Dzieci

Każdy sobie rzepkę skrobie – Mamo, choćby nie wyobrażasz sobie, co się teraz dzieje na rynku – Maks nerwowo przekładał stos wydruków: czasem porządnie układał je w stos, czasem rozpościerał wachlarz na kuchennym stole. – Ceny zmieniają się z tygodnia na tydzień. Jak nie wpłacimy teraz zaliczki, ktoś sprzątnie nam to mieszkanie sprzed nosa. Lidia przysunęła synowi filiżankę z wystygłą herbatą i usiadła naprzeciwko. Na wydrukach migały rzuty mieszkań, liczby, harmonogramy spłat. Trzypokojowe w nowym bloku, osobne pokoje dla Tymka i Zosi, w końcu wymarzone własne kąty. – Ile wam brakuje? – Osiemset dwadzieścia tysięcy – Maks przetarł czoło. – Wiem, iż to dużo. Ale Anka już nerwowo chodzi po ścianach, dzieci rosną, a my ciągle kątem u obcych… Lidia patrzyła na dorosłego syna, widząc w nim wciąż tego chłopca, który kiedyś wracał ze szkoły z bukietem mleczy. Trzydzieści dwa lata, dwoje dzieci, a między brwiami ta sama zmarszczka, co dawniej, gdy strofowała go za nieodrobione lekcje. – Mam trochę oszczędności. Leżą na koncie. – Mamo, oddam wszystko, przysięgam. Jak tylko się wszystko ustabilizuje, od razu zacznę odkładać. Położyła szorstką od gotowania i sprzątania dłoń na jego ręce. – Maksiu, to przecież dla wnuków. Jaka tu rozmowa o zwrotach? Rodzina jest ważniejsza od pieniędzy. W oddziale banku Lidia precyzyjnym, księgowym pismem wypełniała dokumenty. Osiemset dwadzieścia tysięcy – prawie całe zapasy skrzętnie odkładane latami. Na czarną godzinę, na wszelki wypadek, na „gdyby co”. Maks uścisnął ją mocno przy kasie, nie patrząc na kolejkę. – Jesteś najlepsza. Naprawdę. Nigdy tego nie zapomnę. Lidia poklepała go po plecach. – No już, idź. Anka pewno czeka. …Pierwsze miesiące po przeprowadzce zlewały się w karuzelę kursów przez całe miasto. Lidia przyjeżdżała z siatkami z Biedronki – kurczak, kasza, masło, serki dla dzieci. Pomagała Annie wieszać firanki, skręcać meble, ścierać kurz po remoncie. – Tymek, ostrożnie z narzędziami! – wołała, wieszając zasłony i tłumacząc synowej, jak się robi gołąbki. Anka kiwała głową, przeglądając coś w telefonie. Maks wpadał wieczorami, zmęczony po pracy, zjadał obiad ugotowany przez mamę i znikał w sypialni. – Dzięki, mamo – rzucał w biegu. – Co byśmy bez ciebie zrobili? …Po kilku miesiącach zadzwonił dobrze znany numer. – Mamo, sprawa jest… Rata kredytu na mieszkanie pokryła się z kosztami naprawy auta. Brakuje trzydziestu pięciu tysięcy… Lidia przelała pieniądze bez zbędnych pytań. Młodzi mają ciężko, to zrozumiałe. Adaptacja do nowych wydatków, dzieci małe, praca nerwowa. Jakoś sobie poradzą – oddadzą. Albo i nie oddadzą. Co za różnica, skoro chodzi o bliskich? Lata mijały szybciej niż woda przez palce. Tymek skończył siedem lat i dostał od babci wymarzone LEGO. Zosia wirowała w nowej różowej sukience, takiej jak z bajki o księżniczce. – Babciu, jesteś najlepsza! – Zosia rzuciła się jej na szyję, pachnąca dziecięcym szamponem i landrynkami. Co weekend Lidia zabierała wnuki do siebie albo woziła do teatru, parku, na lodowisko. Kupowała lody, zabawki, książki. Kieszenie jej starego płaszcza zawsze były wybrzuszone od cukierków i mokrych chusteczek. Pięć lat spędziła w tej dobrowolnej harówce. Pieniądze na kredyt – „mamo, w tym miesiącu bardzo ciężko”. Opieka nad chorymi wnukami – „mamo, nie możemy się urwać z pracy”. Zakupy – „mamo, i tak idziesz do sklepu”. Wdzięczność pojawiała się coraz rzadziej… Pewnego ranka patrzyła na zacieki na suficie w swojej kuchni. Rdzawe smugi rozłaziły się po ścianie. Zalało ją z góry i nie dało się mieszkać. Wykręciła numer syna. – Maks, potrzebuję pomocy przy remoncie. Zalało mnie, nie wiem kiedy dostanę od ubezpieczenia… – Mamo – przerwał Maks – teraz mam zupełnie inne priorytety. Zajęcia dzieci, kółka, Anka zapisała się na kurs… – Nie proszę o wiele. Po prostu pomóc znaleźć ekipę remontową albo… – Kompletnie nie mam czasu, mamo, zwłaszcza na takie drobiazgi – powtórzył Maks, jakby nie słyszał. – Pogadamy innym razem, dobra? Oddzwonię. Sygnał… Lidia odłożyła telefon. Na ekranie przemknęło zdjęcie z ostatniego Sylwestra: ona, Tymek, Zosia. Uśmiechy na twarzach. Te pieniądze, które on brał bez zastanowienia. Te weekendy, które oddawała wnukom. Ten czas, te siły, ta miłość – wszystko to było „kiedyś”. Teraz są „inne priorytety”. Kropla z sufitu spadła jej na rękę. Zimna… Następnego dnia zadzwoniła Anka. Rzadkość, która zaniepokoiła Lidię już zanim usłyszała głos synowej. – Pani Lidio, Maks mówił o waszej rozmowie – Anka była wyraźnie niezadowolona. – Wie pani, każdy powinien sam radzić sobie z problemami. My naszą hipotekę sami spłacamy… Lidia prawie się roześmiała. Hipotekę, którą spłacała co trzeci miesiąc. Zaliczka pochodziła przecież w większości z jej pieniędzy. – Oczywiście, Aniu, – odpowiedziała równym tonem. – Każdy sobie. – No i dobrze. Bo Maks się martwi, iż się pani obraziła. Nie obraziła się pani? – Nie. Wcale nie. Sygnał… Lidia położyła telefon na stole i długo patrzyła na niego, jak na jakieś dziwne stworzenie. Potem podeszła do okna, ale gwałtownie się odwróciła – za szybą nie było nic, co mogło ją pocieszyć. Noce zamieniły się w bezsenne godziny – sufit przytłaczał, myśli nie dawały