Siostrzenica poszła do szkoły ze starym plecakiem
Przymierzam się właśnie z synem do zakupów wyprawki do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Listę ze szkoły dopiero dostaniemy, ale już teraz powoli rozglądam się za potrzebnymi rzeczami.
Kupiliśmy już plecak, worek i piórnik z kredkami, ale szczerze mówiąc, trochę gubię się w tym, co jest faktycznie niezbędne. Wydaje mi się, iż ze sklepowego asortymentu część rzeczy jest tylko dodatkiem, który gwałtownie okaże się zbędny. Dlatego poprosiłam o radę moją siostrę, która ma starsze dzieci i przeszła już przez ten etap kilka razy.
Widziałyśmy się kilka dni temu i rozmawiałyśmy o zeszytach, kredkach i piórnikach, ale w pewnym momencie siostra podzieliła się ze mną historią, która mocno dała mi do myślenia.
Opowiedziała mi, jak kilka lat temu jej córka, wtedy w trzeciej klasie, bardzo chciała nowy plecak. Ten, który miała, był jeszcze niezniszczony – nic się nie pruło, nie był znoszony.
Siostra pomyślała więc, iż nie ma sensu wydawać pieniędzy na coś, co już posiadają. Chciała wpoić córce zasadę, iż nie zawsze trzeba podążać za modą i iż ważniejsze jest to, by rzeczy były praktyczne i trwałe, a nie modne i markowe.
Plecak to tylko symbol
Ale córka nie patrzyła na to w ten sposób. W klasie dziewczynki porównywały plecaki, zeszyty, piórniki. Presja bycia "na czasie" była ogromna. Dla niej nowy plecak nie oznaczał tylko kolejnego wydatku czy fanaberii, ale poczucie przynależności do grupy. Chciała czuć się jak reszta dziewczynek, nie odstawać.
Siostra odmówiła, bo chciała wychować córkę "po swojemu" – nauczyć ją niezależności od opinii innych. Dopiero po jakimś czasie, kiedy córka powiedziała jej, iż w klasie czuła się gorsza, zrozumiała, iż ten plecak mógł mieć dużo większe znaczenie, niż jej się wydawało.
"Do dziś mam wyrzuty sumienia" – przyznała mi. "To nie był aż tak duży koszt, żebym nie mogła sobie na to pozwolić. Chciałam dobrze, a wyszło tak, iż moje dziecko poczuło się odrzucone".
Te słowa były dla mnie przestrogą. Wiem, iż nie chodzi o to, żeby ślepo spełniać każdą zachciankę dziecka, ale czasem warto spojrzeć na sprawę z jego perspektywy. Zwłaszcza w szkole, gdzie grupa rówieśnicza odgrywa tak wielką rolę.
Nie można im odmawiać wszystkiego w imię idei
Dzieci uczą się tam nie tylko matematyki i pisania, ale też tego, jak funkcjonować wśród innych. A rzeczy, które dla nas – dorosłych – są tylko przedmiotami, dla nich mogą być symbolem akceptacji albo wykluczenia.
Nie chcę powielać błędów mojej siostry, ale nie chcę też popadać w przesadę. Wyprawka nie musi być cała markowa, pełna najdroższych gadżetów. Z drugiej strony wiem, iż jeżeli syn naprawdę o coś poprosi i będzie miało to dla niego znaczenie, spróbuję wsłuchać się w jego potrzeby.
Bo czasem ten nowy plecak czy kolorowe kredki to coś więcej niż rzecz – to sposób na poczucie, iż się pasuje do grupy, iż nie jest się gorszym od innych. Dlatego przygotowując się do zakupów szkolnych, obiecałam sobie jedno: będę starała się znaleźć złoty środek.
Nie spełniać każdej zachcianki, ale też nie bagatelizować tego, co dla mojego dziecka ważne. Bo przecież szkoła to nie tylko nauka, ale i cała gama emocji, z którymi nasze dzieci dopiero uczą się sobie radzić.