Zamiast siebie

twojacena.pl 1 tydzień temu

Zamiast siebie

Macocha doskonale widziała, iż Ludmiła nie chciała wychodzić za wdowca i nie dlatego, iż miał córeczkę, i nie ze względu na to, iż był starszy, tylko, iż ona go się po prostu bała jak ognia.

Jego zimne spojrzenie przeszywało człowieka na wylot, serce zaczynało z nerwów walić jak szalone, jakby próbowało się schować za żebrami. Ludmiła spuszczała oczy w podłogę i uparcie ich nie podnosiła, a jak już odważyła się spojrzeć, wszyscy widzieli, iż ma łzy na rzęsach.

Potem te łzy leciały po rozpalonych ze wstydu policzkach jak wielka powódź. Ręce jej drżały i zaciśnięte piąstki aż się prosiły o to, żeby odbić się od macochy i wyznaczonego przez nią kandydata na męża.

Ale język, ten zdrajca, palnął: Pójdę.

To jesteśmy umówieni! ucieszyła się macocha. Do takiego domu, do takiego gospodarza, wstyd nie pójść! On do swojej pierwszej żony kurz z ramion zdmuchiwał, choć to była łamaga, słaba i wciąż kaszlała. Bywało, idą razem on trzy kroki, ona ledwo jeden. Stanie, sapie jak ciuchcia, a on ją przytuli, uspokoi, ani słowem nie skrzyknie, nie tak jak twój tata bez głosu człowieka.

Gdy była w ciąży, mało kto widział ją na nogach. Leżała prawie cały czas, a po porodzie to już w ogóle nocami on tylko do dziecka wstawał, żona zanikła w oczach.

Tak mówiła jego mama.

A ty to zdrowa jak rydz, włosami możesz się chwalić! Na czerwonym rogu cię posadzi, zadbana, do wszystkiego nauczona i do kosy, i do sierpa, i przędziesz, i tkać umiesz. Za młodego grzech cię oddawać, on jeszcze charakteru nie ma, a ten to wiadomo, jaki jest. Szczęście cię, dziewczyno, spotkało!

Bimber pędzę, posiedzimy wieczorem, a wesela wdowiec nie potrzebuje po co zmarłej żonę tańcami drażnić. Przyniesienia wiana choćby nie chce dom aż się przelewa.

Władek ożenił się pierwszy raz z miłości wiedział, iż Wera ciągle choruje i jest słaba, i matka go przekonywała, iż silną kobietę potrzebuje, nie kolejną chorą duszę, ale nikogo nie chciał wtedy słuchać, tylko Werę i już.

Cała wieś gadała, iż go ktoś zaczarował, bo tylko zaczarowany człowiek postanawia sobie urządzić szpital we własnym domu.

Lekarze powtarzali, iż Wera ma bardzo słabe płuca przeziębienie i już zapalenie, a potem astma, a potem kto wie, może i gorzej.

Władek myślał, iż miłością przepędzi śmierć od żony, będzie się nią opiekował i choroba zniknie. I faktycznie, na początku po ślubie wszystko szło dobrze młodzi rozanieleni, szczęśliwi, świat należał do nich.

Potem, gdy Wera zaszła w ciążę, jakby ktoś ją na drugą stronę przewrócił ciągle osłabiona, kręciło jej się w głowie, chciało spać, a siły nie miała na nic choćby głowy pochylić, żeby rozczesać swoje piękne długie włosy.

Lekarze powtarzali: to ciążowe przypadłości, po porodzie przejdzie. A Władek dbał o nią jak o księżniczkę, bez żalu, bez wyrzutów. Tylko jego matka co i rusz biadoliła, iż przyprowadził do domu nie gospodynię, tylko kłopot. Władek żonę bronił jak orzeł gniazda, choćby matce drzwi zamknął.

Wera urodziła córeczkę i Władek miał jeszcze nadzieję; może teraz wszystko się poprawi. Szczęście wróciło, ale tylko na chwilę. Chłód złapał Werę, nie mogła już odzyskać sił gasła w oczach.

