Na zapaśniczą matę nie trafia byle kto i nie każdy na niej zostaje.
To sport bez wymówek. Bez gadania. Bez miejsca na udawanie. Albo jesteś gotowy dać z siebie wszystko, albo mata bardzo gwałtownie to zweryfikuje. Tu nie da się „przeczekać” treningu. Każdy chwyt boli, każdy błąd kosztuje, a każda sekunda walki wyciąga z człowieka resztki sił.
Mówię to z własnego doświadczenia.
W czasach studiów miałem okazję przez pół roku trenować zapasy. Sport uprawiałem od dziecka byłem przyzwyczajony do wysiłku, do potu, do zmęczenia. Zdobyłem srebrny medal Mistrzostw Polski. Wydawało mi się, iż wiem, co to znaczy ciężki trening. Dopóki nie wszedłem na matę.
Zapasy okazały się fizycznie najbardziej wymagającą dyscypliną, z jaką miałem
do czynienia. To nie jest tylko siła. To wytrzymałość, dynamika, koordynacja, refleks
i odporność psychiczna w jednym. Po kilku minutach sparingu człowiek czuje się tak, jakby przebiegł maraton z kimś na plecach , a przecież to dopiero początek zajęć.
Dlatego kiedy dziś słucham opowieści o początkach zapasów w Chełmie, o treningach na czterech materacach, o salach zdobywanych niemal partyzanckimi metodami,
o prowadzeniu zajęć z drzewa przed oknem ,wiem jedno: to mogli robić tylko ludzie
z charakterem. Bo zapasy to nie tylko sport. To szkoła wytrzymałości. I szkoła życia.
Tak zaczyna się historia zapasów w Chełmie. Opowiedziana przez Janusza Golika .
Odcinek 1
,,Trenowaliśmy, choćby trzeba było wejść przez okno”
Z.T. Zaczęło się niepozornie od biura LZS na Placu Łuczkowskiego. Jak adekwatnie narodził się pomysł stworzenia sekcji zapasów w Chełmie?
J.G Spotykaliśmy się tam wieczorami. Pogaduchy, dyskusje o sporcie przy mocnej herbacie . W końcu Krzysztof Magier rzucił hasło: „A może zaczniemy zapasy?”. Daliśmy ogłoszenie do gazety. Zgłosili się pierwsi chłopcy. I tak ruszyliśmy.
Z.T Pierwsza sala?
J.G Liceum Wychowawczyń Przedszkoli . Cztery materace na podłodze. Ciężarowcy ćwiczyli na scenie, my na dole. Po dwóch miesiącach udało się pożyczyć prawdziwą matę z Siennicy Różanej. To był luksus.
Z.T. Dziś wielu osobom wydaje się, iż wszystko zaczęło się na Kąpieliskowej.
J.G Oj, daleko do Kąpieliskowej. Zanim tam trafiliśmy, byliśmy chyba w dziesięciu miejscach. Po przedszkolu była „Jedynka”. Rozkładaliśmy matę przed treningiem, po zajęciach składaliśmy, bo rano były lekcje WF-u. Po dwóch latach wymówienie. Zostaliśmy bez sali. Chodziłem po wszystkich szkołach. Wszędzie słyszałem: „Nie ma miejsca”. A wieczorami sale stały puste.
Z.T. I wtedy zaczęły się treningi na podwórku?
J.G Tak. Kopernika 6. Stara kamienica, wnęka między budynkami. Zrobiliśmy drążek, przynieśliśmy sztangi. Do południa podwórko zajmowali smakosze taniego wina, po południu wchodziliśmy my. choćby napisałem hasło: „Zamiast pić -lepiej ćwicz”. Problem był jeden ,bez maty nie było techniki. Tylko siła. A w lidze zaczęliśmy przegrywać.
Z.T. Najbardziej filmowa historia to ta z prowadzeniem treningu
z drzewa.
J.G: (śmiech) Sala przy Reformackiej. Wymówili nam ją, ale mata została w środku. Więc wchodziliśmy. Pomagał nam choćby jeden z chłopaków, Wiesiek Wepa wtedy dziesięciolatek.
Kiedy nauczyciel zagroził milicją, wszedłem na morwę pod oknem. Chłopcy ćwiczyli
w środku, ja siedziałem na drzewie i prowadziłem trening. Milicja przyjechała, spodziewali się demolki, a zobaczyli spokojnie trenującą młodzież. Pojechali. Ale
w końcu wymienili zamki. I znowu zostaliśmy bez sali.









