Jestem z mężem już od dziesięciu lat. Mieszkamy razem w dwupokojowym mieszkaniu na Woli, na które jeszcze spłacamy kredyt. Nie mamy jeszcze odwagi na dziecko, póki co chcemy najpierw stanąć mocno na nogach. Mam brata, Krzysztofa, który jest również żonaty. Mieszkają z żoną w kawalerce na Targówku. Krzysztof pracuje na dwa etaty i jeszcze dorabia na boku. Jego żona, Mirosława, nie pracuje. Tylko rodzi jedno za drugim, jak karabin maszynowy. Już mają trójkę dzieci, czwarte jest w drodze, a ona planuje już piąte.
Poza dziećmi dorobili się kredytów na pralkę, telewizor i inne sprzęty. Często pomagamy im z mężem czasem przelewamy im parę stówek, czasem zawozimy siatki jedzenia. Bywa, iż Mirosława nie prosi, tylko żąda jakby wszystko jej się należało.
W takich chwilach musimy sprowadzić ją na ziemię i odmawiamy stanowczo. Oczywiście ona i Krzysiek się wtedy obrażają, ale po jakichś dwóch tygodniach wracają z kolejną prośbą.
Wy z Michałem nie macie dzieci, a my będziemy mieć już czwarte, więc musicie oddać nam swoje mieszkanie rzuciła niedawno.
A my się gdzie podziejemy? Do waszej kawalerki się zwiniemy? odpowiedziałam, nie mogąc uwierzyć w ten absurd.
Nie, wynajmiecie komuś kawalerkę, a wy się wyprowadzicie powiedziała z takim przekonaniem, jakby to było zupełnie naturalne. Dopytała jeszcze:
To kiedy się wynosicie?
Wiesz co, idź lepiej do specjalisty. Wynocha z mojego domu.
To przez ciebie stracę dziecko. Będziesz winna rzuciła, po czym zatrzasnęła drzwi mojego mieszkania.
I tak też się stało. Tej samej nocy, po kryjomu, w trzecim miesiącu ciąży.
O drugiej w nocy do naszych drzwi zapukał Krzysztof i zaczął robić mi wyrzuty. Michał od razu go uciszył i zapytał, co się stało. Opowiedziałam mu całą sytuację. Michał ochłodził Krzyśka kilkoma garnkami zimnej wody i wyrzucił go za drzwi.
Od tamtej nocy nie mam już brata.