spokoju. Lidia leżała w mroku i przewijała w pamięci ostatnie pięć lat niczym paciorki różańca. Sama to stworzyła. Sama wychowała w synu przekonanie, iż matka to niewyczerpany zasób. Rano zadzwoniła do agencji nieruchomości. – Chciałabym sprzedać działkę z domkiem pod Warszawą. Sześć arów, prąd doprowadzony. Domek, który razem z mężem budowali przez dwadzieścia lat. Jabłonie, które Lidia sadziła będąc w ciąży z Maksem. Weranda, gdzie minęło tyle wieczorów. Kupiec znalazł się w miesiąc. Lidia podpisywała papiery, nie pozwalając sobie myśleć, co sprzedaje. Pieniądze trafiły na konto, rozdzieliła je: remont mieszkania, nowa lokata, trochę na nieprzewidziane wydatki. Tydzień później w jej mieszkaniu pojawiła się ekipa remontowa. Lidia sama wybierała kafelki, tapety, baterie. Po raz pierwszy od wielu lat wydawała na siebie, nie myśląc, komu z bliskich przyda się wsparcie. Maks nie dzwonił. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Lidia też milczała. Pierwszy telefon odezwał się, gdy remont był skończony. Nowa kuchnia lśniła bielą, okna nie wpuszczały przeciągów, rury już nie straszyły rudymi zaciekami. – Mamo, czemu nie przyjeżdżasz? Zosia dopytywała. – Miałam zajęcia. – Jakie? – Życiem, Maks. Własnym życiem. Po tygodniu przyjechała. Przyniosła wnukom książki – prezenty dobre, ale już nie z dawnym rozmachem. Posiedziała dwie godziny przy herbacie, rozmawiała o pogodzie i szkole. Odmówiła wspólnej kolacji. – Mamo, może w sobotę posiedzisz z dziećmi? – Maks zatrzymał ją w przedpokoju. – My z Anką… – Nie dam rady. Mam plany. Zobaczyła, jak mu zrzedła mina. Nie rozumiał. Jeszcze nie. Mijały miesiące, a zrozumienie przychodziło powoli i boleśnie. Bez matczynych przelewów rata hipoteki pożerała trzecią część domowego budżetu. Bez darmowej niani nie było komu zostawić dzieci. Tymczasem Lidia otworzyła konto oszczędnościowe na dobry procent. Kupiła sobie nowy płaszcz – porządny, ciepły, nie z wyprzedaży. Pojechała do sanatorium na dwa tygodnie. Zapisała się na nordic walking. Przypominała sobie, jak rodzice Anki zawsze byli zdystansowani. Grzeczne życzenia na święta, wizyty raz na dwa miesiące. Żadnych pieniędzy, żadnej pomocy, żadnych poświęceń. I żadnych pretensji ze strony córki. Może zawsze mieli rację? Rzadkie spotkania z wnukami stały się formalnością. Lidia wpadała, dawała drobne prezenty, rozmawiała o szkole i kolegach. Wychodziła po dwóch godzinach, nie zostawała na noc, nie zabierała dzieci na weekendy. Tymek kiedyś zapytał: – Babciu, a dlaczego już z nami nie chodzisz do parku? – Babcia teraz ma inne sprawy, Tymku. Chłopiec nie rozumiał. Ale stojący w drzwiach Maks – chyba zaczynał rozumieć. Lidia wracała do odnowionego mieszkania, pachnącego świeżą farbą i nowymi meblami. Parzyła dobrą herbatę, siadała w wygodnym fotelu kupionym za pieniądze ze sprzedaży działki. Poczucie winy? Czasem przychodziło nocą. Ale coraz rzadziej. Bo Lidia wreszcie zrozumiała prostą prawdę: miłość nie jest równoznaczna z poświęceniem. Zwłaszcza jeżeli nikt tej ofiary nie widzi i nie docenia. Wybrała siebie. Po raz pierwszy w trzydziestodwuletniej historii swojego macierzyństwa…
Ostatnio odwiedziłam synową i zobaczyłam, iż w domu sprząta obca kobieta – byłam w szoku! Przecież zawsze powtarzałam synowi, iż status majątkowy ukochanej nie ma dla nas znaczenia, dlatego poślubił Marysię, która nigdy nie miała pieniędzy i była przez życie rozpieszczana. Po ślubie dzieci wprowadziły się do domu, który im kupiliśmy i wyremontowaliśmy z mężem, a teraz wspieramy ich finansowo i przynosimy jedzenie. Synowa dobrze się czuje, niedawno urodziła wnuka i nie pracuje, a syn ma przeciętną pracę i niewysokie zarobki. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy weszłam do mieszkania, a tam sprząta jakaś pani! Okazało się, iż synowa zatrudniła gosposię, choć sama nic nie robi. Jak ona może sobie na to pozwolić? I gdzie jej sumienie? Wyrzuciłam tę obcą kobietę z domu, bo to przecież nasz dom i ona sprząta za nasze pieniądze! Skąd mieliby na to środki? Postanowiłam poczekać na synową – gdy wróciła z wnukiem, od razu zaczęłam rozmowę. Usłyszałam, iż została blogerką na urlopie macierzyńskim i zarabia niezłe pieniądze, więc potrzebuje pomocy w domu. Ale co to za praca – blogerka? Czy da się z tego utrzymać rodzinę? Powiedziałam, iż jeżeli mają tyle pieniędzy, to niech płacą mnie za sprzątanie, a nie zatrudniają obcych. Synowa mruknęła coś pod nosem i poszła karmić dziecko. Czekałam na syna, żeby mu o wszystkim opowiedzieć, a on oznajmił, iż wiedział o pani do sprzątania, bo Marysia naprawdę dużo pracuje i woli spędzać z nim czas po pracy. Nie rozumiem tych młodych – jak ich na to stać? Pobiegłam do męża, a on na to: „Nie mieszaj się w życie młodych! Są dorośli i sobie poradzą!” Dawno nie byłam tak wściekła, jestem pewna, iż mam rację! A Wy co o tym sądzicie?
Dieta na sprawny umysł
Matka wraca po macierzyńskim do pracy. "Odpoczęłam jak na wczasach w Egipcie"
Ciekawe badanie! 77 proc. Polaków kupuje online co miesiąc
„Nie patrz na mnie w ten sposób! Nie potrzebuję tego dziecka. Weź je!” – krzyknęła nieznajoma kobieta, wrzucając mi nosidełko dla niemowląt do ręki. Nie miałem pojęcia, co się dzieje.
