Moja wnuczka w czerwcu kończy rok, do tej pory zajmuje się nią synowa. Synowa chciałaby wrócić do pracy, bo jest już zmęczona opieką nad dzieckiem no i, co naturalne, tęskni za innymi ludźmi. I ja to doskonale rozumiem.
Jestem wdową od dwóch lat, wiem, jak to jest spędzać czas samej w domu. Przy życiu trzyma mnie praca, którą kocham, i w której dobrze zarabiam. W kwietniu skończę 60 lat i zgodnie z przepisami mogłabym iść na emeryturę. Ale nie chcę. Szef powiedział mi, iż mogę dalej pracować, bo tacy fachowcy, jak ja, są bardzo potrzebni. Nie tylko mi to schlebia, ale też daje mi szansę na wyższą emeryturę za kilka lat, ta, którą dostałbym teraz byłaby 40 procent niższa od mojej pensji.
Ale syn z synową wymyślili sobie, iż ja jednak na emeryturę przejdę i zajmę się wnuczką. Kocham ją bardzo, ale nie chcę zajmować się małym dzieckiem, które zaczyna chodzić i wymaga nieustającej uwagi. To też ogromna odpowiedzialność. Do tego dochodzi inny aspekt – w pracy jestem między ludźmi, lubimy się, czuję się tam, jak w drugiej rodzinie. Zostałam sama i jest to dla mnie szalenie ważne. Syn jednak nie przyjmuje tych argumentów do wiadomości. Również tego finansowego. Mówi, iż dostanę babciowe – 1,5 tys. zł, co ma zrekompensować niższe świadczenie emerytalne. Tłumaczę mu, iż babciowe jest tylko przez dwa lata i nie wyrówna moich strat w różnicy między emeryturą a obecną pensją. Wiem, iż sprężyną jest w tym synowa, która ma dosyć siedzenia w domu. Ale tym bardziej to właśnie ona powinna mnie zrozumieć. Że ja też nie chcę siedzieć w domu, iż wolę mieć powód, aby się ładnie ubrać, zrobić makijaż i wyjść do ludzi. Swojej matki na emeryturę nie namawia, ona jest lekarką i synowa uważa, iż to jakaś szczególna misja, szczególnie, iż dziś lekarze dobrze zarabiają. Ale ja też na swoją pensję nie narzekam.
Im bliżej moich urodzin, tym większa presja ze strony syna na mnie. Zaczyna mnie szantażować, iż widocznie wnuczki nie kocham, iż pewnie nie potrzebuję z nią żadnych kontaktów. Jest mi z tego tytułu bardzo przykro, bo widzę w tym nie tylko egoizm młodych, ale również aegizm. Uważają, iż kobieta w moim wieku nie ma już żadnych potrzeb, iż jej wystarczy opieka nad wnuczką, spacerki, przecieranie zupek i karmienie dziecka. Cóż, dla mnie, pomimo wielkiej miłości do małej, to jednak za mało.
Wiem, iż się nie ugnę, ale widzę, jak ta sytuacja wpływa na nasze stosunki. Boli to, iż są oboje głusi na moje argumenty. Ich zdaniem, moja postawa świadczy o tym, iż nie interesuje mnie los wnuczki. A ja nie chcę takiej odpowiedzialności, poczucia, iż choćby nie mogę się rozchorować, czy gorzej poczuć, bo oni muszą iść do pracy, a dziecko wymaga opieki.
Z rozmów z koleżankami jasno jednak wynika, iż wielu młodych ludzi wymaga często nadmiernego poświęcenia dla wnuków ze strony dziadków. One też kochają te dzieci swoich dzieci, ale nie zawsze mają ochotę czy siłę, by się nimi zajmować. Myśmy już swoje dzieci odchowały i czas, aby młodzi to zrozumieli. Nie mogą przerzucać swoich obowiązków na nasze barki. Pomoc tak, ale wtedy, kiedy dziadkowie mają chęć i siły. Tylko, jak mam to synowi i synowej wytłumaczyć?
Beata














