mieście nie jest dla niego żadnym novum – klasyczna szkoła wschodnia przecież głosi, iż natura jest nauczycielką i dla artystów plener to podstawa. „Kraków sam podpowiada: maluj mnie” – uśmiecha się nasz rozmówca, który często uwiecznia te same lokalizacje. Tematami najbardziej powtarzalnymi w jego twórczości są Bazylika Mariacka, Rynek Główny, Wawel i Planty.

„Kościół Mariacki to tylko tło do tego, co maluję, ponieważ maluję powietrze i nastrój. Sam obiekt jest tylko lustrem, które odbija światło. Dlatego za każdym razem, ile bym nie malował ten kościół, jest właśnie inne światło, też inna pora roku, dnia oraz inna pogoda, mam ze sobą inne barwy. Powstaje więc inny obraz. Temat wydaje się ten sam, ale gdy tak pomyślimy o impresjonistach francuskich, to normalna praktyka. Spójrzmy na takiego Claude’a Moneta – dziesiątki razy przedstawiał na obrazach stogi siana”.

Jarosławowi Tarnowskiemu zdarza się też malować na prośbę obserwatorów inne miejsca. Poza tym w jego plenerowym portfolio znajdują się obrazy z różnych miast i miasteczek, które odwiedza. Tworzy niezależnie od pogody – śnieg i deszcz nie są mu straszne. Wyciąga farby olejne, sztalugę, przybory i działa. Jak mówi, granicą nie do przekroczenia staje się temperatura poniżej 10 stopni Celsjusza. Wtedy Kraków schodzi na drugi plan, bo nie tylko widoki miasta są jego zainteresowaniem. Przecież jest też Akademia i związana z nią działalność twórcza oraz zlecenia.

Od Bramy Floriańskiej po wystawy

Od 40 minut do godziny – tyle Jarosław Tarnowski poświęca na namalowanie jednego obrazu w plenerze. Dłużej się nie da ze względu na zmianę warunków świetlnych. Kiedy on skupia się na swojej pracy, mijają go przechodnie. Często robią zdjęcia, zagadują. Śledzą też profile „artysty kochającego Kraków” w social mediach. Tarnowski jest bowiem nowoczesny i promuje swoje prace na różnych platformach, gdzie łącznie zgromadził już kilkanaście tysięcy osób. To jego potencjalni klienci. Tak jak turyści przechodzący przez Bramę Floriańską, gdzie na murach można zobaczyć obrazy. Ceny zaczynają się od mniej więcej 250 złotych.

Myślenie o Jarosławie Tarnowskim jako o artyście ulicznym byłoby jednak sporym niedopowiedzeniem, a choćby błędem. Ma za sobą bowiem kilkanaście lat praktyki i edukacji oraz ogromną wiedzę. Posługuje się techniką alla prima, polegającą na nakładaniu farb bezpośrednio na płótno bez podmalówek czy szkicu, w jego przypadku: za jednym podejściem. Świadomie stosuje zniekształcenia albo wykrzywienia przestrzenne, co czasem budzi sprzeciw i pouczenia komentujących. Tymczasem dla niego głównym celem jest odwzorowanie ulotnej chwili, momentu, w którym tworzy, i uczuć, które towarzyszą mu przy malowaniu obrazu. Do jego mistrzów należą artyści XIX wieku m.in. Wojciech Weiss i Julian Fałat.

Jarosław Tarnowski podkreśla, iż to, co udostępnia w internecie, to choćby nie połowa jego twórczości. Tych bardziej filozoficznych, głębokich prac nie pokazuje bowiem w social mediach, można je zobaczyć wyłącznie na wystawach indywidualnych. Wśród cykli, które namalował, są m.in. cykl „Czym jest prawda”, będący refleksją nad pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę, czy „Akademus”, inspirowany korytarzami ASP. Niestety w tej chwili nie są udostępniane szerokiej publiczności. Z kolei krakowskie obrazy Tarnowskiego można zobaczyć np. w restauracji Hotelu Gródek czy przestrzeniach Kraków Central Apart Hotel. niedługo dołączy do nich kolejne miejsce, ale jakie? Tego jeszcze nie może zdradzić.

Małgorzata Armada

Idź do oryginalnego materiału