„Urodziłam ci syna, ale niczego od ciebie nie chcę” – zadzwoniła kochanka Mąż spojrzał na Lidię wzrokiem zbitego psa. — Tak, nie przesłyszałaś się. Lidka, pół roku temu… miałem kogoś. To było kilka spotkań, zwykły przelotny romans. I urodziła mi syna. Niedawno… Lidii zakręciło się w głowie. Co za wieści! Jej wierny, kochający mąż – dziecko na boku! Lidii z trudem docierał sens tego, co mówi. Kilka chwil próbowała zrozumieć, o co chodzi mężowi. Siedział naprzeciwko. Ramiona opadłe, ręce zaciśnięte między kolanami. Wydawał się mniejszy niż zwykle, jakby uszło z niego całe powietrze. — Syn, powiadasz — powtórzyła Lidia. — Żonaty facet i urodził mu się syn. Ale nie urodziła go żona – czyli nie ja… — Lidka, ja sam nie wiedziałem. Przysięgam ci. — Nie wiedziałeś, jak się robi dzieci? Czterdzieści lat masz, Koluś! — Nie wiedziałem, iż ona… iż postanowi urodzić. Rozstaliśmy się już dawno, wróciła do męża. Myślałem, iż tam wszystko gra. A wczoraj telefon: „Urodził ci się syn. Trzy dwieście. Zdrowy”. I odłożyła słuchawkę. Lidka wstała. Nogi miała jak z waty, kolana miękkie jak po maratonie. Za oknem szalała jesień. Lidia niechcący zapatrzyła się na pejzaż – piękny… — I co teraz? — spytała, nie patrząc na męża. — Nie wiem… — Świetna odpowiedź prawdziwego faceta. Głowy rodziny. Nie wiem. Odwróciła się gwałtownie. — Pojedziesz tam? Zobaczyć dziecko? Przerażony Koluś nieśmiało podniósł na żonę oczy. — Lidka, dała mi adres szpitala, mówiła, iż wypis pojutrze. I dodała: „Chcesz — przyjedź, nie chcesz — nie. Niczego od ciebie nie chcę”. Dumna… Nie chce ode mnie niczego… — Niczego nie chce — powtórzyła Lidia jak echo. — Święta naiwność. W korytarzu trzasnęły drzwi – wrócili starsi chłopacy. Lidia natychmiast założyła uśmiech. Robiła to perfekcyjnie – lata w korporacji nauczyły ją trzymać fason, choćby kiedy transakcja leci na łeb. Do kuchni wpadł starszy syn – wysoki, dobrze zbudowany dwudziestolatek. — O, rodzice, cześć. Czemu tacy jacyś przybici? Mamo, jedzenie jest? Po treningu głodni jak wilki. — W lodówce są pierogi, podgrzejcie sobie — rzuciła Lidia. — Tato, obiecałeś dziś zobaczyć, co z gaźnikiem w moim gratku — drugi syn klepnął ojca w ramię. Lidia patrzyła na tę scenę – aż ściskało ją w sercu, iż aż trudno oddychać. Oni nazywają go tatą. Prawdziwy ojciec zniknął dawno, ogranicza się do alimentów i okazjonalnych kartek. Koluś ich wychował. Uczył jeździć, opatrywał stłuczone kolana, chodził na zebrania, rozwiązywał szkolne problemy. Był dla nich ojcem. Prawdziwym. Koluś wykrzesał z siebie uśmiech: — Zobaczę, Szymek. Później. Dajcie mi z mamą pogadać. Chłopaki wyszli, brzęcząc talerzami. — Oni cię kochają — cicho powiedziała Lidia. — A ty… — Lidia, proszę cię. Ja ich też kocham. To moi synowie. Nigdzie nie odchodzę. Od razu ci powiedziałem – to był jeden głupi błąd. Zwykły skok w bok. Między nami nic nie było poważnego. Po prostu… flirt! — Flirt, po którym teraz trzeba zmieniać pieluchy… Do pokoju wpadła sześcioletnia Marysia. Tu pancerz Lidki pękł. Córeczka z rozpędem wskoczyła tacie na kolana. — Tatusiu! Czemu smutny jesteś? Mama na ciebie krzyczała? Koluś przytulił ją mocno, zanurzył nos w jasnych włosach. Żył tylko dla niej. Lidia wiedziała: dla Marysi zrobiłby wszystko. To była szalona, absolutna miłość ojcowska. — Nie, księżniczko. Po prostu rozmawiamy o dorosłych sprawach. Idź włącz bajki, zaraz przyjdę. Kiedy Marysia wyszła, w kuchni znów zaległa cisza. — Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? — spytała Lidia. Usiadła z powrotem do stołu. — Nie odejdę, Lidka. Kocham ciebie, dzieci… Bez was nie dam rady… — To tylko słowa, Koluś. A fakty są takie: masz tam gdzieś syna. On potrzebuje ojca. Ta kobieta… teraz mówi „niczego nie chcę”. To hormony, euforia albo przemyślana gra. Minie miesiąc, pół roku, dziecko zacznie chorować, rosnąć, potrzebować pieniędzy. Zadzwoni. Powie: „Koluś, nie mamy zimowego kombinezonu”. Albo: „Koluś, trzeba do lekarza”. I pojedziesz. Bo jesteś dobry. Człowiek z sumieniem. Koluś milczał. — A pieniądze, Koluś? — Lidia ściszyła głos. — Skąd je weźmiesz? Drgnął, jakby dostał w czułe miejsce – Lidia trafiła w sedno. Jego firma padła dwa lata temu, długi płacili z pieniędzy Lidii. Teraz pracował, kręcił się, coś zarabiał, ale to były drobne przy tym, co zapewniała ona. Dom, auta, wakacje, edukacja dzieci – wszystko na jej głowie. On choćby porządnej karty bankowej nie miał, wszystko zablokowane przez komornika, działał na gotówce albo karcie podpinanej do Lidii. — Znajdę — mruknął. — Gdzie? Będziesz jeździć nocą jako taryfiarz? Czy wyciągać z mojej szuflady, żeby pomagać tamtej rodzinie? Rozumiesz absurd? Ja utrzymuję rodzinę, a ty z moich pieniędzy finansujesz kochankę i dziecko z przypadku? — To nie kochanka! — ryknął Koluś. – Wszystko skończone dawno temu! — A dziecko jeszcze mocniej łączy ludzi niż ślubny papier. Pojedziesz na wypis? Pytanie zawisło w powietrzu. Koluś przetarł twarz dłońmi. — Nie wiem, Lidka. Naprawdę. Po ludzku… wypadałoby. To dziecko nie jest niczemu winne. — Po ludzku? — uśmiechnęła się krzywo Lidia. — A po ludzku wobec mnie? Marysi? Chłopaków? Pojedziesz tam, zobaczysz to zawiniątko. Weźmiesz na ręce. I po tobie. Znam cię, jesteś uczuciowy. Zaczniesz tam jeździć. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa, potem całe weekendy. Powiesz, iż harujesz w pracy. A my tu będziemy czekać. Lidia wstała i podeszła do kranu. Odkręciła wodę, popatrzyła chwilę i zakręciła. — Ona jest osiem lat młodsza, Koluś. Ma trzydzieści dwa. Urodziła ci syna. Prawdziwego, własnego. Moje synowie nie są z tobą genetycznie związani, choć ich wychowałeś. A tam – twoja krew. Myślisz, iż to bez znaczenia? — Gadasz głupoty. Chłopaki są moi, ja ich wychowałem. — Daj spokój! Każdemu facetowi chodzi o własnego dziedzica. — Przecież mamy Marysię! — Marysia to… dziewczynka. Koluś zerwał się. — Wystarczy! Po co mnie wyrzucasz zanim trzeba? Mówię: zostaję z wami w rodzinie. Ale nie chcę być całkiem zimny. Tam urodził się człowiek. Mój syn. Tak. Obwiniam się wobec ciebie, wobec wszystkich. Chcesz – wyrzuć mnie. Zaraz pakuję się i wychodzę. Pojadę do mamy, do mieszkania, gdziekolwiek. Ale nie szantażuj mnie! Lidia zamarła – nagle zrobiło się jej naprawdę strasznie. jeżeli powie: „idź”, wyjdzie. Dumny. Głupi, ale dumny. I znajdzie się wtedy przy tamtej, choćby biedny, to jednak jako ojciec, bohater. I wtedy straci go już na zawsze. A ona wcale nie chciała go tracić. Mimo bólu i zawodu w głębi duszy kochała go. I dzieci też. Zburzyć można wszystko w minutę. Ale potem jak żyć w pustym domu, gdzie każdy kąt przypomina o nim? — Usiądź, — szepnęła. — Nikt ciebie nie wyrzuca. Koluś jeszcze przez chwilę ciężko oddychał, po czym usiadł. — Lidka, przepraszam. Jestem idiotą… — Idiota — przytaknęła. — Ale nasz idiota… Wieczór minął w gęstej ciszy. Lidia odrabiała z Marysią lekcje, sprawdzała raporty z pracy, ale myślami była gdzie indziej. Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka ona jest? Ładna? Młoda na pewno. Pewnie teraz patrzy na dziecko i myśli, iż wygrała. Nic nie chce! No jasne – to najlepszy sposób. Nie wymagać, nie robić scen – tylko pokazać: patrz, masz syna, my damy sobie radę. Jesteśmy dumni. To rozbraja męskie ego. Mężczyzna natychmiast chce być bohaterem. Koluś wiercił się w łóżku, Ledwo spał, ciężko wzdychał, a Lidka leżała z otwartymi oczami w ciemności. Ona, czterdziestopięcioletnia, zadbana, sukces, uroda, a starość niemal czuć za plecami. A tam – młodość… *** Rano było jeszcze gorzej — Lidia nie mogła dojść do siebie. Chłopaki gwałtownie zjedli i wyszli, a Marysia nagle poprosiła: — Tato, zapleć mi warkoczyk! Mama robi krzywo. Koluś wziął szczotkę. Jego duże dłonie, przyzwyczajone do kierownicy i młotka, delikatnie rozplątywały cienkie włoski. Pleciona starannie, z wysuniętym od wysiłku językiem. Lidia piła kawę i patrzyła na to. Oto jej mąż. Ciepły, domowy, swojski. A gdzieś tam jest inne dziecko, które też ma do niego prawo! Jak to możliwe? — Koluś — powiedziała, gdy Marysia poszła się ubierać. — Musimy podjąć decyzję. Teraz. Odłożył szczotkę. — Całą noc myślałem. — I? — Nie pojadę na wypis. Lidii coś się ścisnęło w środku, ale nie pokazała tego. — Dlaczego? — Bo jeżeli pojadę, dam jej nadzieję, sobie też, a także temu dziecku. Nie umiem być ojcem na dwa domy. Nie chcę, Lidka! Nie chcę cię okłamywać, nie chcę kraść czasu Marysi, chłopakom. Już jedenaście lat temu wybrałem. Ty jesteś moją żoną, tutaj jest moja rodzina. — A tamten chłopiec? — sama się zdziwiła, iż pyta. — Pomogę finansowo. Oficjalnie, przez alimenty, albo otworzymy konto. Ale jeździć… nie. Lepiej dla niego, jeżeli nie będzie mnie znał, niż miałby czekać na ojca, który patrzy na zegarek i ciągle rwie się do innego domu. Tak będzie uczciwiej. Lidia milczała. Kręciła obrączkę na palcu. — Jesteś pewny? Nie będziesz żałować? — Pewnie, iż będę żałować — szczerze odpowiedział Koluś. — Na pewno będę myślał o nim. Ale jeżeli zacznę tam jeździć, stracę was. Czuję to, bo ty tego nie zniesiesz. Jesteś silna, Lidka, ale nie ze stali. Zaczniesz mnie nienawidzić, a ja nie chcę być znienawidzony przez ciebie. Boże, jak ja to głupio tłumaczę… Mąż podszedł, położył na jej ramionach ręce. — Lidka, nie chcę innego życia. Mam ciebie, mam dzieci. A tamto… to cena za moją głupotę. Jestem gotów płacić pieniędzmi i tylko nimi. Ani czasem, ani troską, ani miłością – tym z tym dzieciakiem się nie podzielę… Lidia przykryła jego dłoń swoją. — Pieniędzmi, mówisz? — prychnęła. — Zarobię. Rozniosę się, ale zarobię. Ani grosza nie wyciągnę od ciebie na swoje złe decyzje. To już tylko mój problem, Lidka. Lidia poczuła spokój. Tak, mąż zachował się wobec niej może nie fair, ale właśnie to chciała usłyszeć. Męża nie zamierzała z nikim dzielić, miała w nosie tę drugą. Urodziła dziecko żonatemu? Jej problem. *** Na wypis z dzieckiem Koluś nie pojechał. Kochanka wydzwaniała non stop – krzyczała, miała żal, pytała czemu nie przyszedł. Koluś uczciwie powiedział jej: może liczyć wyłącznie na finansowe wsparcie, spotkań nie będzie. Kochanka się obraziła i przez kolejnych sześć miesięcy ani razu się nie odezwała. Telefon wyłączony. I to Lidii pasowało w stu procentach.
Smartfon nie uczy myślenia, tylko skraca drogę. Dzieci płacą za to cenę
Dyktando, które rozwiąże uczeń podstawówki. Mniej niż 8/11 to wstyd!
On Nie Jest Moim Synkiem
– Ludka, oszalałaś na stare lata! Masz już wnuki w szkole, jaka jeszcze ślubna suknia? – usłyszałam od siostry, kiedy powiedziałam jej, iż wychodzę za mąż. A co miałam zwlekać? Za tydzień ślubuję z Tolkiem, trzeba siostrze dać znać. Oczywiście nie przyjedzie na uroczystość – mieszkamy na dwóch końcach Polski. Zresztą, kto robi huczne wesele z „gorzko, gorzko!” mając 60 lat? Spokojnie się pobierzemy i zasiądziemy we dwoje. Moglibyśmy w ogóle nie brać ślubu, ale Tolek nalega – to dżentelmen do szpiku kości! Pomaga mi wysiadać z auta, drzwi do klatki otwiera, płaszcz podaje… Bez stempla w dowodzie nie zamieszka. Powiedział: „Co ja, nastolatek? Chcę poważnych relacji!” A dla mnie – Tolek to wieczny chłopak, choć siwy całkiem. W pracy cenią go, mówią do niego tylko z szacunkiem, ale przy mnie młodnieje o 40 lat: złapie w objęcia i kręci na środku ulicy! Razem czuję, iż prócz nas dwojga nie ma nikogo na świecie. Ale mam siostrę, której muszę się zwierzyć…
Tła akwarelowe do projektów o zimowych tematach
— W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wnosisz? — Galę, — szepnęła cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinka. — Znowu dziewczynka? To jakiś żart! — Pani Helena rzuciła wynik USG na stół. — W naszej rodzinie od czterech pokoleń mężczyźni pracowali na kolei! A ty co przynosisz? — Galinkę, — odpowiedziała cicho Anna, gładząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinka. — Galina… — przeciągnęła teściowa. — No, chociaż imię normalne. Ale co z niej pożytek? Komu ona będzie potrzebna, twoja Galinka? Maksymilian milczał, wpatrzony w telefon. Gdy żona zapytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Jest, jak jest. Może następne będzie chłopcem. Anna poczuła, jak coś ściska jej serce. Następne? A to maleństwo co, próba generalna? Galinka pojawiła się w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i burzą ciemnych włosków. Maksymilian pojawił się tylko po odbiór ze szpitala, przyniósł bukiet goździków i torbę z niemowlęcymi ubrankami. — Śliczna, — powiedział ostrożnie zaglądając do wózka. — Podobna do ciebie. — A nosek twój, — uśmiechnęła się Anna. — I uparte podbródek. — Daj spokój, — machnął ręką Maksymilian. — Wszystkie dzieci są takie same w tym wieku. Pani Helena przywitała ich w domu z kwaśną miną. — Sąsiadka Walentyna pytała, wnuk czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać, — mruknęła. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się w pokoju dziecięcym i cicho zapłakała, tuląc córeczkę do piersi. Maksymilian coraz więcej pracował. Dorabiał na bocznicy, brał dodatkowe zmiany. Tłumaczył, iż utrzymanie rodziny, zwłaszcza z dzieckiem, to spory koszt. Wracał późno, zmęczony i milczący. — Ona czeka na ciebie, — mawiała Anna, gdy mąż przechodził obok pokoju dziecięcego choćby nie zaglądając. — Galinka ożywa na dźwięk twoich kroków. