Ilustracja Marek PiśkoNadchodził zmierzch. Konary drzew powoli zatapiały się w mroku, wszystko wyciszało się na spotkanie z porą snów i tajnych zwierzeń. Jedynie od kilku chat rozczłonkowanych pod lasem docierały słabe, jaśniejące światła. Gdzieś tam dobiegało pohukiwanie sowy, z dala dało się słyszeć jakby pomruk puszczy. Niewątpliwie to jednak cisza wieczoru była górą, ona dyktowała swoje prawa.
Athron wchodził właśnie do znajomej chaty Gurda, pragnąc wytchnąć po dniu pełnym wrażeń i trudów pogromcy widryg oraz mortagów. Na Gurda zawsze można było liczyć. Był znacznie starszy od Athrona, ale rozumieli się doskonale i zawsze jeden drugiemu gotów był ruszyć z pomocą. Gurd nie był wylewny i towarzyski, ale to jeden z tych humanów, których cechowała wielka życiowa mądrość, doświadczenie i wierność prawdziwym wartościom. Kiedy tylko ujrzał Athrona w progu swego domu, Gurd natychmiast wyszedł mu naprzeciw, objął go serdecznie i zaprosił do środka. Jego domostwo było skromne, na pewno nie na miarę sławy, która go otaczała.
Nie był Gurd typem dorobkiewicza, o sprawy materialne nie dbał specjalnie, choć nie był oczywiście jakimś abnegatem. Dom był zadbany, wygodny, jednak żadnych luksusów, zbędnych sprzętów wielki wojownik nie gromadził, nie chciał się pokazać przed innymi, zwracać na siebie uwagi.
– Bałem się, iż cię nie zastanę, Gurdzie, iż znowu wypełniasz jakieś wyjątkowe zadanie, misję dla Pelthoru.
– Nie tak bardzo się pomyliłeś. Niedawno wróciłem z wyprawy i niedługo ruszam na kolejną – dla Pelthoru, ale i dla siebie w nie mniejszym stopniu. Udało ci się więc mnie zastać, przyszedłeś w idealnym momencie, ale jeżeli masz jakąś sprawę, prośbę, być może będzie kłopot z jej spełnieniem.
– Tak, mam prośbę. Może będzie zaskakująca, nietypowa i cię zaskoczy, ale… Wyruszasz przeciw Halfingyrowi i jego bandzie karithów?
– Nie zwykłem opowiadać o swoich misjach. choćby przyjaciołom.
– I nie zwykłeś pracować z kimś. Zawsze działasz w pojedynkę?
– Tak, tylko raz przyszło mi udawać się na misję z partnerem.
Dotryana już jednak nie ma między nami. Ta pierwsza wspólna wyprawa dla niego okazała się ostatnią.
– Wiem o tym. To był wielki wojownik. Niezłomny. Czy nie spotkałeś nigdy kogoś, kto mógłby go zastąpić?
– Tylko jednego, który… może kiedyś…
– Czy to Saritoh?
– Nie, z nim nie mógłbym pracować. To oczywiście świetny wojownik. On nie mógłby chyba jednak współpracować z nikim, ze mną też. A ja z nim tym bardziej. Strasznie się różnimy, nie pałam do niego sympatią, trudno byłoby między nami o dobre relacje, zaufanie. To ktoś inny.
– Znam paru dobrych wojów, ale chyba nikogo nie wyobrażam sobie jako twojego wspólnika.
– No to się zgadzamy, bo ja też.
– Ale kim jest ten jeden w takim razie? Skoro adekwatnie wykluczyliśmy wszystkich…
– Naprawdę nie wiesz?
– Nie, nie mam pojęcia.
– To ty!
– Ja? Nie żartujesz sobie ze mnie? Daleko mi jeszcze do twojego doświadczenia, sławy. Nie zasługuję, by być twoim druhem.
– Powiedziałem „kiedyś”. A ponadto „może”…
– Ale ja właśnie… Chciałem nieśmiało, bez wielkiej wiary, jednakże… Chciałem cię o to prosić, próbować cię do tego przekonać… Nie, nie mów jeszcze nic, nie odrzucaj tej prośby. Wiem, nie jestem twojej miary wojownikiem, moja sława dopiero dojrzewa, ale…
– Dobrze, pozwolę ci skończyć. Dlaczego niby miałbym cię z sobą zabrać? Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego akurat na tę wyprawę?
– Nie chcę cię przekonywać, iż jestem gotowy, iż właśnie teraz osiągnąłem najwyższy stopień wtajemniczenia wojownika asuri, iż ostatnia moja misja była pod jakimś względem przełomowa…
– Co więc ma mnie przekonać?
– Jestem synem Amithora, już od wielu lat mój ojciec przebywa w Krainie Cieni.
– O tym wiem doskonale. Amithor był moim mistrzem, przez wiele lat wędrowałem z nim, walczyłem u jego boku.
– Nie wiesz jednak o tym, czego dowiedziałem się przed paroma dniami. Objawił mi to największy jasnowidz Talimos.
