Zbyt późne przebaczenie

polregion.pl 3 godzin temu

**Dziennik Haliny Nowakowskiej**

— Nigdy więcej do mnie nie dzwon! Słyszałeś? Nigdy! — Halina Nowakowska cisnęła słuchawkę na widełki starego telefonu. Dłonie się trzęsły, serce waliło tak mocno, iż opadła na stołek przy kuchennym stole.

— Mamo, co się stało? — z pokoju wyjrzała córka, Ksymena. — Kto dzwonił?
— Nikt — ochryple odparła matka. — Nikt ważny.
Ksymena podeszła bliżej, ujrzała jej bladą twarz.
— Mamo, cała drżysz! Co się dzieje?
— Twój ojciec się odnalazł — wyszeptała Halina. — Po tylu latach… Chce się spotkać, pogadać. Mówi, iż tęskni, iż żałuje wszystkiego.

— Tato dzwonił? — Ksymena przysiadła obok, ujęła rękę matki. — I czego chciał?
— Żebym mu wybaczyła. Żebym pozwoliła przyjść. Mówi, iż choruje, iż lekarze… — Halina urwała, otarła łzę. — Za późno, Ksymeno. Na to wszystko za późno.
— Mamo, opowiedz mi wreszcie, co się naprawdę wydarzyło. Byłam mała, pamiętam tylko, iż odszedł i nie wrócił.
Halina wstała, podeszła do okna. Za szybą mżył deszcz, krople spływały w dół jak łzy.
— Miałaś wtedy siedem lat. Pytałaś, gdzie tata, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Mówiłam, iż w delegacji, iż niedługo wróci. Ale sama nie znałam prawdy.
— Po prostu odszedł? Bez słowa?
— Nie tylko odszedł. On… — Halina zacisnęła usta. — Zdradził nas. Mnie, ciebie, nasz dom. Miał drugą rodzinę, Ksymeno. Drugą żonę, inne dzieci. I wybrał je.
Ksymena milczała, przeżuwając usłyszane. Miała trzydzieści dwa lata, ale dziecięce wspomnienia o ojcu były mgliste, jak we mgle.
— Mówił, iż nas kocha — ciągnęła matka. — Codziennie wracał do domu, bawił się z tobą, czytał bajki. Aż dowiedziałam się, iż ma inną córkę, trzy lata starszą od ciebie. I żonę, która uważa się za prawowitą. Która choćby nie wiedziała o naszym istnieniu.
— Boże, mamo… Jak się dowiedziałaś?
— Przez głupotę. Zachorował, leżał w szpitalu. Przyszłam odwiedzić, a tam siedzi jakaś kobieta z dziewczynką. I ta dziewczynka krzyczy: „Tato, tato!” — a on ją obejmuje i całuje. Zrozumiałam wszystko od razu. Stoję w drzwiach, on mnie widzi i blednie. Ta kobieta, Ludmiła, patrzy na mnie, potem na niego, pyta: „Kto to, Witolku?”. A on milczy. Po prostu milczy.
— I co było dalej?
— Rozmowa była krótka. Powiedziała, iż są po ślubie od ośmiu lat, iż mieszkanie zapisane na nią, iż córka nosi jego nazwisko. A ja? Ja byłam zakochana głupia. Nigdy nie wzięliśmy ślubu, on ciągle powtarzał, iż pieczątki to głupota, iż liczy się miłość. Córkę zapisał na swoje nazwisko, tak, ale nie miałam żadnych dokumentów.
Ksymena wstała, objęła matkę.
— Mamo, czemu mi wcześniej nie opowiedziałaś?
— Po co ci było wiedzieć? Dzieciństwo i tak miałoś ciężkie. Samotnie harowałam, pieniędzy brakło, po lekarzach z tobą łaziłam, gdy chorowałaś. Myślałam, iż jak dorośniesz, to opowiem. A potem czas minął, życie sobie ułożyłaś, za mąż wyszłaś. Po co rozdrapywać stare rany?
— A on? Nigdy nie próbował się skontaktować?
— Próbował. Najpierw przychodził, stał pod oknami, prosił o rozmowę. Nie otwierałam. Potem pisał listy, przysyłał pieniądze. Listów nie czytałam, pieniądze odsyłałam. Dumna byłam, głupia. Myślałam, iż sama podniosę córkę, iż taki mężczyzna mi niepotrzebny.
— A teraz znów się odezwał.
— Teraz tak. Dzwoni od tygodnia. Mówi, iż Ludmiła zmarła, iż córka dorosła, zamężna, iż został sam. Że chce zobaczyć ciebie, poznać wnuki. Że źle z nim, iż lekarze…
Ksymena odeszła od matki, zamyśliła się.
— Może jednak go wysłuchać? Mamo, ja go prawie nie pamiętam. Może naprawdę żałuje?
— Ksymeno! — matka gwałtownie się odwróciła. — Co ty mówisz? Dwadzieścia pięć lat minęło! Dwadzieścia pięć lat o nas zapomniał! A teraz, gdy mu źle, przypomniał sobie?
— Ale dzwoni nie pierwszy raz. To dla niego ważne.
— Ważne! — zaśmiała się gorzko. — Ważne, by sumienie oczyścić przed śmiercią. Żeby lżej mu było odejść. A nam co z tego? Co mi z jego skruchy? Młodość mi zwróci? Twoje dziecięce łzy, gdy pytałaś, dlaczego tata nie przychodzi?
Ksymena usiadła przy stole, oparła głowę na dłoniach.
— Mamo, ja mu już dawno wybaczyłam. Jako nastolatka zrozumiałam, iż złość nie mało sensu. Trzeba żyć dalej.
— Ty możesz wybaczyć, ty jesteś młoda. Ja nie. Ja pamiętam każdy dzień, każdą nieprzespaną noc. Pamiętam, jak na dwóch etatach harowałam, by cię ubrać, nakarmić. Pamiętam, jak płakałaś, gdy dzieci w szkole dokuczały, żeś „bez ojca”. Pamięt
Halina patrzyła w okno, czując, jak Kasia obejmuje ją mocniej, i nagle uświadomiła sobie, iż ta niezagojona rana po Witoldzie, choć wciąż podskórnie pulsowała, stawała się już częścią ich wspólnej historii — ciężarem, z którym nauczyły się iść dalej, milcząco rozumiejąc, iż czasem krzywdy nie wybacza się nie z braku próby, ale dlatego, iż niektóre boleści po prostu muszą pozostać, jak głaz w sercu, świadectwem, iż dusza, choć poharatana, wciąż czuje.

Idź do oryginalnego materiału