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześnie wstać do pracy. — Ale choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest mała, nie zrozumie. Ale Galinka rozumiała. Anna widziała, jak córka odwraca główkę do drzwi, słysząc tatę. A potem patrzy długo w pustkę, gdy jego kroki odchodzą. Miała osiem miesięcy, gdy zachorowała. Najpierw gorączka do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała pogotowie, ale lekarz uznał, iż można jeszcze walczyć w domu. Następnego ranka temperatura podskoczyła do czterdziestu. — Maks, wstawaj! — Anna ciągnęła męża. — Galinka jest w fatalnym stanie! — Która godzina? — Maksymilian z trudem rozkleił oczy. — Siódma. Nie spałam całą noc. Trzeba do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do popołudnia? Dziś mam istotną zmianę… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka płonie od gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna zamówiła taksówkę sama. W szpitalu od razu przyjęli Galinkę do oddziału zakaźnego. Podejrzenie poważnego zapalenia — konieczna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — zapytał ordynator. — Potrzebna zgoda obojga rodziców. — On… pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna dzwoniła cały dzień. Telefon nie odpowiadał. Dopiero po siedemnastej Maksymilian odebrał. — Aniu, jestem w depo, mam robotę… — Maks, Galinka ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem… — Przyjeżdżaj! Natychmiast! — Nie mogę, zmiana do jedenastej. Potem umówiony jestem z kolegami… Anna rozłączyła się bez słowa. Sama podpisała zgodę — jako matka miała prawo. Punkcję robiono pod narkozą ogólną. Galinka wyglądała tak maleńko na dużym łóżku zabiegowym. — Wyniki będą jutro, — powiedział lekarz. — jeżeli potwierdzi się zapalenie, leczenie potrwa długo — półtora miesiąca w szpitalu. Anna została na noc w szpitalu. Galinka leżała pod kroplówką, blada i bez ruchu. Tylko klatka piersiowa słabo unosiła się w górę i w dół. Maksymilian pojawił się dopiero w południe następnego dnia. Niezgolony, wygnieciony. — I jak tam… co się dzieje? — zapytał, niepewnie przekraczając próg sali. — Źle, — powiedziała krótko Anna. — Wyniki jeszcze nie ma. — A co jej robili? Ta… jak to… — Punkcja lędźwiowa. Płyn pobrano do badania z kręgosłupa. Maks zbladł. — Boli ją to? — Była pod narkozą. Nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zamarł. Galinka spała, maleńka rączka leżała na kocyku, do nadgarstka przyczepiony był wenflon. — Ona… taka malutka, — wyszeptał Maksymilian. — Nie myślałem… Anna milczała. Na szczęście wyniki były dobre — nie ma zapalenia opon mózgowych. Zwykła infekcja wirusowa, ale z powikłaniami. Leczenie w domu pod kontrolą lekarza. — Szczęście w nieszczęściu, — stwierdził ordynator. — Jeszcze dzień czy dwa zwłoki i byłoby znacznie gorzej. W drodze do domu Maks milczał. Dopiero pod blokiem cicho zapytał: — Naprawdę jestem taki zły? Jako ojciec? Anna poprawiła śpiącą córeczkę i spojrzała na męża. — A jak ty myślisz? — Myślałem, iż mam jeszcze czas. Że ona malutka, niczego nie pojmuje. A okazuje się… — urwał. — Kiedy zobaczyłem ją tam, z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę ją stracić. I iż jest co tracić. — Maks, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela, nie tego, co przynosi pieniądze. Ojca. Takiego, który zna jej imię. Wie, jakie ma ulubione zabawki. — Jakie? — zapytał cicho. — Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Gdy słyszy twoje kroki, zawsze pełznie do drzwi. Czeka, aż ją podniesiesz. Maksymilian spuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz wiesz. W domu Galinka się przebudziła i zapłakała — cicho, żałośnie. Maks odruchowo sięgnął do niej, ale zawahał się. — Mogę? — zapytał żony. — To twoja córka. Wziął ją delikatnie. Dziewczynka zaszlochała i ucichła, patrząc na niego wielkimi, poważnymi oczami. — Cześć, maleńka, — szepnął Maks. — Przepraszam, iż mnie nie było, gdy się bałaś. Galinka sięgnęła rączką jego twarzy i dotknęła policzka. Maks poczuł, iż ściska go w gardle. — Tata, — powiedziała nagle wyraźnie. To było jej pierwsze słowo. Maks spojrzał szeroko otwartymi oczami na żonę. — Powiedziała… — Mówi już od tygodnia, — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko, gdy cię nie było. Widocznie czekała na adekwatny moment. Tego wieczoru, kiedy Galinka zasnęła w ramionach taty, Maks ostrożnie zaniósł ją do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej chwyciła jego palec przez sen. — Nie chce mnie puścić, — zdziwił się Maks. — Boi się, iż znowu znikniesz, — wyjaśniła Anna. Posiedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie śmiąc oswobodzić palca. — Jutro biorę wolne, — powiedział żonie. — Pojutrze też. Chcę… chcę lepiej poznać córkę. — A praca? Nadgodziny? — Znajdziemy inny sposób, albo będziemy żyć skromniej. Najważniejsze, by nie przegapić, jak rośnie. Anna podeszła i objęła go. — Lepiej późno niż wcale. — Nigdy bym sobie nie darował, gdyby coś się stało, a ja nie wiedziałbym nawet, iż ma ulubione zabawki, — powiedział cicho Maks, patrząc na śpiącą córkę. — Albo iż umie powiedzieć „tata”. Tydzień później, gdy Galinka odzyskała siły, całą trójką poszli do parku. Mała siedziała tacie na barana i śmiała się, łapiąc rękami jesienne liście. — Patrz, jak pięknie, Galinko! — pokazywał Maks na żółte klony. — Tam jest wiewiórka! Anna szła obok, myśląc, iż czasem trzeba prawie stracić to, co najcenniejsze, by zrozumieć jego wartość. W domu przywitała ich niezadowolona pani Helena. — Maks, Walentyna mówiła, iż jej wnuk już w piłkę gra. A twoja… tylko lalkami się bawi. — Moja córka jest najwspanialsza na świecie, — spokojnie odpowiedział Maks, sadzając Galinkę na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. — I lalki są świetne. — Ale ród się skończy… — Nie skończy się. Będzie trwał dalej. Inaczej, ale będzie. Pani Helena chciała zaprotestować, ale Galinka podpełzła do niej i wyciągnęła rączki. — Babcia! — zawołała i szeroko się uśmiechnęła. Teściowa zdezorientowana wzięła wnuczkę. — Ona… ona mówi! — zdziwiła się. — Nasza Galinka jest bardzo mądra, — dumnie powiedział Maks. — Prawda, córeczko? — Tata! — zaklaskała w dłonie Galinka. Anna patrzyła na tę scenę, myśląc, iż szczęście czasem przychodzi przez trudności. A największa miłość dojrzewa powoli, przez ból i strach przed stratą. Wieczorem, układając córkę do snu, Maks cicho śpiewał jej kołysankę. Głos miał miękki, trochę zachrypnięty, a Galinka słuchała z szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś, — zauważyła Anna. — Wcześniej wielu rzeczy nie robiłem, — odpowiedział. — Teraz mam czas nadrobić. Galinka zasnęła, mocno trzymając taty palec. I Maks nie wyrywał się — siedział w ciemności, wsłuchując się w oddech córeczki i myśląc, jak wiele można przeoczyć, jeżeli nie zatrzymasz się w porę i nie spojrzysz na to, co naprawdę ważne. A Galinka spała i uśmiechała się przez sen — bo wiedziała już, iż tata nigdzie nie pójdzie. To historię nadesłała do naszej redakcji jedna z Czytelniczek. Czasem los zmusza nas do trudnych wyborów i wielkich prób, by obudzić w człowieku najpiękniejsze uczucia. A czy Wy wierzycie, iż człowiek może się zmienić, gdy poczuje, iż może stracić to, co najcenniejsze?
