Z życia wzięte. "Wzięliśmy ślub, bo była w ciąży": Po dwóch latach miałem dość, bo koleżanki były dla niej ważniejsze niż dziecko

zycie.news 12 godzin temu

Nie planowaliśmy dziecka. Byliśmy razem dopiero od roku, dopiero zaczynaliśmy układać sobie życie. Ale kiedy zobaczyłem dwie kreski na teście, poczułem, iż nie ma już odwrotu.

– Weźmiemy ślub – powiedziałem od razu.

Marta wzruszyła ramionami.

– jeżeli chcesz.

Ślub był szybki. Skromna ceremonia w urzędzie, kilka osób z rodziny, kolacja w restauracji. Wszyscy powtarzali to samo:

– Najważniejsze, iż dziecko będzie miało pełną rodzinę.

Chciałem w to wierzyć.

Kiedy urodził się nasz syn, Kuba, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Trzymałem go w ramionach i czułem, iż zrobię wszystko, żeby miał dobre życie.

Marta wyglądała inaczej.

Zmęczona, rozdrażniona, jakby w ogóle nie czuła więzi z własnym dzieckiem.

Na początku tłumaczyłem to sobie stresem i hormonami.

– To minie – mówiła moja mama.

Ale nie mijało.

Zamiast spędzać czas z Kubą, Marta coraz częściej wychodziła z koleżankami.

– Muszę się trochę rozerwać – mówiła, malując usta przed lustrem. – Cały dzień siedzę z dzieckiem.

Problem w tym, iż często wcale nie siedziała z dzieckiem.

Wracałem z pracy i zastawałem Kubę płaczącego w łóżeczku, a Marta siedziała z telefonem w ręku albo szykowała się do wyjścia.

– Możesz się nim zająć? – rzucała szybko. – Dziewczyny już na mnie czekają.

Początkowo milczałem.

Nie chciałem robić awantur. Wmawiałem sobie, iż to tylko etap.

Ale miesiące mijały, a nic się nie zmieniało.

Pamiętam jeden wieczór szczególnie wyraźnie.

Kuba miał gorączkę, ponad trzydzieści dziewięć stopni. Trzymałem go na rękach i próbowałem go uspokoić.

Marta stała w przedpokoju w krótkiej sukience.

– Dokąd idziesz? – zapytałem.

– Do klubu.

Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.

– Nasz syn ma wysoką gorączkę.

Westchnęła.

– Przecież jesteś w domu. Poradzisz sobie.

Drzwi zatrzasnęły się za nią, a ja zostałem sam z płaczącym dzieckiem.

Tamtej nocy siedziałem przy łóżeczku Kuby i po raz pierwszy pomyślałem coś, czego wcześniej nie chciałem dopuścić do głowy.

Może to małżeństwo było błędem.

Minęły dwa lata.

Kuba nauczył się chodzić, mówić pierwsze słowa, śmiać się z byle czego. Był całym moim światem.

Marta wciąż żyła jak przedtem.

Imprezy, koleżanki, nocne powroty.

Pewnego dnia wróciła do domu nad ranem.

Ja już nie spałem.

– Musimy porozmawiać – powiedziałem.

Usiadła ciężko na kanapie.

– O co znowu chodzi?

Spojrzałem na naszego syna, który spał w pokoju obok.

– Mam dość.

Marta prychnęła.

– Czego?

– Tego, iż dla ciebie koleżanki są ważniejsze niż własne dziecko.

Przez chwilę patrzyła na mnie bez emocji.

– Może po prostu nie nadaję się na matkę – powiedziała chłodno.

Te słowa uderzyły mnie jak policzek.

Wtedy zrozumiałem coś bardzo prostego.

Niektórych rzeczy nie da się naprawić.

– W takim razie ja się nadaję na ojca – odpowiedziałem spokojnie.

I pierwszy raz od dwóch lat wiedziałem dokładnie, co muszę zrobić dalej.

Idź do oryginalnego materiału