– Co takiego ci objawił? Czy dotyczy to twojego ojca?
– Tak, dotyczy to ojca i okoliczności jego śmierci.
– Przecież Amithor zginął w walce z mortagami. Rozdzieliliśmy się. Kiedy pokonałem kilka Zyburów, usłyszałem dalekie odgłosy walki i ruszyłem na wsparcie Amithorowi. Nie miał szans. Zaatakowały go na bagnistym terenie. Było ich kilkadziesiąt. A i tak pokonały go tylko dzięki truciźnie, zatrutym strzałom.
– Tak, pokonały go dzięki truciźnie, ale nie dzięki zatrutym strzałom.
– Jak to? Miał kilka strzał w ciele i ślady działania trucizny.
– Te strzały by go nie zabiły. Zresztą one nie były zatrute.
– Skąd więc się wzięła ta trucizna? Jego ciało było przez nią odmienione, sparaliżowane.
– Truciznę zastosowano wcześniej. Nie w walce zresztą.
Otruto go w czasie wieczerzy, ale trucizna miała zadziałać dopiero po kilkunastu godzinach. Tak, Gurdzie, nie pokonały go hordy mortagów. W podobnych sytuacjach potrafił sobie wcześniej poradzić.
– To prawda, też byłem trochę zaskoczony. Mimo wszystko.
Niezależnie od ich liczby, tego bagiennego miejsca, w którym go dopadły. Ale śmierć wcześniej czy później dopada i największych.
Uznałem po czasie, iż może to była jakaś pechowa walka, moment słabości Amithora czy wyjątkowe zaskoczenie, zasadzka, na którą nie był w pełni przygotowany.
– Nie, to była trucizna. A posłużył się nią pan, dla którego wykonywaliście zadanie.
– To niemożliwe. My wtedy pracowaliśmy dla Halfingyra.
I to nie po raz pierwszy. Ufaliśmy mu. Dopiero wiele lat później przeszedł na ciemną stronę. Zmienił się dopiero po stracie swoich bliskich.
– Tak naprawdę już wtedy był po tej złej stronie. A jego bliscy… Będziesz zaszokowany…
– Co z jego bliskimi?
– To on ich zamordował. Halfingyr otruł całą swoją rodzinę.
Popadł w jakieś szaleństwo, stopniowo oddalał się od wszystkich. Po latach stał się uosobieniem zła, a teraz… ty ruszasz przeciwko niemu. Przeciwko temu, który stał się przekleństwem dla Pelthoru, dla wszystkich, którzy mają z nim jakiś kontakt, przejeżdżają przez jego ziemie. Musisz mnie z sobą zabrać. Właśnie teraz. Unicestwienie Halfingyra to dla mnie najważniejszy cel. To mój obowiązek. Nie możesz mi tego odmówić, skazać mnie na taką udrękę. Razem dokonamy tego łatwiej, on jest niezwykle podstępny, nie stać go na uczciwą walkę. I chyba… obaj mamy podobną motywację.
– Może to rzeczywiście znak? Może to ma być ten twój test wojownika? Skoro akurat teraz się o tym dowiedziałeś, skoro ta słuszna zemsta nas tak mocno łączy. Szykuj się zatem do wyprawy, Athronie. od dzisiaj jesteś partnerem Gurda. Twój czas nadszedł.
– Dziękuję ci bardzo, Gurdzie. Nie zawiodę. Wspólnie dokonamy tego. To koniec nikczemności Halfingyra. Najwyższa pora ukrócić jego panowanie, ocalić świat przed nim.
Kiedy Athron opuszczał chatę Gurda, panowała już ciemna noc, nieśmiało tylko rozjaśniona gwiazdami. Wspólnikowi Gurda jednak wydawało się, iż panuje jasność, iż wewnętrzne światło wskazuje mu nieomylnie drogę i może się na nie w pełni zdać. Czuł wielką radość. I pewność, iż następny dzień będzie nowym początkiem, do którego tak samo przygotuje go wspaniały wojownik Gurd jak i jego dawny nauczyciel – ojciec.
Ryszard Mścisz
Ryszard Mścisz – urodził się w 1962 r. w Stalowej Woli, mieszka w Jeżowem. Jest autorem siedmiu tomików poetyckich, dwóch zbiorów tekstów satyrycznych, zbioru opowiadań oraz satyrycznego audiobooka. Otrzymał Nagrodę Literacką Miasta Stalowa Wola „Gałązka Sosny”. Dwukrotnie zdobył „Złote Pióro” – nagrodę rzeszowskiego oddziału ZLP. Opowiadanie „Wielki dzień Athrona” pochodzi z najnowszej książki Ryszarda Mścisza pt. „Człowiek z mgły i inne opowiadania”, wydanej w 2025 r. przez Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne „Fraza”, działające przy Uniwersytecie Rzeszowskim.







![AI Bez Tajemnic. Młodzi uczą swoich rówieśników tajników sztucznej inteligencji [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-03/image0.jpeg)