Potrafisz myśleć logicznie? Arcytrudny quiz wiedzy to rzetelnie sprawdzi
Znalazłem Tylko Jeden Bilet, Gdy Przyjechałem, Aby Odebrać Żonę i Noworodki Bliźniaki
Ponad dwa tysiące złotych dla rodziców. Nowe zasady wypłat w 2026 roku
32-latka pobierała pieniądze na zmarłe dziecko. Została zatrzymana przez policję
Okazja Cenowa (Disney) – 43268 Domek na plaży Lilo i Stitcha
Dar od Boga… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury ciągnęły się nisko po niebie, gdzieś w oddali słychać było stłumione grzmoty – zbliżała się burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima właśnie dobiegła końca, ale i wiosna jakby nie spieszyła się z nadejściem. Ciągle było zimno, porywiste wiatry unosiły tumany kurzu i zeszłoroczne liście, młoda trawa ostrożnie przebijała się przez twardą ziemię, a pąki na drzewach nie kwapiły się do ujawnienia swoich skarbów. Przyroda trwała w oczekiwaniu na deszcz – w tym roku śniegu było niewiele, wiatry szalały, ziemia nie odpoczęła, nie nasyciła się wilgocią, nie wyspała się pod śnieżną kołdrą, a teraz niecierpliwie czekała na burzę. Burza miała przynieść upragnioną wodę, obmyć ją z pyłu i kurzu, odrodzić do życia. Dopiero wtedy miała się rozpocząć prawdziwa, kwitnąca, szczodra jak zakochana kobieta, wiosna. Dopiero wtedy ziemia zrodzi zieloną trawę i kolorowe kwiaty, delikatne liście i słodkie owoce na drzewach. Radośnie zaśpiewają ptaki, zaczną budować gniazda pośród młodych liści i kwitnących sadów. Życie trwa dalej. – Saszku, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie! Z kuchni dochodził zapach kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać, mimo wczorajszej ciężkiej rozmowy, płaczu Wiktorii, nieprzespanej nocy i bolesnych przemyśleń. Ale trzeba było – życie trwa dalej. Wiktoria wyglądała na wyczerpaną – czerwone oczy, ciemne cienie pod nimi. Nadstawiła policzek do pocałunku, słabo się uśmiechnęła: – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak bardzo czekam na ten deszcz! Kiedy w końcu zacznie się prawdziwa wiosna? Wiesz, kochanie, przypomniały mi się wiersze: Czekam na wiosnę, wybawienia Od zimnych mrozów, od bezdomności. Czekam na wiosnę jak wyjaśnienia Wszelkich życiowych zagubień i trudności. Wierzę, iż gdy przyjdzie, Wszystko się rozjaśni w jednej chwili. Wierzę, ona jedna Może wszystko ułożyć jak należy Szlachetniej, Prościej, Pewniej, Szczerzej. Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź już, przyjdź szybciej! Sasza objął jej drobne ramiona, pocałował schyloną ze smutkiem blond głowę. Włosy pachniały łąką i rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu: Biedna moja ukochana dziewczyna, za co nas Bóg doświadcza? Tyle lat żyli nadzieją… A wczoraj słynny profesor, ich ostatnia nadzieja, przekreślił wszystko: – Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mieć dzieci. Sasza, Twój pobyt w Czarnobylu dał o sobie znać. Niestety, medycyna jest wobec tego bezradna. Wiktoria zdecydowanie otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszku, długo o tym myślałam. Musimy przygarnąć dziecko z domu dziecka. Tyle niewinnych dusz szuka rodziny. Weźmy chłopca, wychowamy go, będziemy mieli synka. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy… – szloch znów ją ogarnął. Sasza tuląc ją, także nie powstrzymał łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochanie! I wtedy rozległ się potężny grzmot – dom aż się zatrząsł od uroczystego huku. I lunął deszcz. Niebo otworzyło wrota! Bóg wysłuchał naszych modlitw! Wreszcie spadł długo wyczekiwany deszcz, ściana wody, błyskawice i grzmoty niemal nad samym dachem. Sasza i Wiktoria, wtuleni w siebie, wyglądali przez okno, czując przez otwartą kratkę zimne krople, świeży zapach deszczu. Ciemna kurtyna, która zamykała ich dusze, zaczęła się topić, rozpływać, zmywana pierwszym wiosennym deszczem. Chcieli, by trwał jak najdłużej. Ten deszcz – symbol życia, odrodzenia i nadziei! Kilka dni później stali już pod drzwiami domu dziecka. Czekała ich rozmowa, wybór synka, wymarzonego, ukochanego… W głębi duszy kochali już to dziecko. Serce waliło, z emocji brakowało tchu. Sasza nacisnął dzwonek. Drzwi się otworzyły, już na nich czekano. Po rozmowie z dyrektorką, przeszli do sali z dziećmi. Od razu wpadła im w oko dziewczynka, siedząca w mokrych śpiochach na wilgotnej ceratce, brudna koszulka, zaschnięty katar pod noskiem i ogromne, smutne, niebieskie oczy… To dom te dzieci – pomyślał Sasza – schronienie dla porzuconych, niepotrzebnych dusz… Przeszli do następnego pokoju, oglądali schludnie ubrane dzieci w łóżeczkach, siostra opowiadała o każdym, ale w ich głowach tkwiła tamta niebieskooka, smutna dziewczynka. – Saszku, wróćmy do tej biednej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. – Siostro, możemy jeszcze raz zobaczyć tamtą dziewczynkę z pierwszego pokoju? – Ale przecież chcieliście chłopca! Tamta dziewczynka nie jest przygotowana… – Prosimy, pokażcie nam ją jeszcze. Siostra była zaskoczona, ale wrócili do tamtego pokoju. Dziecko umyto, przebrano, na jej twarzy już pojawiały się rumieńce i iskierki radości, gdy tylko ich zobaczyła. Gdy wyciągnęła rączki do nich i próbowała wstać – Wiktoria ścisnęła mocno dłoń Saszy: nóżki dziewczynki były wykręcone, stópki skierowane do tyłu… Sasza podniósł ją – przytuliła się cała. Oboje popłakali się, a siostra wyprowadziła ich do gabinetu dyrekcji. Dyrektorka opowiedziała historię dziewczynki: Lena – ósme dziecko starszych rodziców z północnej wioski. Urodzona z poważną wadą nóg. Ojciec od razu zrezygnował z