Zabrali ją do szpitala, a lekarz powiedział prosto, po wiejsku:

Proszę pana, jej płuca się rozpadają.

Wera wiedziała, iż niedługo czas. Starała się nie okazywać strachu, udawała wesołą, choć jej uśmiech przypominał raczej grymas. Oczy zdradzały ból i lęk o przyszłość córki.

Jakby wzrokiem kazała zapamiętać siebie roześmianą. Jej szczupłość wystające żebra, zapadnięta klatka, wysuszone dłonie, opuszczone chude ramiona bez słów mówiły, iż śmierć tuż obok i czeka na jej ostatni oddech.

Czując, iż koniec blisko, Wera poprosiła męża o rozmowę.

Nie urodził się jeszcze nikt, kto by plany Pana Boga zmienił. Nasza miłość się zmęczyła walką, więcej sił nie mam, choćby myśleć już nie chcę. Przepraszam cię i córkę. Urodziłam się, żeby przynieść zmartwienie, i was też przez to unieszczęśliwiłam.

Władek wziął jej gorące dłonie i całował. Słyszał po oddechu, iż się śpieszy czuł, iż zostało jej parę chwil. Mówiła chaotycznie o miłości, o trosce o córkę, a potem złapała tchu i powiedziała:

Ożeń się z Ludmiłą. Ona będzie dobrą żoną, ty jesteś dobrym mężem, ona będzie dobrą matką. Sama życie swoje miała niezłe z macochą, z przybranymi siostrami, pijanym ojcem wiem, co przeszła. Mama do nich chodzi, wszystko widzi i słyszy.

Ludmiła jest czuła, pracowita, cierpliwa, córki nie skrzywdzi, ciebie polubi. Bądź dla niej taki, jak dla mnie. Pomyśl, iż to ja w jej ciele jestem obok. Przepraszam za te słowa, ale i płuca mam czarne, i dusza zżarta troskami. Jak Bóg da, tak będzie to twój wybór. Ale pamiętaj córki nie krzywdź, bo cię choćby zza grobu przeklnę.

Ostatnie słowa wypowiedziała wyraźnie i mocno.

Czym sił ściskała rękę męża. On płakał, łzy zamazały obraz żony, czuł po jej oddechu, iż odchodzi. Spokojna, uśmiechnięta twarz patrzyła już gdzieś daleko. Ręka wciąż trzymała jego dłoń.

Władek całował ją od głowy do stóp, zawodząc i przyrzekał, iż spełni wszystko, co mu kazała. I dlatego rok po śmierci żony poszedł się oświadczyć Ludmile.

Macocha Ludmiły była wcześniej przygotowana przez teściową Władka ta liczyła na dobrą mamę dla wnuczki, bo sama już była schorowana i chciała, by zziębnięte rodzinne gniazdo napełniło się blaskiem.

Ona najlepiej wiedziała, przez co przeszedł jej ukochany zięć; za troskę o jej córkę oddałaby mu choćby własną dolę szczęścia u Boga wyprosić na kolanach.

Zaręczyny odbyły się jak przez mgłę. Patrząc na córkę, jak tęskni za matką, i żałując, iż on bez gospodyni nie daje rady, postanowił wypełnić prośbę zmarłej żony. Już wcześniej Władek przyglądał się Ludmile była pokorna, posłuszna, ładna i choćby przypominała jego żonę taka sama warkocz, taki sam uśmiech, ten sam chód.

Czasem miał ochotę po prostu ją objąć, pomilczeć chwilę i wyobrażać sobie, iż to Wera przy nim stoi. Sama Ludmiła nie wiedziała, czemu się zgodziła. Może dość miała służenia macosze, dość miała prowadzenia do domu pijanego ojca i ochrony go przed atakami macochy, czy dość miała docinków swoich sióstr, albo po prostu było jej szkoda córki Władka?

Tak czy inaczej, zgodziła się i wiedziała, iż kolejne wyzwanie przed nią pokochać Władka i sprawić, żeby się w niej zakochał.

Po zaręczynach Władek zaprosił Ludmiłę do siebie, żeby poznała się z córką.

