Zrobiłem test DNA i straciłem rodzinę – jak zwykła ciekawość odebrała mi wszystko, co kochałem

newskey24.com 1 miesiąc temu

Zdecydowałem się na test DNA i bardzo tego żałuję

Musiałem się ożenić, bo dowiedziałem się, iż moja dziewczyna spodziewa się dziecka. Po ślubie zamieszkaliśmy razem z moimi rodzicami w Krakowie, bo nie było nas stać na własne mieszkanie i tylko tak mogliśmy sobie poradzić. Czas płynął, a ja zostałem ojcem cudownego chłopca, Tomasza. Po pewnym czasie, gdy trochę stanęliśmy na nogi, wzięliśmy kredyt hipoteczny w złotówkach i kupiliśmy niewielkie mieszkanie na obrzeżach miasta.

Minęło kilka lat i żona powiedziała mi, iż znów jest w ciąży. Niedługo potem urodziła się nasza córka, Zuzanna. Dzieci rosły jak na drożdżach, a ja z każdym miesiącem coraz wyraźniej widziałem, iż żadne z nich nie jest do mnie podobne z wyglądu ani z charakteru. Ani Tomek, ani Zuzia nie odziedziczyli naszych cech oboje byli rudzi i mieli masę piegów, choć ani w mojej, ani w rodzinie mojej żony takich genów nie było.

W końcu zaczęły mnie dręczyć wątpliwości, więc postanowiłem zrobić test na ojcostwo. Może to nie było odpowiedzialne, ale czułem wtedy, iż muszę się upewnić, czy wychowuję własne dzieci. Oddałem potrzebne próbki i przeżywałem każdy dzień, czekając na rezultaty. Po dwóch tygodniach zadzwonili do mnie z laboratorium w Warszawie. Odetchnąłem z ulgą test potwierdził, iż jestem biologicznym ojcem Tomka i Zuzi.

Wróciłem do mieszkania i schowałem wyniki w naszej szafie. Nie wiem czemu, nie wyrzuciłem ich od razu. Okazało się to dużym błędem kilka dni później żona znalazła te papiery i wpadła w szał. Krzyczała tak, iż sąsiedzi pewnie słyszeli wszystko choćby przez betonowe ściany. Wiem, iż moje zachowanie ją zraniło, ale naprawdę czułem wtedy, iż nie mam wyboru. Od tego momentu wszystko się zmieniło. Żona nie mogła mi tego wybaczyć, rozstaliśmy się i od pięciu lat nie mam możliwości zobaczyć Tomka i Zuzi, a kontakt z byłą żoną jest niemożliwy.

Zwykła ludzka ciekawość odebrała mi coś najważniejszego rodzinę. Liczę, iż może kiedyś Zuzanna będzie w stanie mi wybaczyć i pozwoli mi uczestniczyć w życiu naszych dzieciMijają kolejne lata, a ja wciąż co rano budzę się z nadzieją, iż może dziś zobaczę moje dzieci przypadkiem na ulicy, może wsłyszę ich śmiech na szkolnym boisku. Tamte dokumenty już dawno zjadł ogień, ale popiołu nie da się cofnąć do papieru to najtrudniejsze do zrozumienia. Czasem wyobrażam sobie, jak Tomek i Zuzia siedzą w swoim pokoju, rozmawiają o życiu, śmieją się z tego, czego nie rozumiem, a ja stoję gdzieś za szybą, niewidzialny.

Przestałem zadawać sobie pytanie co by było, gdyby, choć ta myśl powraca nocami, podczas bezsennych godzin. Dziś wiem, iż prawda nie zawsze jest najważniejsza; czasem miłość wymaga ślepego zaufania i gotowości przyjęcia wszystkiego takim, jakie jest. Czy żałuję? Zbyt wiele razy mówiłem sobie, iż tak. Teraz staram się po prostu oddychać i wierzyć, iż kiedyś do mnie wrócą jeżeli nie fizycznie, to może chociaż w myślach, wspomnieniach, albo w listach, które czasem piszę i chowam do szuflady.

Może pewnego dnia któreś z nich, dorosłe już, zapuka do moich drzwi, bez żalu, z potrzebą poznania prawdy. A wtedy ja nie pokażę im żadnych testów ani dokumentów. Po prostu przytulę ich mocno i powiem: Byliście, jesteście, i zawsze będziecie moimi dziećmi. Tyle mogę jeszcze naprawić. Tyle jeszcze chcę.

Idź do oryginalnego materiału