dziecka, nie było pieniędzy na operacje. Tak Lena trafiła do sierocińca. – Zdecydujcie sami, czy chcecie takie dziecko – powiedziała dyrektorka – Operacje mogą pomóc, ale potrzeba lat pracy, pieniędzy i ogromnej miłości. Dała im adres profesora z Gdańska, który dokładnie wyjaśniłby, co czeka rodziców. Dostali miesiąc do namysłu. Pierwszego dnia po powrocie do domu Sasza i Wiktoria już wiedzieli – biorą Lenę. Profesor zapewnił: operacje mogą uratować nogi, wszystko da się naprawić. Sasza przekalkulował, czy starczy na leczenie, jeżeli sprzedadzą samochód i niedokończony dom. Najważniejsze – by Lena była zdrowa. Po miesiącu znów stoją pod znajomymi drzwiami. Sasza z bukietem różowych piwonii, Wiktoria z torbą prezentów. Łzy wdzięczności kręcą się w oczach dyrekcji. Kolejne dziecko znajduje dom… Lena rośnie, pojawiają się rumieńce, uczy się mówić, sama je. Operacje przynoszą efekty – nogi prostują się. W wieku pięciu lat Lena idzie do przedszkola, potem do szkoły; okazuje się utalentowaną rysowniczką. Udziela się w konkursach, jej prace zachwycają. Jest wesoła, aktywna, przyjazna. Ukochany „tatuś” Sasza nie może bez niej żyć – Lena to jego słoneczko, jego świat. Po latach przeprowadzają się do Gdańska, Lena idzie do prestiżowej szkoły. To piękna, niebieskooka dziewczynka, z długim blond warkoczem. Dar od Boga – tak mówią o niej wszyscy, którzy ją znają i kochają…
Nieważne, ile razy prosiłam swoją teściową, by nie odwiedzała nas tak późno, zawsze mnie zlekceważyła.
Okazja Cenowa (Botanicals) – 40524 Słoneczniki
Okazja Cenowa (Star Wars) – 75404 Krążownik szturmowy typu Acclamator
Zakochują się w mig! Te osoby są wyjątkowo kochliwe i romantyczne. Mamy listę imion
Hanna Krall Zdążyć przed Panem Bogiem: streszczenie i analiza
Albert Camus Dżuma – fabuła, bohaterowie i główne przesłania
Zobaczyć na własne oczy Po tragicznej śmierci męża i sześcioletniej córeczki w wypadku, Ksenia przez długi czas nie potrafiła się pozbierać. Spędziła niemal pół roku w klinice, nie chcąc nikogo widzieć – jedynie jej mama była przy niej, cierpliwie rozmawiała z córką. Pewnego dnia powiedziała: – Ksenia, firma twojego męża niedługo może się rozpaść, utrzymuje się ledwo na powierzchni, a Egor ledwo sobie radzi. Dzwonił do mnie i prosił, żebym ci to przekazała. Dobrze, iż Egor to porządny człowiek, ale… Te słowa lekko otrzeźwiły Ksenię. – Masz rację, mama, muszę czymś się zająć – może mój Denys byłby zadowolony, gdybym kontynuowała jego dzieło. Na szczęście trochę się nauczyłam, zatrudnił mnie do swojego biura, chyba przeczuwał, iż tak będzie. Ksenia wróciła do pracy i utrzymała chwiejący się rodzinny biznes. Ale mimo sukcesów zawodowych bolała ją strata córeczki. – Córeczko, radzę ci wziąć dziewczynkę z domu dziecka, i to taką, której jest gorzej niż tobie. Ułatwisz jej życie, a potem zrozumiesz, iż w tym tkwi twoje ocalenie. Ksenia przemyślała te słowa i zgodziła się z mamą. niedługo odwiedziła dom dziecka – choć wiedziała, iż ukochanej córeczki nikt jej nie zastąpi. Arleta urodziła się prawie niewidoma. Jej rodzice, choć oboje wykształceni i z dobrych domów, przestraszyli się odpowiedzialności i zaraz po diagnozie oddali dziewczynkę. Podłość i tchórzostwo nie omijają choćby „lepszych sfer”. Mała trafiła do domu małego dziecka, tam nadano jej imię Arleta. Choć niemal nie widziała świata – potrafiła czytać i uwielbiała bajki. Wierzyła, iż kiedyś spotka dobrą wróżkę. I przyszła do niej ta wróżka, gdy Arletka miała siedem lat. Piękna, elegancka i głęboko nieszczęśliwa kobieta. Arleta nie mogła jej zobaczyć, ale poczuła, iż jest dobra. Gdy Ksenia przyszła do placówki, dyrektorka była zaskoczona: po co jej chore dziecko? Ksenia nie tłumaczyła, powiedziała tylko, iż ma środki i serce do pomocy. Opiekunka przyprowadziła Arletkę. Ksenia od razu wiedziała: to „jej” dziewczynka. Złote loczki i wielkie, niewidzące oczy – wyglądała jak anioł. – Kto to jest? – zapytała Ksenia, nie odrywając wzroku od dziewczynki. – To nasza Arleta, kochana, czuła, delikatna – odparła opiekunka. – Arleta jest moja. Na pewno – zdecydowała Ksenia. Ksenia i Arleta bardzo się zżyły. Z pojawieniem się córki w domu życie Kseni nabrało nowego sensu. Dzięki lekarzom Ksenia dowiedziała się, iż operacja przed pójściem do szkoły może przywrócić Arlecie wzrok – choć dziewczynka musiała nosić okulary. Ksenia chwyciła się tej nadziei. Przeprowadzono zabieg, ale efekt był słaby – trzeba było poczekać do kolejnej operacji, gdy dziewczynka dorośnie. Czas mijał, Ksenia poświęcała Arlecie każdą chwilę. Biznes kwitł, była piękną, zamożną kobietą, ale nie była zainteresowana mężczyznami – cała jej miłość należała do córki. Arleta wyrosła na piękność, ukończyła studia, nie była rozpieszczona, pracowała w firmie matki. Ksenia była bardzo czujna, obawiając się łowców posagu. jeżeli widziała coś podejrzanego – od razu dawała do zrozumienia, iż łatwego wzbogacenia się nie będzie. W końcu do serca Arlety zapukała miłość. Ksenia poznała Antoniego i nie miała nic przeciwko ich związku. Antoni oświadczył się, a przygotowania do ślubu ruszyły pełną parą – po pół roku miała odbyć się ostatnia operacja przywracająca wzrok Arlecie. Antoni był czuły i troskliwy. Czasem Ksenię niepokoiło, iż coś w nim jest nieszczere, ale odganiała złe myśli. Przyszli młodzi odwiedzili restaurację pod Warszawą, gdzie miało odbyć się wesele, by ustalić wystrój sali. Za dnia było tam pusto. Usiedli przy stoliku. Antoni zostawił telefon na stole, wyszedł na chwilę, gdy w samochodzie włączył się alarm. Wtedy telefon