Wera rzadko wychodziła z domu każdą chwilę, a może raczej każdą sekundę, poświęcała Alince. Nocami, kiedy Władek czasem się budził, widział, jak żona nachyla się nad córeczką i coś jej szepcze, jakby dawała rady na przyszłość.

Władkowi łzy stawały w oczach, gdy myślał, co Wera chciała przekazać swojej najukochańszej cząstce serca. Alinka była dzieckiem domowym nie podchodziła do obcych, miała tylko tatę, mamę, babcię i jedną marudzącą, krzywą babkę.

Władek zaprosił Ludmiłę do domu, by zobaczyła, jak dziewczynka żyje, co lubi, by spędziły czas razem bez tej rozradowanej macochy, która była zadowolona, iż wreszcie ze wsi wychodzi krowa, co mleka nie daje.

Ludmiła w obecności Władka głównie milczała, ale zauważyła, iż wcale nie jest taki szorstki, ale bardzo uprzejmy, troskliwy i choćby całkiem miły. Prosto z mostu zapytał, czy nie ma przypadkiem ukochanego, bo jak tak, to on się usunie. O prośbie żony ani słowa.

Dom zachwycił Ludmiłę swoim wystrojem piękne meble zrobione własnymi rękami, mnóstwo misternie wyszywanych obrazów w drewnianych ramkach lakierowanych, duże, jasne pomieszczenia. Alinka, widząc Ludmiłę, zachowywała się dziwnie nie przestraszyła się, przeciwnie, zaczęła kokietować.

Przyniosła swoje zabawki i zaprosiła Ludmiłę do zabawy, a przy tym uparcie próbowała dotknąć jej ręki, patrzyła ciekawskim wzrokiem, czasem się uśmiechała. Ludmiła parę razy ją przytuliła w trakcie zabawy, poprawiała jej włosy piękne jak u mamy.

Chodź, zrobię ci fryzurę, będziesz wyglądać jak księżniczka.

Władek obserwował ich zabawę, relację i cieszył się w duchu aż do łez.

Bał się wcześniejszych spotkań, bo Alinka ciągle pytała o mamę, wypatrywała przez okno, może gdzieś się pojawi a jak ktoś wchodził, biegła na powitanie z nadzieją, iż wróciła mama.

Starał się tłumaczyć, ale mała miała niecałe cztery lata jej serduszko nie chciało tłumaczeń, ono po prostu wołało o dobrą i czułą mamę.

Wiedział dobrze, iż choćby stawał na głowie, jego uczucia i ramiona nigdy nie zastąpią matczynych dłoni, kobiecego ciepła i uśmiechu.

Bał się pomylić co do Ludmiły, ale gdy zobaczył, iż Alinka zaczęła płakać i robiła wszystko, żeby Ludmiła nie wychodziła, poczuł spokój.

Alinka złapała Ludmiłę za rękę i poprowadziła do swojego pokoiku, ściągnęła kapa, poprawiała poduszki i z euforii zaczęła skakać po łóżku aż do sufitu.

Ludmiła przypomniała sobie, jak przyszła do nich macocha, jak potem ją wyzywała za każdy kęs chleba, jak chowała słodycze dla własnych córek, a jej dawano niedojedzone okruchy; jak ją biła za kiepsko wykonaną robotę, jak chodziła w połatanych sukienkach po siostrach, jak czasem ojca pijaka lądował na podłodze, a Ludmiła okrywała go swoim kocem, z żalu aż płakała. Przypomniała sobie groźby, iż pierwszego lepszego wyśle ją z domu jak niepotrzebną sztukę bydła, wszystkie macoszyna przekleństwa i z gula w gardle podeszła do Alinki.

Przytuliła ją mocno, mocno, położyła się razem z nią. Dziewczynka zasnęła szybko, szczęśliwa jak nigdy. Władek z euforii nie wiedział, jak się zachować pili razem herbatę i długo się do siebie uśmiechali. Nie pozwolił Ludmile wrócić do domu.

Nie wypuścił jej, i już!
Żona powinna być z mężem, a nie wracać tam, gdzie nikt na nią nie czeka…

Idź do oryginalnego materiału