zadzwonił – Arleta długo nie odbierała, ale w końcu podniosła słuchawkę. Odezwała się matka Antoniego, pani Irena: – Synku, wymyśliłam, jak gwałtownie pozbędziemy się tej ślepej Arlety. Mam znajomą w biurze podróży, załatwi ci dwie wycieczki w góry. Po ślubie pojedziecie, powiesz żonie, iż chcesz popatrzeć na szczyty. Idźcie razem, spraw, żeby przypadkiem się poślizgnęła i spadła. Ty wrócisz sam, powiesz policji, iż zniknęła. Zapłaczesz, poprosisz o pomoc, a jak znajdą – uznają, iż się potknęła. Za granicą nikt nie będzie drążyć. Wiem, iż zagrasz załamanego wdowca, choćby jej matka ci uwierzy. Inaczej zrobią jej operację i wszystko się wyda. Synku, takich pieniędzy nie wolno przegapić. Myśl, rozłączam się. Irena rozłączyła się, a Arleta aż odrzuciła od siebie telefon, przestraszona. – Chcą mnie zabić, choćby Antoni… – przerażona, Arleta nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Jeszcze przed chwilą czuła się szczęśliwą narzeczoną, pozostały ostatnie przygotowania do ślubu… A tu spisek tych, których uważała za bliskich. Starała się zachować spokój, gdy Antoni wrócił do sali. – Dziwnie zadziałał alarm, może to kot… No, ale wszystko w porządku. I znów zadzwonił telefon. – Tak, tak, Romasz, zaraz będę… – powiedział Antoni, po czym dodał do Arlety: – Muszę pilnie do biura, poczekasz na mamę? – Oczywiście, pojedź – odpowiedziała Arleta cicho, drżącym głosem. Została sama przy stole, łzy płynęły po policzkach. Zadzwoniła do Kseni: – Mamo, przyjedź natychmiast do restauracji… Ksenia nie wiedziała, co się dzieje, dotarła szybko, usiadła przy Arlecie. – Córeczko, co się stało? – Mamo, oni chcą mnie zabić. Antoni i jego matka. Słyszałam ich rozmowę, przez jego telefon. Ona chce, żeby mnie zepchnął w górach i wszystko upozorował… Ksenia była wstrząśnięta, nie mogła uwierzyć, iż się pomyliły w ocenie Antoniego. Chwilę naradzały się, co zrobić. Wtedy zadzwonił Antoni. Ksenia odebrała. – Antoni, dobrze, iż dowiedziałyśmy się o waszych planach. O wycieczce w góry, która miała skończyć się „wypadkiem”. jeżeli nagranie z telefonu trafi na policję, wiedzą, jak odzyskać choćby usunięte rozmowy… – Rozumiem… ale to nie ja, to mama – odparł Antoni. – Tchórzysz za matką? Proszę się już z nami nie kontaktować. Następnego dnia Antoni wymknął się z miasta i obwinił matkę o wszystko, zabierając pieniądze uciekł. Pani Irena także wyjechała do znajomej. Szok, zobaczyć wszystko na własne oczy… W klinice okulistycznej Arlecie zrobiono operację – Ksenia cały czas była przy niej. Młody lekarz, dr Dariusz Iwanowski, bardzo opiekuńczy, był pod wrażeniem pięknej pacjentki. Ksenia patrzyła podejrzliwie, ale młody doktor okazał się szczery i zakochany. Gdy zdjęto Arlecie opatrunek, przyniósł wielki bukiet róż – i Arleta po raz pierwszy zobaczyła na własne oczy jego i świat wokół. – Jak się cieszę, iż widzę! – popłakała się, a Dariusz tulił ją delikatnie. Od tej pory Arleta musiała na zawsze nosić okulary, ale to był drobiazg względem tego, co wcześniej przeszła. Minął czas. Ślub Arlety i Dariusza był piękny, a po roku na świecie pojawiła się córeczka z oczami po tacie. Arleta jest szczęśliwa – ma czułego, troskliwego męża, który nigdy jej nie zdradzi i nie wykorzysta. Dziękuję za przeczytanie tej historii, wsparcie i polubienia! Szczęścia w życiu!
Watykan krytykuje macierzyństwo zastępcze: To nowa forma kolonializmu
Szybko i pysznie dla małych i dużych. Karnawałowe inspiracje z frytkami HORTEX
​To najlepsze termy w Polsce. Sprawdziliśmy, czy bilety podrożały w 2026 roku
„Wynoś się z mojego domu!” – powiedziałem do teściowej, gdy znów zaczęła mnie obrażać.
Nieoczekiwane szczęście Rafała
Macierzyństwo zastępcze nie jest przedmiotem transakcji
Niezależnie od tego, jak często prosiłem moją teściową, aby nie odwiedzała nas późno, nie zwróciła na to uwagi.
Tadeusz Borowski Proszę państwa do gazu: streszczenie i analiza opowiadania
Kiedy u mojej starszej córki pojawiły się dzieci, potrzebowała mojej pomocy. Wtedy podjęłam decyzję, iż przeprowadzę się do niej. Odprowadzałam młodszego wnuka do przedszkola, a starszego do szkoły. W weekendy jeździłam do drugiej córki i tam również pomagałam przy dziecku. Aż pewnego dnia starsza córka wskazała mi drzwi i powiedziała, iż już mnie nie potrzebuje
Awaria ciepłownicza w Kielcach. choćby 30 tys. osób może zostać bez ogrzewania
Cud Saszki: Magia Przyjaźni i Przygód
Planujesz kulig dla dzieci? Grozi za to mandat i punkty karne
Ferie zimowe z Centrum Kultury Podgórza
Seria zgonów noworodków w szpitalu. Są pierwsze zatrzymania
Nie pracuje, często odbiera dziecko ostatnia. "Tłumaczy, iż córka w domu się nudzi"
Wydatki na ubrania dziecięce można zmniejszyć choćby o połowę. Proste porady dla rodziców
„Nie patrz na mnie tak! Nie potrzebuję tego dziecka. Weź je!” – krzyknęła nieznajoma kobieta, wpychając mi w ręce nosidło dla dziecka. Nie miałem pojęcia, co się dzieje.
Konecki sztab WOŚP szykuje się do wielkiego finału. Każdy może wesprzeć akcję [wideo]
Niech Bóg ma w swojej opiece. Czy pani jest żoną zmarłego? Mam do przekazania coś ważnego, co zmarły mi szeptał na łożu śmierci…
On nie jest moim synkiem
Kiedy byłam w pracy, mój mąż poszedł odebrać dzieci, a gdy do niego przyszłam, nie otworzył mi drzwi.
A to dobre! Zalotnik myślał, iż wprowadzi się do mojego mieszkania i będzie żyć na mój koszt – opowieść o tym, jak sama odłożyłam na własne M, a potem musiałam bronić się przed cwaniakiem
Ośrodek kolonijny Bazylak 2 z basenem - Rewal
Zapomniane imię w Polsce. jeżeli nazwiesz tak córkę, będzie jedyna w klasie